Zwój
 
I.
Młoda, rudowłosa kobieta w mandaloriańskiej zbroi przemierzała korytarze cytadeli Sithów na Dromund Kaas. Mimo, że była tu już kilkakrotnie, za każdym razem imponował jej rozmiar budowli. Zastanawiała się nad tym, czy siły Republiki byłyby w stanie zwalić potężne mury i wieże. Teraz, kiedy Imperium negocjowało traktat pokojowy ze swoimi odwiecznymi wrogami, taka możliwość wydawała się nieprawdopodobna, ale gdyby coś poszło nie tak i znowu wybuchłaby wojna…
Shae stanęła przed drzwiami komnaty Darth Graven, na której wezwanie miała się stawić. Imperium Sithów często zatrudniało łowczynię nagród, chociaż większość zadań wykonywała na zlecenie Dartha Malgusa. Mimo wielu starań nie potrafiła znaleźć informacji o swojej potencjalnej pracodawczyni – musiała przyznać, że intrygowała ją tajemnicza członkini Mrocznej Rady. Na wszelki wypadek Vizla sprawdziła blaster przy biodrze, choć wiedziała, że byłaby martwa zanim sięgnęłaby po broń i nawet specjalnie skonstruowana zbroja nie ochroniłaby jej przed błyskawicami i uduszeniem Mocą. Niemniej jednak uspokoił ją dotyk zimnej stali. Rzadko się bała, nawet Sithów, ale tym razem czuła się niepewnie – gdyby tylko mogła dowiedzieć się czegoś więcej o Graven…
Strażnicy nie odebrali jej broni – łowczyni nagród była znana w całej cytadeli z częstych wizyt, więc nie uważali za konieczne jej rozbroić. Otworzyli tylko drzwi i wpuścili ją do bogato urządzonego wnętrza.
Kobieta ujrzała stół, na którym leżały arkusze flimsiplastu oraz karafka z winem. Na ścianach wisiały obrazy przedstawiające dawnych Sithów i ich walki z Republiką a także innymi wrogami. Zdumiał ją niewielki rozmiar mebla, a także krzesła, stojącego przy nim.
- Cóż, wydajesz się zaskoczona, łowczyni – rozległ się przy niej miękki, zmysłowy głos. Vizla rozejrzała się, po czym machinalnie spojrzała pod nogi. Postanowiła trzymać usta na kłódkę i nie komentować karłowatego wzrostu Darth Graven. Oprócz tego mankamentu Sithanka była atrakcyjną ludzką kobietą w wieku Shae, z opadającymi na plecy blond włosami związanymi w warkocz i przepaską na lewym oku.
- Jak widzisz, nie wszyscy członkowie Mrocznej Rady są wysocy i uroczy jak choćby Darth Thanaton – rzekła Graven z lekkim uśmiechem. – Ach, zapomniałam… Mogłabyś poprosić strażnika, aby przyniósł krzesło o normalnym rozmiarze? Nie będę trzymała cię na nogach przez całą rozmowę.
Shae zacisnęła usta. Kobieta wydała jej polecenie jakby łowczyni była służącą, co zagrało na jej dumie. Niemniej jednak przełknęła ślinę i skierowała się do drzwi, czując za sobą świdrujący wzrok karlicy.
Po kilku chwilach, podczas których obie nie odzywały się do siebie, przyniesiono krzesło. Mandalorianka usiadła, Sithanka zajęła miejsce na swoim siedzisku, zaś mężczyzna skłoniwszy się głęboko, wyszedł.
- Darth Malgus nie może się ciebie nachwalić – zaczęła – podobnie zresztą jak przedstawiciele wywiadu, wojska i dla kogo tam jeszcze pracujesz. Słyszałam też o twojej… hmm… niechęci do Zakonu Jedi.
Vizla skinęła głową. Jakiś czas po ataku na Alderaan brała udział w ataku na statek republikańskiego dyplomaty. Wraz ze swoim bratem i innymi Mandalorianami odpierali ataki chroniących go Jedi. Wtedy to mistrz Aurei Eadon zabił chłopaka. Vizla niemal oszalała z wściekłości i wyzwała go na pojedynek. Eadon odmówił, twierdząc, iż nie chciał zabić brata Shae. Tchórz jak wszyscy Jedi! Niechby tylko nadarzyła się okazja, łowczyni pokazałaby temu hut’uunowi co znaczy zemsta. Pragnęła zanurzyć ręce we krwi Aureia i odesłać jego głowę Zakonowi.
