Wywiad - Jeremy Bulloch
 
Wywiad z Jeremym Bullochem – Od roli rozśpiewanego i roztańczonego kompana Cliffa Richarda, po asystenta i królika doświadczalnego twórcy gadżetów Jamesa Bonda, pana Q – jak rozwijała się kariera Jeremy’ego Bullocha.

Jego najsłynniejszym filmowym wcieleniem jest rola Boby Fetta, nieustraszonego łowcy nagród i wroga Hana Solo (odtwarzanego przez Harrisona Forda) w filmach z cyklu „Gwiezdne Wojny”. To właśnie jej zawdzięcza nieustanne zaproszenia na konwenty i imprezy organizowane przez sympatyków sagi od ponad dwudziestu lat, na przestrzeni których miał okazję spotkać się z rzeszą fanów.
Ostatnio wystąpił ponownie w „Gwiezdnych Wojnach” – dokładniej w trzecim prequelu, zatytułowanym „Zemsta Sithów” („Revenge of the Sith”).

Jonathan Wilkins (J.W.): Co cię skłoniło do zostania aktorem?

Jeremy Bulloch (J.B.): Cóż, taki los był mi chyba pisany odkąd skończyłem dwanaście lat. Uczyłem się w szkole prywatnej i właśnie miałem zdawać egzamin (tzw. „11 plus exam”), po którym miałem dostać się do szkoły publicznej, ale oblałem, więc wszystko wzięło w łeb. Jakiś czas później najlepsza przyjaciółka mojej mamy, Barbara Wainwright, pracująca jako inspicjentka, spytała „a czemu by go nie posłać do szkoły teatralnej?”. Miałem wtedy może z dziesięć lat i wprost uwielbiałem śpiew i dekoracje teatralne. W tamtym czasie brałem też udział w castingu na rolę w filmie zatytułowanym „Pif-Paf! Jesteś trup!” („Bang Bang, You’re Dead”) z Jackiem Warnerem. Nie dostałem jej, ale to chyba właśnie to wydarzenie przesądziło o moim losie. Nie było to nic w stylu buntu dwunastolatka, który nagle oznajmia wszystkim: „No, koniec tego dobrego, rzucam szkołę, chcę zostać aktorem!”. Co prawda mojemu ojcu nie za bardzo się to wszystko podobało, jednak gdybym miał wskazać moment, od którego się zaczęło, to powiedziałbym, że początkiem był właśnie ten nieszczęsny egzamin. Kto wie, co bym teraz robił, gdybym wtedy zdał? Może zostałbym zawodowym sportowcem? Nie mam pojęcia, ale szczerze powiedziawszy nigdy nie byłem orłem. Skończyłem szkołę teatralną po sześciu miesiącach, co oszczędziło moim rodzicom sporo wydatków. Właściwie dobrze się stało, bo i tak w domu się wtedy nie przelewało.

J.W.: Kto cię zainspirował?

(J.B.): W początkach mojej kariery pracowałem w obecnie już nieistniejącym MGM, w Elstree. Pewnego dnia, ubrany w mundurek szkolny szedłem z opiekunem korytarzem, a w naszą stronę zmierzali Robert Mitchum i Alan Ladd. Nie pamiętam, co akurat wtedy kręcili, ale było przy tym sporo zamieszania, jak to zwykle bywa przy zdjęciach w studio. Wszędzie kręcili się ludzie w rzymskich strojach, studio było naprawdę zapchane. Powtarzałem sobie pod nosem: „O rany, ale z niego (Alana Ladda) kurdupel!”. I wtedy on mrugnął do mnie, a Robert Mitchum rzucił: „Jak leci, młody?”. Pomyślałem wtedy: „A niech mnie! Robert Mitchum coś do mnie powiedział!”. To chyba ten moment określiłbym mianem pierwszego bodźca, prawdziwą inspiracją, bo byli dla mnie naprawdę mili, chociaż nie mieli pojęcia, kim jestem! Zawsze uważałem Alana Ladda za bardzo dobrego aktora, mimo że nie grzeszył wzrostem. Tak oto ta dwójka stała się pierwszymi aktorami z krwi i kości, których spotkałem osobiście. Dostałem wtedy jakąś rólkę gońca, to było właściwie tylko statystowanie…

J.W.: Jak dostałeś swoją pierwszą rolę – w „Szachownicy” („The Checquered Flag”)?

(J.B.): To było w Koronie: przeglądali zdjęcia osób zgłoszonych do castingu i dyrektor powiedział: „Weźmy jego (mnie)”. I tak dalej, i tak dalej… Wybrali też Michaela Crawforda. W ten oto sposób trafiliśmy razem do „Szachownicy”. Muszę powiedzieć, że to było naprawdę ciekawe przeżycie.

J.W.: Czego się nauczyłeś podczas tych początków kariery?

