Kronika, część 2
 
Kronika, część II

+++Inicjalizacja+++
+++Losowa kronika+++
+++Inicjalizacja+++
+++Kod autoryzacji zgodny+++
+++Odtwarzam+++


Sundari. Co do Shebse stało się z tym miastem? Ostatni raz, gdy tu byłem, trochę inaczej to wyglądało... Takie myśli tłukły się w głowie Kuela, gdy szedł zatłoczonymi ulicami miasta na Mandalorze. Tłok mu nie przeszkadzał. Jego zbroja zdecydowanie wyróżniała się z tłumu, przez co przechodnie schodzili mu z drogi. I oglądali się za nim. Zastanawiał się co w tym jest najgorsze. To, że zmusił się, by tu przyjechać, czy to, że właśnie przechodził przez miejsce zwane Placem Pokoju.
Tu nie chodziło o to, że Mandalorianie nie znali pokoju. Każdy szanujący się Mandalorianin wykorzystywał takie momenty w historii, by zająć się rodziną, lub gospodarstwem. Ewentualnie brał jedno-osobowe zlecenia. Kuel miał już blisko 60 lat i doskonale to rozumiał. Jednak to, co się tutaj działo, no cóż, przekraczało pewne bariery.
Wtem, jakby na dokładkę, zaczepił go policjant. Ci przynajmniej noszą zbroje –pomyślał na jego widok Ha’rang.
-Przepraszam pana. Z całym szacunkiem. Proszę, by nie obnosił się pan tak ze swoją zbroją. Proszę chociaż o zdjęcie hełmu. –Przemówił mundurowy. Na oko wyglądał na jakieś 20 lat. Kuel nie pamiętał już, kiedy on był tak młody.
-Synu, przede wszystkim, w całym moim życiu nikt nie zwrócił się do mnie per "pan". To o czymś świadczy. Po drugie- ja się nie "obnoszę". Mam ją po prostu na sobie. Zawszę ją ubieram, gdy wychodzę z domu. Takie przyzwyczajenie. I wreszcie, po trzecie, co robił twój buir, gdy był w twoim wieku? –To ostatnie wyraźnie zbiło go z tropu.
-Słucham? –Zapytał zaskoczony.
-Buir, ojciec. Co robił, gdy był młody?
Policjant zastanowił się przez chwilę.
-Walczył...
-Po czyjej stronie?
-Mereela. Jastera Mereela. –Wyznanie to wyraźnie sprawiło mu jakąś trudność.
-No więc, pewnie go znam. Lub znałem. Nie wiem. Wiem jedno. Mandaloriańska zbroja to coś więcej niż ubiór. I nie zamierzam jej zdejmować. Nie dziś. Nie tu. Prawdopodobnie mnie w niej pochowacie.
-Ale...
-Spieszę się, synu. –Rzucił na odchodnym już Kuel. –Pozdrów ojca.
Nie powinienem być dla niego aż tak surowym -skarcił się w duchu. To nie jego wina, że urodził się, gdy wojna miała się ku końcowi i do głosu dochodzili Nowi Mandalorianie. Ale przecież każdy ma wybór. Nie trzeba ulegać wpływom. Patrzył na mijających go ludzi i sam nie wiedział, jaka jest odpowiedź na to pytanie. Właściwie po co tu przyleciał. Mógł siedzieć na farmie i szukać w prasie wzmianek o Straży. A tymczasem zamierzał użerać się z władzą.
Dotarł do pałacu. Pałac! Mandalor nie potrzebuje pałaców! Tylko, że ona nie jest Mandalorem. Droid w recepcji obrzucił go sensorami optycznymi, jakby od niechcenia, ale kiedy Kuel ruszył do wind bez jego przyzwolenia, szybko zastąpił mu drogę.
-Przepraszam, sir, ale nie może pan tak sobie wchodzić bez pozwolenia. Trzeba zaczekać na wezwanie.
-Byłem umówiony...
-To nie ma nic do rzeczy. Proszę udać się do poczekalni...
Kuel nie wytrzymał, choć bardzo się starał. Wyciągnął z kieszonki u pasa mały mikro obwód i szybkim, płynnym ruchem wetknął go w gniazdo znajdujące się u nasady szyi droida. Coś pod