- Tak – wydusiła. – Nienawidzę Jedi.
- To dobrze – odpowiedziała z błyskiem w oku Graven. – Będziesz miała okazję się z nimi zmierzyć po raz kolejny. Udasz się na Taris i odnajdziesz ukryty tam starożytny zwój z informacjami, które dla ciebie nie są istotne, a dla mnie stanowią wielką wartość. Oczywiście nie muszę chyba dodawać kto oprócz żołnierzy Republiki go chroni.
- Nie. Nie musisz.
- Cieszę się, że się rozumiemy. Po wylądowaniu skontaktujesz się z doktorem Farleanem Hayre. On powie ci, co robić dalej.
- Jak go poznam?
- Niełatwo go zapomnieć – rzekła Graven z uśmieszkiem, który zniknął natychmiast, zastąpiony obojętną miną, niemniej Shae dostrzegła go i nieco się zaniepokoiła. – Każdy na Taris zna Hayre’a. To prawdziwy ekspert od rakghuli. Wiesz co to?
- Słyszałam plotki.
- Plotki a rzeczywistość to co innego. Mam nadzieję, że jesteś dobrze przygotowana. Pamiętaj, że Darth Malak zbombardował planetę – co prawda udaje nam się ją powoli odzyskać, ale i Republika nie daje za wygraną. Rakghule stanowią coś w rodzaju naturalnej fauny planety, podobnie jak nexu czy ferrazidy. Zresztą Hayre powie ci o nich więcej – a domyślam się, że i sama przeprowadzisz własne badania odnośnie tego tematu. No dobrze – Graven wstała – nie zatrzymuję cię. Im szybciej wyruszysz, tym szybciej dostanę zwój, a ty swoje 40.000 kredytów. Aha - nie zapomnij powiedzieć strażnikom, żeby zabrali krzesło – wyszczerzyła zęby.


Przy wejściu na statek czekał już drugi pilot Shae, Devaronianin o przezwisku Jednorogi. Naprawdę nazywał się Darn Tabro, ale patrząc na niego łatwo było się domyślić, skąd wzięła się jego ksywka. Prawy róg był ułamany niemal do końca - efekt spotkania i flirtu z Sithanką, która była zupełnie odporna na jego elokwencję i próby nawiązania bliższej znajomości. Mimo swojego kalectwa nie tracił poczucia humoru i od razu wyszczerzył się na widok powracającej Visli.
- Ile zarobimy? - zapytał bez wstępów.
Kobieta, na zewnątrz chłodna profesjonalistka, swobodnie czuła się tylko przy nim. To Tabro zaadoptował ją i jej brata według mandaloriańskiego zwyczaju kiedy byli parą ulicznych złodziejaszków na Naar Shadaa i nauczył fachu łowców nagród. "Jeśli masz kogoś okraść, zrób to legalnie" - brzmiało jego powiedzonko. Mimo tego nie oszukiwał przy pazaaku ani podziale nagród. Raz czy dwa zdarzyło mu się nagiąć zasady niepisanego kodeksu łowców, ale tylko w przypadku nie znających go klientów. Kiedy on i Shae musieli współpracować z innymi łowcami nagród, był wcieleniem uczciwości.
- Czterdzieści tysięcy - powiedziała, wchodząc do wnętrza statku i ściągając hełm. Kaskada rudych włosów wysypała się na zbroję.
- Ładnie - stwierdził Darn. - Dokąd lecimy?
- Na Taris.
- Taris? A niby co tam jest? Oprócz rakghuli i nexu, rzecz jasna.
- Jakiś artefakt Sithów. I... - spoważniała - Jedi.
Chociaż nie był wrażliwy na Moc, wyczuł jej niedopowiedzenie.
- Aurei Eadon? - zapytał.
- Podobno też.
Pokiwał głową.
- Ad’ika, jeśli on tam jest, tym razem nie ucieknie - powiedział.