(J.B.): Cóż, to była moje pierwsza większa rola telewizyjna i pamiętam, jak myślałem: „Oj, nie będzie łatwo”. W tym czasie strajkowała ekipa ATV (brytyjska spółka telewizyjna, przyp. tłum.).
Michael Crawford zabrał mnie swoim skuterem do Silverstone na zdjęcia reklamowe w gokartach. Wiele lat później spotkałem go podczas meczu piłki nożnej, z którego dochód przeznaczano na cele charytatywne, a w którym zwykle brałem udział. Był zupełnie taki sam, nic się nie zmienił! Spytałem go: „Pamiętasz »Szachownicę«?”, a on zawołał: „No jasne, stary! Pewnie, że tak!”.
Zabawne. Tak samo jak fakt, że kiedy starałem się wydać książkę (co zresztą w końcu mi się udało), szukałem zdjęć i przeglądałem jakieś stare papiery. Trafiłem wtedy na fotografię, na której w jednym z seriali mój ojciec pozuje w gokarcie…

J.W.: Później zagrałeś w dwóch musicalach. Pierwszy z nich to było „Play It cool” z Billem Furym, reżyserowane przez Michaela Winnera, a drugi, „Summer Holiday”, z Cliffem Richardem. Wszystko wyglądało wspaniale, ale czy rzeczywiście było tak różowo?

(J.B.): Jedno mogę powiedzieć: przy „Summer Holiday” nie było łatwo. Dołączyłem do ekipy dosyć późno, jakiś tydzień po rozpoczęciu zajęć tanecznych, i moje przesłuchanie przed Herbem Rossem, choreografem, nie wypadło za dobrze. Jeśli mam być szczery, wyszła z tego kompletna klapa. Przeszedłem dalej tylko dzięki reżyserowi, Peterowi Yatesowi, wspaniałemu człowiekowi. Poza tym winien jestem podziękowania Richardowi O’Sullivanowi, występującemu w „The Young Ones”, który był moim dobrym kumplem w szkole teatralnej. Grał wtedy w filmie „Kleopatra”, który przekroczył budżet i musieli zmieniać prawie całą obsadę. Miało z tego wyjść coś w stylu „The Young Ones”, ale Richard ogarnął wszystko dosyć szybko, akurat na czas, żeby zrobić „Wonderful Life”. Tak oto dostałem rolę Edwina, co zresztą było całkiem ciekawym doświadczeniem.

J.W.: To były lata sześćdziesiąte…

(J.B.): Dokładnie. Oglądałem kiedyś zresztą ten film z moją wnuczką (która uwielbia śpiewać) i muszę przyznać, że wciąż daje radę. Może kilka dialogów sprawia wrażenie nieco przestarzałych, ale cała ta otoczka niewinności jest zachwycająca! Bardzo mi się podobała oprawa taneczna i piosenki. To było naprawdę świetne! Nie jestem co prawda zawodowym śpiewakiem, ale umiem działać z grupą, śpiewać w zespole – a wtedy naprawdę czerpałem radość z tego, co robię. Kiedy jest inaczej, jeśli ktoś tego wszystkiego nie czuje, nie ma sensu pchać się do filmu. Jasne, bywa nielekko. „Play It Cool” nie było co prawda gehenną, ale narzucili nam naprawdę ostre tempo. Wydaje mi się, że to był pierwszy film Michaela Winnera, który zresztą zszedł moim zdaniem ostatnio na psy. Robi rzeczy typu „Calm Down Dear” i tym podobne…

J.W.: Grałeś jedną z głównych ról w mydlanej operze nadawanej przez BBC, o tytule „The Newcomers”, której już niestety nie ma w ich archiwach…

(J.B.): Tak. Co ciekawe, w tym samym czasie puszczano inną mydlana operę – dwa razy w tygodniu – zatytułowaną „United”, opowiadającą o perypetiach piłkarza. Pamiętam, że w roku 1965 poszedłem na przesłuchanie i wszyscy zgodnie stwierdzili, że bardzo pasuję do tej roli, chociaż moja matka w tym programie, Maggie Fitzgibbon, była Australijką. Kiedy powiedzieli, że podjęli decyzję, jakiś głos w mojej głowie zaprotestował: „O. nie! Chcę grać w „United”!, bo wiedziałem, że szukają ludzi, którzy grali wcześniej piłkarzy. Nie powiem, szło mi całkiem nieźle (miałem wtedy jakieś dziewiętnaście lat). Nie trwało to jednak długo. Jakoś wtedy wchodził serial „Newcomers” i pamiętam, jak myślałem: „muszę się z tego wykpić, bo inaczej będę miał problem ze złapaniem czegokolwiek innego!”. I to był fakt: przez półtora roku nie zrobiłem niczego dla BBC. Mało brakowało, a byłbym zapuścił wąsy i brodę, ale i tak na mój widok wszyscy mówiliby wtedy: „Jeremy, to na nic. I tak wyglądasz jak Philip Cooper” (postać, którą grałem w serialu). Grałem wtedy dużo w teatrze, sporo podróżowałem i trafiłem nawet z dwoma spektaklami na West End, a potem wróciłem do serialu zatytułowanym „Doctors”, grając – dla odmiany! – piłkarza. To była moja pierwsza rola w BBC od dwóch i pół roku. Wtedy nie było lekko, ale teraz jest całkiem inaczej: byle aktor może dziś zagrać w tasiemcowym serialu, a potem bez problemu wyjść na prostą. Możesz grać w kółko to samo, ale potem i tak wszyscy o tym zapomną. Pewnym ludziom, którzy zaczynali w telenowelach, jak na przykład Tazmin Outhwaite, powiodło się nadspodziewanie dobrze. O, właśnie – zapomniałem, że grała w „EastEndersach”. To właściwie mówi samo za siebie.