obudową zabrzęczało, przeskoczyła iskra i robot upadł na ziemię bez ruchu. Ha’rang przeszedł nad nieruchomym korpusem i wsiadł do windy. Wcisnął odpowiedni przycisk i po chwili był już przed salą audiencyjną. Zrobił wyjątek i zdjął hełm. Westchnął przeciągle i wszedł. Obszerny gabinet był pusty nie licząc stojącego pod oknem mężczyzny. Był on starszy od Kuela o dobre parę lat. Na wątłe ciało nałożył tunikę w stonowanych kolorach. Widać było, że nigdy nie nosił sobie zbroi. Kuel starał się, by w jego głosie nie pobrzmiewała nuta pogardy.
-Premierze Almec...
-Ach, witam pana, Ha’rang. –Polityk był wyraźnie zaskoczony. –Zdaje się, że jest pan trochę za wcześnie...
Kuel znacząco uniósł brew, ale się nie odezwał. Tamten uznał to za sygnał zdziwienia i zaczął tłumaczyć:
-Widzi pan, księżna ma zaplanowane za pół godziny ważniejsze spotkanie. Gdyby pan teraz zaczekał, później moglibyśmy porozmawiać swobodniej.
-Zapewniam, że nie zajmę dużo czasu. –Wycedził Kuel. Nagle, z drugiego końca Sali dał się słyszeć głos:
-Zamierza pan tu dziś toczyć walkę? –To mówiła księżna Mandalory i liderka ruchu Nowych Mandalorian, Satine Kryze. –Po co panu ta zbroja?
W towarzystwie dwóch strażników weszła do komnaty, ubrana w wyszukaną suknię, weszła na podwyższenie i stanęła przed ozdobnym tronem.
-Z całym szacunkiem. –Kuel złożył prawie niezauważalny ukłon i podszedł bliżej. –Ta zbroja mnie reprezentuje. To część kultury, której poświęciłem swoje życie.
-Ja widzę w tym symbol walki i rzezi. –Odparła Satine. –Chce pan uchodzić za barbarzyńcę?
-Oczywiście, że nie. Jako Mandalorianka, powinna pani wiedzieć, kim jest, znać swój lud i jego tradycję, tym bardziej, że jest pani Mandalorem.
-Nie jestem Mandalorem. Ten tytuł to już tylko historia. Jestem księżną Mandalory, a mój lud ma nową tradycję. Może nie jest tak stara, jak ta barbarzyńska, ale na pewno właściwsza.
-Twierdzi pani, że Mandalorowie, to historia? –Trochę ostrzej zapytał Kuel. -O ile się nie mylę, jeszcze rok temu żył ostatni Mandalor.
-Chodzi o Jango Fetta? –Wtrącił się Almec. –To był wyrzutek. Nie był na Mandalorze od dawna. Poza tym, ci którzy go wybrali, w większości już nie żyją.
-Oczywiście, że nie żyją. –Ton głosu Ha’ranga przybrał zajadliwą barwę. –Zginęli w wojnie. I tylko dzięki ich poświęceniu możecie bawić się tu w rządzenie. Gdyby Vizsla wygrał, powywieszałby wasze głowy na Placu Pokoju, jako nauczkę dla reszty...
-Jak pan śmie! –Obruszyła się księżna. –Wojna, o której pan mówi była niepotrzebna. Nasi ojcowie wyżynali się nawzajem bez powodu. I kto tu się bawi w rządzenie?! Jestem księżną wybraną z woli ludu...
-Może w Sundari. Nie ma pani jednak żadnej władzy nad resztą planety. Z całym szacunkiem, ale Mandalorianie po drugiej stronie globu mają pani rządy w głębokim shebs.
-Proszę uważać na słowa, Ha’rang. –Upomniał go Almec. Kuel ani myślał go słuchać. Mało tego, był tak zirytowany, że chwycił premiera za kołnierz i przyciągnął go do siebie. Ich twarze wręcz się stykały.
-Moi bracia ginęli. –Wycedził wojownik. –Wy nawet nie ruszyliście palcem, aby im pomóc, a teraz, na dodatek, gdy dorwaliście się do władzy, próbujecie zniszczyć to, o co walczyliśmy? –Puścił Almeca i już spokojniej dodał. –Mandalora, jako lider ugrupowania pokojowego? Galaktyka nas wyśmieje.
Mandalorianie to przeczekają, ale gdy nadejdzie odpowiedni moment, powrócą. Nie będzie wtedy miejsca dla księżnej Satine i jej pokojowego programu.
Odwrócił się na pięcie i ruszył do wyjścia. Na odchodnym, wkładając hełm rzucił jeszcze:
-Miłego rządzenia, księżno.
I wyszedł.

+++Koniec pliku+++

Mateusz „Kuel” Dąbrowski


 

Komentarze
 
Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
 

Dodaj komentarz
 
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
 
 

Społeczność
  *Newsy
*Nadchodzące wydarzenia
*Ostatnie komentarze
O nas
About us
Über uns
*Członkowie
*Struktura
*M`Y w akcji
*Historia Organizacji *Regulamin
*Rekrutacja
*Logowanie
M`y na Facebooku
Copyright © 2009-2021




Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2021 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3. 15,702,779 unikalne wizyty