Przytuliła się do niego.
- Vor’entye, buir - szepnęła ze łzami w oczach.


II.

Reputacja Vizli była tak znana, że bez trudu uzyskała zgodę na lądowanie. Po przylocie na stację orbitalną ona i Devaronianin zabrali się transportowcem na powierzchnię planety, do głównej bazy imperialnej. Oboje mieli na sobie mandaloriańskie zbroje i cały arsenał broni. Natychmiast też udali się na poszukiwanie doktora Hayre’a, którego Graven kazała odszukać Shae. Doszli do wniosku, że zamiast błądzić, w pierwszej kolejności zapytają jedyną osobę, która mogła być najlepiej poinformowana.
Kantyna była niemal pusta o tej porze, większość żołnierzy była na patrolach lub miała inne obowiązki, a zwykli obywatele pracowali. Kobieta i jej towarzysz podeszli do lady.
- Co podać? - zapytał barman, szczupły, siwowłosy mężczyzna z profesjonalnym uśmiechem niemal przylepionym do twarzy.
- Informacje - odparła krótko Visla.
- Są drogie.
- Zapłacimy jeśli okażą się pomocne. Gdzie znajdziemy doktora Farleana Hayre’a?
Mężczyzna zbladł. Drżącymi rękami sięgnął po kieliszek i butelkę, nalał i wypił.
- Szukacie Hayre’a? Na miłość gwiazd, nikt przy zdrowych zmysłach go nie szuka.
Devaronianin chwycił go za rękę, którą nalewał drugi kieliszek.
- Więc uznaj, że nie jesteśmy do końca normalni. No więc?
- Tam gdzie innych.
Shae wyciągnęła blaster i przyłożyła go barmanowi do głowy.
- Liczę do trzech. Jeden...
- W starym szpitalu! - wyjąkał przerażony mężczyzna. - Jest opuszczony! To znaczy nie do końca - roi się w nim od rakghuli. Tam znajdziecie Farleana!
- Co miałeś na myśli mówiąc "tam gdzie innych" ?
- To wy... nie wiecie? - Visla powoli zaczęła naciskać spust. - Dobra! Już mówię! Doktor Hayre jest zarażony, zmienia się w rakghula!
- Żarty sobie stroisz? - warknął Darn.
- Nie, przysięgam! Badał te stwory, miał jakiś preparat, który je odstraszał, ale w końcu mu go zabrakło. Spytajcie porucznika Dorela, on go widział, kiedy zaczęła się przemiana.
Shae schowała blaster.
- Gdzie jest Dorel?
Barman wskazał wchodzącego właśnie do środka ciemnoskórego mężczyznę w mundurze. Jednorogi rzucił mu kilka kredytów i łowcy podeszli do porucznika.
- Poruczniku, mamy kilka pytań - powiedziała bez wstępów Vizla. - O doktora Farleana Hayre’a.
- Rozumiem. Ktoś w końcu uznał, że trzeba z nim skończyć i wysłał łowców. Nie dziwię się. Po tym, co widziałem…
- Nie, chcemy z nim porozmawiać.
Dorel spojrzał na nich badawczo.
- Wątpię czy wam się uda. Widziałem go dwa dni temu. Już wtedy z trudem mówił. Teraz już wam nic nie powie. Byłem dowódcą patrolu, który miał odstawić go do bazy, kiedy wysłał sygnał, że kończy badania i zamierza wrócić oraz prosi o eskortę. Przebiliśmy się przez raki (to takie slangowe określenie rakghuli, gdybyście nie wiedzieli), a kiedy dotarliśmy do jego stanowiska, powitał nas widok, którego więcej nie chciałbym oglądać. Nigdy nie interesowałem się, jak wygląda przemiana człowieka w rakghula, ale tym razem miałem to przed oczami. Powiem, że nie jest to przyjemny widok. Chcieliśmy go wybawić i zastrzelić, jednak, jak mi się wydaje, już bredził, bo powiedział, że chce zostać ze swoimi braćmi.
Shae skinęła głową.
- W takim razie co pan może powiedzieć nam o rakghulach?