J.W.: Czy mógłbyś nam opowiedzieć o filmie Hoffmana, w którym grałeś z Peterem Sellersem? Co zapamiętałeś z pracy z Sellersem?

(J.B.): To był czysty obłęd! Pamiętam, jak mówił: „Stop! Przerwa! Pas! Nie masz ochoty wyskoczyć na lunch?”, a ja odpowiadałem: „Nie, raczej nie”, bo chciałem wykuć tekst na następny dzień. Ekipa była skromna, była nas jakaś czwórka, i pamiętam, że Peter testował na nas swoje „śmieszne głosy”. To był niezły ubaw, chociaż nikt na pewno by się tego nie spodziewał, patrząc na wszystko z zewnątrz. Osobiście nie wnikałem w szczegóły. Po prostu robiłem, co do mnie należało; świetnie się przy tym wszyscy bawiliśmy. Pewnego razu Peter spytał mnie z głupia frant: „To zabawny film, co nie?”. Pamiętam, że prawie cały czas mnie rozśmieszał! Bywało, że bałem się, że mnie wywalą, jeśli nie zdołam zachować kamiennej twarzy i nie przestanę chichotać. Sellers krzyczał: „No nie! Jeremy znów wszystkich rozśmiesza! Przykro mi, ale Jeremy znowu się śmieje! To już przesada! Jeremy, no wiesz co?! Jak możesz…?”, a ja błagałem go, żeby dał spokój! Z trudem, ale w końcu jakoś się to wszystko udało skończyć. Przypuszczam, że Sellers miał bardzo skomplikowany charakter, ale wtedy zbytnio się nad tym nie zastanawiałem. Byłem młody i robiłem po prostu to, co mi kazano.

J.W.: Jak oceniasz Sellersa jako aktora?

(J.B.): Cóż, w zasadzie był komikiem i jako aktor komediowy był znakomity. Kiedy ogląda się filmy takie jak „Różowa Pantera” („Tehe Pink Panther”), naprawdę widać kawał dobrej roboty. Ma znakomite wyczucie roli. Wszyscy ględzą o jego trudnym charakterze i przejściach, ale moim zdaniem powinno się go oceniać przez pryzmat wkładu w kinematografię.

J.W.: Przenieśmy się do roku 1973 i reżyserowanego przez Lindsaya Andersona filmu „Szczęśliwy człowiek” („O Lucky Man!”). Jaki był, jako reżyser?

(J.B.): Zawsze bardzo ceniłem sobie pracę z Lindsayem, a pracowałem z nim kilkakrotnie. Kiedyś robiłem z nim w reklamówce urządzenia sprzątającego Ewbank, mieliśmy próby dzień w dzień! Zastanawiałem się, czemu u licha tak często? Przecież sprzątam tylko pieprzoną podłogę! Ale on wiedział doskonale, czego chce. Zawsze wydawał mi się typem człowieka, który uwielbia pochwały. Powiedziałem mu kiedyś: „ Naprawdę świetnie kręcisz te ujęcia, Lindsay”, a on spytał: „Serio?”.
Kiedy rok po nakręceniu „Szczęśliwego człowieka” spytał mnie, czy nie chciał bym zagrać w „Rosencrantz i Guildenstern nie żyją” („Rosencrantz and Guildenstern are Dead”) na deskach Stratford East, musiałem zrezygnować. Nie wiem, czy go to uraziło, ale nigdy więcej nie miałem już okazji z nim pracować.
Zawsze dzwonił do mojego agenta i mówił:„Sądzę, że Jeremy byłby w tej roli świetny. Oczywiście, żadnych pieniędzy! To teatr! Ale chętnie bym go widział w »Rosencrantzu i Guildensternie«.”. Przeprosiłem go wtedy i powiedziałem, że żałuję, ale nie mogę wystąpić. Wydaje mi się, że koniec końców nie wyszło im zbyt dobrze. Miałem wystąpić u niego w „Szpitalu Britannia” („Britannia Hospital”), ale nigdy nie zadzwonił. Właściwie miał swoją stałą ekipę, z którą zwykle pracował.
Ominęła mnie również rola w „The Sporting Life” w Royal Court Theatre. Powiedziałem im wtedy: „Jestem zawodnikiem rugby”, a oni skwitowali: „Chyba jesteś za młody do tej roli”. Nigdy więcej nie słyszałem o tym projekcie, ale sądzę, że interesująco byłoby wziąć udział w czymś takim. Cóż, nie to nie, takie jest życie.

J.W.: Jak sądzisz, jakie cechy powinien mieć dobry reżyser?

(J.B.): Przede wszystkim taki ktoś musi rozumieć aktorów i znać ich charaktery. Miałem przyjemność pracować z kilkoma świetnymi reżyserami. Niektórzy mieli naprawdę wybuchowy temperament i potrafili wręcz doprowadzić człowieka do płaczu. Zdarzało mi się pracować pod dyktando takich, którzy dosłownie krzyczeli: „Nie, nie, nie, nie, NIE!”, a potem potrafili przyjść i przeprosić: „Wybacz, byłem cały w nerwach, poniosło mnie. Jestem przemęczony” itp. Jeżeli potrafią przeprosić albo powiedzieć „Chyba przesadziłem, nie to miałem na myśli”, to wszystko gra, w porządku, rozumiem.
Idealny jest stanowczy reżyser, który wie dobrze, czego chce, ale też cieszy się, kiedy sam wychodzisz z inicjatywą. Taki ktoś mówi: „No dobra, moim zdaniem to niezbyt dobry pomysł, ale spróbuj, a ja to ocenię”. Rozumie, że chcesz coś zmienić, ale jeżeli uważa, że to, o co cię poprosił wypadnie lepiej, należy to uszanować.
Reżyserowie, którzy nie wiedzą, czego chcą, nie są zbyt dobrzy w swoim fachu. Poza tym, zanim zaczną kręcić, powinni się oczywiście odpowiednio do wszystkiego przygotować…

J.W.: W jaki sposób aktor przygotowuje się do wcielenia w rolę?

(J.B.): Osobiście staram się poznać postać, którą mam zagrać, w pewien sposób z nią utożsamić, nauczyć tekstu, dopiąć wszystko na ostatni guzik. Poza tym trzeba wiedzieć, kręcenie jakich scen zaplanowano na dzień jutrzejszy, bo może się zdarzyć, że nagle ktoś stwierdzi: „O rany, zaczyna padać… Świetnie, kręcimy scenę numer pięćdziesiąt cztery!”, a tobie włosy dęba na głowie stają, bo nie masz pojęcia, o co chodzi! Najważniejsze to pamiętać, że wszystko może się w każdej chwili pozmieniać, ktoś może na przykład zachorować. Trzeba przewidzieć, że wszystko może się wydarzyć. Grunt to być przygotowanym na każdą ewentualność.

J.W.: W 1977 zaczęła się twoja przygoda z Jamesem Bondem, wraz z filmem „Szpieg, który mnie kochał” („The Spy Who Loved me”), z całym tym szumem wokół fantastycznego superzbiornikowca Kena Adama. Grałeś asystenta pana Q, Smithersa. Jak pracowało ci się przy tych filmach, w porównaniu z wcześniejszym doświadczeniem?

(J.B.): Przede wszystkim… kwestia finansów! „Szpieg, który mnie kochał”, był naprawdę czymś niesamowitym, jeśli chodzi o efekty specjalne. Bardzo wryło mi się w pamięć wnętrze łodzi podwodnej – to było coś niesamowitego! A potem przeżyłem szok… naprawdę rozłożył mnie na łopatki superzbiornikowiec i sceny z kaskaderem wpadającym do wody. To było coś nieprawdopodobnego. Kiedy tak spróbuje się ogarnąć całość i pomyśleć, ile to wszystko kosztowało, a potem przypomnieć sobie stare dobre czasy, kiedy wystarczyło tylko odwrócić dekoracje na drugą stronę, żeby zmienić scenerię… albo jak zręcznie wykorzystywano kamerę do zmian samym tylko kręceniem pod innym kątem… aż się wierzyć nie chce! Czytałem gdzieś, że przy Bondzie pomagał sam Stanley Kubrick… Ta produkcja miała nieprawdopodobny wręcz rozmach!

J.W.: Jak myślisz, kto powinien zagrać następnego Bonda?