Przez następne pół godziny Dorel opowiadał im wszystko co wiedział. Okazało się, że w cywilu również był naukowcem i zajmował się biologią i badaniem fauny różnych planet. Jego opowieść była fascynująca i bogata w szczegóły.
- Ostatnie pytanie i nie zatrzymujemy pana – powiedział Tabro.
- Już i tak mnie zatrzymaliście – odparł porucznik. – Dobrze, że jestem oficerem i nie muszę się meldować co jakiś czas –roześmiał się. – O co chodzi?
- Czy wie pan czy na planecie przebywa Aurei Eadon?
Dorel zmarszczył brwi.
- Nie słyszałem. Jeśli tak jest, to pewnie wylądował w którymś z republikańskich osiedli. Tam aż roi się od Jedi.
Shae i Darn wstali.
- Dziękujemy, poruczniku. Bardzo nam pan pomógł.
- Teraz ja mam pytanie – jeśli nie przyjechaliście po Fayre’a, to po co?
Łowcy spojrzeli po sobie. Vizla uznała, że Dorel zasługuje na szczerość.
- Podobno na Taris znajduje się jakiś artefakt Sithów, zwój zawierający informacje. Nie wiem jakiego rodzaju i szczerze mówiąc nie interesuje mnie to. Mamy go znaleźć i dostarczyć na Dromund Kaas.
- Myślę, że najlepiej będzie, jeśli porozmawiacie w tej sprawie z Lordem Ravenusem. To Sith, więc pewnie będzie wiedział więcej niż zwykły porucznik armii imperialnej – uśmiechnął się.
- Gdzie go znajdziemy?
- Po drodze do kantyny mijaliście zapewne pokój z mnóstwem monitorów i map. To nasze centrum taktyczne. Tam powinniście go zastać. To wysoki, łysy mężczyzna z długimi wąsami. Na pewno poznacie.
- Dziękujemy, poruczniku. Tym razem już naprawdę pana nie zatrzymujemy.
- Cała przyjemność po mojej stronie. Powodzenia. – Z tymi słowami wyszedł z kantyny. Chwilę później łowcy podążyli jego śladem.

Lord Ravenus przyjął ich w swoim gabinecie, przypominającym nieco bibliotekę.
- Przysyła was Darth Graven? Cóż, pozwólcie, że coś wam opowiem. Pewnego razu zatrudniła innego łowcę nagród, aby zabił jednego z jej wrogów i przyniósł jego głowę i to dosłownie. W każdym razie łowca, kiedy wykonał już swoje zadanie (co nie było łatwe), powrócił. Graven zapłaciła mu, owszem, lecz kiedy wychodził, zawołała go z powrotem, mówiąc, że o czymś zapomniała. Wtedy do komnaty weszli strażnicy, pochwycili nieszczęśnika i gdzieś go zabrali. Niektórzy uczniowie opowiadali później, że widziano go w jednym z grobowców Korriban. Miał dwie głowy... i apetyt na ludzkie mięso. Sami więc widzicie, że Graven jest osobą wielce niebezpieczną i ryzykujecie, wracając do niej.
Vizla zrozumiała aluzję.
- Ile proponujesz?
Ravenus uśmiechnął się.
- Cieszę się, że się rozumiemy. Pięćdziesiąt tysięcy.
Kiedy już miała odpowiedzieć przecząco, dodał:
- Dla ciebie i twojego towarzysza.
Devaronianin spojrzał na niego.
- Co jest tak ważnego w tym zwoju, że proponujesz aż sto tysięcy kredytów? Graven dawała czterdzieści.
- Ja, w przeciwieństwie do niej, zamierzam dotrzymać umowy.
- A jeśli Graven nie dostanie tego, na czym jej zależy, popadnie w niełaskę Imperatora i może mieć, hmmm... wypadek, po którym zwolni się miejsce w Mrocznej Radzie - domyśliła się Shae.
- Nie dość, że piękna, to jeszcze bystra - skomplementował Ravenus. - Dokładnie. Nie macie pojęcia, jak nudno jest użerać się z tępymi żołnierzami na tej zrujnowanej planecie - westchnął teatralnie. - No, ale do rzeczy. Zwój znajduje się w republikańskiej bazie, na południowym wschodzie. Nie muszę chyba mówić, że teren jest patrolowany, nie tylko przez wojska Republiki ale i Jedi.