(J.B.): Cóż, to bardzo trudna do obsadzenia rola. Wydaje mi się (zresztą chyba sporo osób się ze mną zgodzi), że najlepszym Bondem był Sean Connery. Roger Moore też był niezły. Brosnan w początkach kariery za bardzo się moim zdaniem wczuwał, ale chyba z czasem szło mu coraz lepiej. To bardzo trudna rola, poprzeczka ustawiona jest naprawdę wysoko. Jeśli chodzi o mnie, to stawiałbym na Clive’a Owena. Poza tym facet właśnie został nominowany do Oscara, więc na pewno by mu to pomogło.
Byłbym szczęśliwy, gdyby mojemu agentowi udało się załatwić mi jeszcze raz posadę w laboratorium Johna Cleese’a, taki mały come back.

J.W.: Jak dostałeś rolę Boby Fetta w „Imperium Kontratakuje” („The Empire Strikes Back”)?

(J.B.): Mój brat przyrodni, Robert Watts, był menadżerem produkcji. Kiedy zaczynali kręcić, zadzwonił do mnie i powiedział „Niech twój agent się tym zainteresuje. Roboty nie jest za wiele, tylko kilka dni, szukają osób do ról łowców nagród”. Powiedziano mi, że mają już kostium, a ja zawsze powtarzam, że jeśli strój na mnie nie pasuje, to nie dostanę roli. Krótka piłka. Ten cały kombinezon zapinał się na plecach. Był jak na miarę szyty, spodnie miały długość jak w sam raz… Zupełnie jak na mnie! Jak ulał! Wszedłem w nim do pokoju przesłuchań, a George Lucas powiedział tylko: „W porządku. Niech będzie. To nic specjalnego, Jeremy, ale widzimy się w poniedziałek, OK.?”. Wieczorem opowiedziałem o wszystkim moim synom, którzy stwierdzili, że cała historia brzmi całkiem nieźle. Dwa-trzy dni, o których wspominali na początku, zmieniło się w pięć tygodni, kiedy zostałem zaproszony do zagrania w „Powrocie Jedi” („Return of the Jedi”) na następne cztery tygodnie.

J.W.: Boba Fett pojawił się po raz pierwszy w osławionym „Star Wars Holiday Special”, od którego Lucasfilm właściwie się odciął. Czy kiedykolwiek udało ci się obejrzeć całość czy widziałeś tylko sceny z twoją postacią?

(J.B.): Cóż, tak, widziałem tę kreskówkę, w której pojawia się Boba Fett, a która była, zdaje się, częścią całego show. Pierwsze, co pomyślałem, to: „Co za szmira!”, aczkolwiek miło było zobaczyć w niej postać, którą grałem. Sądzę, że jednym z powodów, dla których postać Boby Fetta stała się tak popularna, to fakt, że nie można było dostać jego figurki, nim nie kupiło się iluś innych. Początkowo nie było jej w ogóle w sklepach… Pamiętam, jak pokazano mi plastikowa zabawkę, zanim jeszcze skończyliśmy kręcić! Pomyślałem sobie wtedy: „O rany, ale fajnie”! Wtedy jeszcze gadżety nie były takie cenne, a koniec końców, pod względem ilości najbardziej poszukiwanych rzeczy z „Gwiezdnych Wojen”, Boba Fett ustępuje jedynie Darthowi Vaderowi. To naprawdę coś niezwykłego.

J.W.: Boba Fett wywarł zaskakujący wpływ na kulturę masową, zważywszy na krótki czas, w jakim widzimy go na ekranie… Czy trudno było się wcielić w tę rolę?

(J.B.): Cóż, nie przeceniałbym się, ale kiedy fani mówią coś w stylu: „Niesamowity jest ten moment, jak się odwracasz!” albo: „Uwielbiam ten fragment, kiedy wciskasz przycisk…”, mogę powiedzieć tylko: „Hmm, chyba właśnie wtedy przysypiałem!”. Pracowałem całą noc w teatrze i na całe szczęście nie widać, jaki jestem wykończony, bo mam na głowie hełm!
Przeważnie stałem po prostu w pewien specyficzny sposób, przechylałem głowę i uciekałem się do drobnych, charakterystycznych gestów. Fett był miłośnikiem broni, więc trzymałem blaster w sposób sugerujący, że nie lubi się z nim rozstawać i starałem się zachowywać w sposób, który – miałem nadzieję – będzie wyglądał wiarygodnie.
Tak samo było w Pałacu Jabby – kiedy wiedziałem, że będę w kadrze, odrobinę przekrzywiałem głowę. To jest właśnie praca z kamerą. Siła Fetta nie leży w akcji. On po prostu stoi w miejscu, co jakiś czas wykonując tylko drobne ruchy…
W „Powrocie Jedi” jest taka scena, z tancerkami, która została dodana w edycji specjalnej, gdzie Boba ujmuje jedną z dziewcząt za podbródek. Mam wrażenie, że to nie bardzo zachowanie w stylu Fetta… Może i jest obiektem zainteresowania, ale zawsze się pilnuje. Wie, że nie może sobie pozwolić na chwilę słabości, bo wszyscy w pobliżu mają na niego oko.

J.W.: Czy uważasz, że aura tajemniczości wykreowana przez graną przez ciebie postać została zniweczona w prequelach?

(J.B.): Cóż, gdybym to ja miał wymyślić całą historię, nigdy nie dopuściłbym do tego, żeby pokazano twarz Boby. Bez zdejmowania hełmu zachowałby swoją tajemniczość. Fakt, Vader pojawia się bez maski, ale Boba powinien był pozostać wielką niewiadomą. Coś w jego postaci sugeruje, że możesz słyszeć jego głos, ale nie powinieneś nigdy zobaczyć jego prawdziwego oblicza.
Spotkałem się swego czasu z Danielem Loganem który grał młodego Bobę i Temuerą Morrisonem, odtwarzającym rolę jego ojca – to było bardzo miłe spotkanie. Temuera powiedział mi wtedy: „No cóż, to od ciebie wszystko się zaczęło”. Ludzie często pytają mnie o użyczony postaci głos: zacznijmy od tego, że nie był mój. Bobę dubbingował amerykański aktor o imieniu Jason Wingreen. W nowej wersji na DVD głos podkładał Temuera Morrison – i chociaż rozumiem intencję tej zmiany, sądzę, że nie powinni byli tego robić. Oryginalnie Boba miał charakterystyczna chrypkę, ale teraz mówi z tym nowozelandzkim akcentem… To nie wina Temuery: po prostu stworzyli nawiązanie między filmami.
W zasadzie dobrze się stało, bo zawsze jest to temat do dyskusji. Fani pytają: „Po co to?”. Interesujące, że George robi dokładnie to, czego chce. I to wszystko, o to w tym wszystkim chodzi.

J.W.: W swoim komentarzu do „Gwiezdnych Wojen” na DVD George Lucas przyznał, że nie docenił potencjału postaci, stąd też szybka i prosta – żeby nie powiedzieć „prostacka” – śmierć (Boba Fett kończy wtrącony przez prawie ślepego Hana Solo do paszczy sarlacca). Jak ty wyobrażasz sobie śmierć Boby Fetta?

(J.B.): Jednego jestem pewien: powinien zginąć w walce o wiele bardziej emocjonującej niż takie byle co! Kreowano go na znakomitego wojownika i twardziela, więc moim zdaniem nie powinien zginąć ot tak. Powinien przynajmniej choć trochę pokazać, na co go stać, ale… to tylko film. Kiedy zostałem ponownie poproszony do odegrania roli w „Powrocie Jedi”, fani byli bardzo podekscytowani, ale osobiście nie przejąłem się tym jakoś zbytnio i w sumie cieszę się z tego. To nie było żadne wielkie „halo”.
Tak czy inaczej, sprawiło mi to wiele przyjemności. Szkoda, że postać odeszła tak wcześnie, ale cóż – tak to już jest w showbiznesie.

J.W.: Czy nie zaskakuje cię, że twoje autografy osiągają czasem na eBayu zawrotne ceny?

(J.B.): Najbardziej mnie wkurza, kiedy okazuje się, że są podrabiane. Kilka razy się to zdarzyło i byłem z tego powodu naprawdę wściekły. Rozdaję autografy za darmo! Najgorszą rzeczą, jaką kiedykolwiek widziałem, były fałszywe aukcje charytatywne przeprowadzane za pośrednictwem serwisu eBay – dwukrotnie byłem świadkiem takiego procederu.

J.W.: Ostatnio zagrałeś w trzecim i ostatnim prequelu z cyklu „Gwiezdne Wojny”. Jak to było, odgrywać niewielką rólkę w nowym filmie i co by było, gdyby wszystko potoczyło się inaczej?

(J.B.): Cóż, szczerze powiedziawszy, bardzo się tym denerwowałem. Nie miałem zbyt dużo tekstu mówionego, właściwie tylko półtorej linijki. Niby George był ten sam, na planie była wspaniała, luźna atmosfera, ale pracowałem głównie na green screenie. Znałem kamerzystę, asystent i fotograf był wcześniej ze mną w „Play It Cool”… Keith Hampshire jest teraz jednym z najbardziej wziętych fotografów i ucięliśmy sobie po wszystkim długą pogawędkę. Było naprawdę świetnie. Spędziłem tam cztery dni i atmosfera była wręcz magiczna. Jeśli jestem w ostatecznej wersji, fajnie, jeśli nie – trudno.
Kilka osób wysłało mi nawet zdjęcie ze strony starwars.com, ale to był jakiś zamazany koszmar! Straszne ujęcie, na pewno nie oficjalne – odesłałem je z listem, w którym pisałem, że bardzo mi przykro, ale nie mogę tego podpisać, dopóki nie zostanie formalnie zatwierdzone.

J.W.: Co jest najlepszego w byciu częścią uniwersum „Gwiezdnych Wojen”?

(J.B.): Cóż, grałem całą masę innych postaci, ale koniec końców i tak zostanę zapamiętany jako Boba Fett. Ludzie zawsze będą pamiętać o „Gwiezdnych Wojnach”, nawet za pół wieku. Można mieć nadzieję, że ludzie zapamiętają cię ze sztuk teatralnych i telewizji, ale bycie znanym jako część sagi „Gwiezdne Wojny” to naprawdę coś. W ten sposób przechodzi się do historii.
Podróżuję po świecie, biorąc udział w różnych konwentach i zlotach fanów – wolę robić to teraz, bo za jakiś rok lub coś koło tego raczej zaprzestanę podroży – a przynajmniej chcę je ograniczyć. Chciałbym więcej czasu poświęcić moim wnukom.

J.W.: A co jest najgorszą rzeczą w byciu częścią uniwersum „Gwiezdnych Wojen”?

(J.B.): Sądzę, że najgorsze, chociaż w zasadzie nie jest to coś, co spędzałoby mi sen z powiek, to fakt, że ludzie zapominają o innych rzeczach, które zrobiłem. Prawdziwi fani SF będą rozprawiać o serialu „Doctor Who”, część osób będzie chciała rozmawiać o „Robinie z Sherwood” („Robin Of Sherwood”)… Smutne, że można być zapamiętanym tylko z jednej roli. Bardzo mnie cieszy, kiedy ktoś mówi: „Pamiętam jak grałeś Billy’ego Buntera, kiedy miałem piętnaście lat!”. Świetnie, kiedy ktoś chce rozmawiać o takich rzeczach. Nigdy nie powiedziałbym czegoś w stylu: „Och, robiłem jeszcze tyle innych rzeczy! Nie pytajcie mnie o »Gwiezdne Wojny«!”. Jeśli jesteś zaproszony do USA albo gdzie indziej na konwent, niegrzecznie jest wzbraniać się przed mówieniem o filmach, o które cię pytają. Wydaje mi się, że nikt z grających w „Gwiezdnych Wojnach” nie ma takiego zwyczaju. Kiedy się spotykamy, bardzo miło spędzamy czas. Zwykle jest nas cała paczka, mnóstwo brytyjskich aktorów, jak na przykład Carrie Fisher (księżniczka Leia) czy Mark Hamill (Luke Skywalker). Carrie zawsze znajduje czas, żeby serdecznie się ze mną przywitać i porozmawiać, tak samo jak Mark. Wszyscy jesteśmy aktorami, chociaż ci grający w kostiumach po prostu słuchali wskazówek Georga Lucasa, sprawiającego, że jego wspaniałe wizje ożywały – wszyscy jesteśmy częścią czegoś niepowtarzalnego.

J.W.: Jakie preferujesz media (film, telewizja, teatr) i dlaczego?

(J.B.): Uwielbiam teatr! Nie grałem na deskach od jakichś ośmiu lat. To strasznie długo… Możliwe, że wkrótce do tego powrócę. Może jakieś powtórki? Dwa lata temu zaproponowano mi coś takiego w Windsorze – granie w trzech sztukach – ale to było ponad moje siły. Miło byłoby jednak wrócić do teatru i zając się tym znowu. Nie powiedziałbym jednak, że ostatnio się obijałem, spędziłem te osiem lat bardzo pożytecznie… Jestem ojcem i dziadkiem. Mam trzech synów i ośmioro wnuków.

J.W.: Czy bardzo grymasisz przy wybieraniu ról?

(J.B.): To dobre pytanie. Tak naprawdę w tej kwestii miałem zawsze sporo szczęścia.
W latach 1990-1991 podróżowałem na Środkowy i Daleki Wschód z dwiema sztukami Dereka Nimmo. Powiedział mi, że lecimy do Jordanii i możliwe, że wkrótce zacznie się tam wojna (to była Pierwsza Wojna w Zatoce Perskiej). Stwierdziłem wtedy, że w porządku, nie ma sprawy. „Świetnie”, odparł. „Ale musimy podpisać umowę. Nie możesz w tym czasie – przez dwa lata – pracować dla nikogo innego”. Cóż, zawsze powtarzam, że nigdy nie należy mówić „nigdy”. Wielu aktorów zarzeka się na przykład, że nigdy nie wystąpiliby w reklamie, nigdy nie będą jeździli z teatrem, nie będą ograniczali się do jednego rodzaju pracy, ale koniec końców okazuje się, że kiedy pójdzie plotka, że wybrzydzasz, nagle nie masz z czego wyżyć.

J.W.: Co jest dla ciebie naprawdę ważne w scenariuszu?

(J.B.): Tak naprawdę najważniejsze, żeby tekst był chwytliwy i łatwo wchodził do głowy. Dialogi powinny być… porywające. Czasem nauczenie się tekstu zabiera mnóstwo czasu. Bywa, że nawet kiedy tekst nie jest za dobrze napisany, może ci się początkowo wydać rewelacyjny. Trudno jest z marszu oceniać takie rzeczy. Na początku coś może ci się jawić jako fantastyczne, a potem się okazuje, że to kompletna szmira.

J.W.: Siedzisz w tej branży już niemal pół wieku. Powiedz, co twoim zdaniem najbardziej się zmieniło?

(J.B.): Cóż, w ciągu ostatnich dziesięciu lat istną plagą stały się programy typu „reality show” i pokazujące, jak coś (domy, samochody, styl ubierania) są zmieniane na lepsze. Całe szczęście, że mamy telewizję cyfrową – czasem udaje się znaleźć coś wartego uwagi. Jeżeli programów typu reality show zacznie przybywać, nasza telewizja stanie się jeszcze większym śmietnikiem, niż amerykańska. Wiem, że wszystko idzie do przodu, ale z pewnym sentymentem myślę o czasach, kiedy były tylko trzy programy. Wtedy dało się wyczuć, że niemal każdy w kraju ogląda to samo. Osobiście mam wrażenie, że część z tych programów robi ludziom papkę z mózgu, obraża ich inteligencję. Kiedy widzę te gwiazdy w „Big Brotherze”… Nie mam ochoty oglądać jak ktoś szykuje się do snu! Na cholerę mi to? „I’m A Celebrity” jest ciut lepsze, dzięki Antowi i Decowi, ale po pięciu minutach oglądania czuję się kompletnie znudzony. Mam ochotę oglądać dobre sztuki albo komedie, a tych jest niestety coraz mniej.

J.W.: Jaką radę dałbyś młodym ludziom, chcącym pójść w twoje ślady?

(J.B.): Cóż, jeśli się nad tym długo zastanawiasz, to taki zawód pewnie nie jest dla ciebie. Musisz wiedzieć, co chcesz robić i nie zrażać się, kiedy długo dostajesz same odmowy. Zwróć uwagę, jak czasem w programach typu „Pop Idol” albo „X-Factor” kiedy jury mówi: „Przykro nam, nie tego szukamy”, ludzie zachowują się, jakby świat się kończył! Nie są na tyle twardzi, żeby powiedzieć: „No cóż, starałem się, jak mogłem, ale jeszcze nie powiedziałem ostatniego słowa! Jeszcze tu wrócę!”. W szkole teatralnej i w ciągu lat pracy z różnymi reżyserami nauczyłem się jednej rzeczy: jak nie dostaniesz danej pracy, zawsze znajdzie się następna! Zawsze powtarzam sobie:„Trudno, ich strata”. Nie wezmą mnie – i co z tego?”. Nie można tego wszystkiego brać na poważnie. Nie można się od razu poddawać. Jeśli studiujesz w szkole teatralnej, musisz przejść swoje. Robienie czegoś innego, umiejętności w innym kierunku i inne wykształcenie to dobry pomysł, bo dziś aktorstwo to bardziej hobby niż praca.
Przykro mi to mówić, ale szczególnie po przekroczeniu pięćdziesiątki coraz trudniej dostać rolę. Ludzie mówią: „No tak, są bardziej interesujące role, ale dla osób pokroju Davida Jasona i Johna Thawa… Cóż, tak, są role, ale w pewnym wieku możesz być co najwyżej pilotem czy policjantem. Najlepszy czas na pracę to między 24 a 26 rokiem życia. Aktorki mają jeszcze gorzej. Po prostu nie mają kogo grać! No, chyba że jest się Maggie Smith albo Judi Dench, ale takich ról naprawdę nie ma za wiele. Jeśli miałbym dawać jakieś rady… najlepiej wcześniej dobrze wszystko przemyśleć. Jeżeli naprawdę ci na tym zależy i wiesz, że to właśnie to, to tak jak ja: trzymaj kciuki i uwierz w siebie! Na początku jest trudno, coś takiego wymaga wiele poświęcenia; bywa, że musisz naprawdę urobić się po pachy, ale jeżeli chcesz powtarzać sztukę na wypadek, gdyby coś wypadło, to norma. W międzyczasie trzeba szukać sobie czegoś innego.

Wywiad pierwotnie ukazał się na łamach serwisu Close-Up Film.

Tłumaczenie: faultfett.



 

Społeczność
  *Newsy
*Nadchodzące wydarzenia
*Ostatnie komentarze
O nas
About us
Über uns
*Członkowie
*Struktura
*M`Y w akcji
*Historia Organizacji *Regulamin
*Rekrutacja
*Logowanie
M`y na Facebooku
Copyright © 2009-2021




Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2021 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3. 15,680,407 unikalne wizyty