Vizla uśmiechnęła się ponuro.
- Mi to nie przeszkadza, a tobie, buir?
Tarn pokręcił głową.
- Wspaniale - ucieszył się Sith. - Zatem będę niecierpliwie oczekiwał waszego powrotu.
Łowcy wyszli, zostawiając go z marzeniami o potędze.

III.
Posoka zbryzgała zbroje Vizli i Tarna. Rakghule atakowały niemal bez przerwy. Okazało się, że także nexu i ferrazidy mają chrapkę na mięso Mandalorian.
- Nie sądziłem, że to powiem - odezwał się Devaronianin, po raz kolejny przeładowując broń - ale marzę o spotkaniu Republikańców.
Kilka godzin po ostatnim starciu z fauną Taris, łowcy dostrzegli swój cel. Baza była dobrze zabezpieczona przed atakami wojsk Imperium. Przy wejściu stały dwie wieżyczki dział, obsadzone strzelcami, wokół kręcili się uzbrojeni żołnierze. Shae dostrzegła również charakterystyczne szaty Jedi.
- Frontalny atak równałby się samobójstwu – stwierdziła Mandalorianka. – Co by tu…
Zupełnie jakby Moc była po ich stronie, dostrzegli dwójkę żołnierzy, idących w ich kierunku. Co jeszcze lepsze, jeden z nich był mężczyzną, a drugi kobietą. Vizla liczyła na to, że nikt nie przypatrywał się dokładnie żołnierce, więc mieliby szanse przeniknąć do bazy nie zaczepiani. Odczekawszy aż oboje znajdą się niedaleko ich stanowiska, ale na tyle daleko od bazy, żeby nikt nie wszczął alarmu, łowcy wyskoczyli z ukrycia na zaskoczonych żołnierzy i po krótkiej walce (sprowadzającej się do wymiany ciosów aby nie było słychać strzałów, które mogłyby przywołać resztę) mogli zdjąć z nich zbroje. Przebrawszy się w nie, przezornie chowając swoje beskargamy w zagłębieniu, które ciężko było dostrzec z zewnątrz, łowcy skierowali się w kierunku bazy, nie zapominając o zabraniu swojej broni. Nikt ich nie zatrzymywał – powinni się cieszyć, jednak Shae miała wrażenie, że nie jest to do końca normalne. Wszyscy ich przepuszczali i nie zwracali na nich uwagi, mimo, że po bliższym przyjrzeniu się Vizla nie przypominała kobiety ze złamanym nosem, a Jednorogi człowieka.
Doszli w końcu do miejsca, w którym, według Ravenusa, miał znajdować się zwój. Było to obszerne pomieszczenie, na środku którego znajdowała się gablota z poszukiwanym przedmiotem. Dookoła widać było szafki, w których umieszczono różne rzeczy – od holokronów do mieczy świetlnych. Wyglądało jak muzeum. Albo sala zgromadzeń Jedi…
- Witaj, Shae – rozległ się łagodny głos. – A więc nie zrezygnowałaś.
Łowcy odwrócili się jak na komendę. Teraz wydało się, czemu wszystko szło tak gładko. W ciemnym kącie pomieszczenia stał młody mężczyzna - w jego ręku lśniła klinga niebieskiego miecza świetlnego. Odrzucił kaptur szaty, ukazując łagodną twarz. Szare oczy patrzyły wprost na łowczynię, jakby Aurei Eadon dostrzegał tylko ją.
- Dziwisz się, tchórzu?! – warknęła Vizla. - Mam nadzieję, że chociaż teraz zachowasz się jak przystało na Jetiise. Chyba że znowu uciekniesz.
- Nie ucieknę. Tak widać musiało być – uniósł miecz i rzucił się do błyskawicznego ataku.
Shae stała przez chwilę sparaliżowana nagłym przejściem od słów do czynów. Wypaliła z blastera, jednak Eadon odbił strzał, który rykoszetem trafił w gablotę roztrzaskując ją. Chwyciwszy Darna w pole Mocy, mistrz Jedi zapobiegł jego próbie podbiegnięcia i porwania zwoju. Jednak stracił na chwilę czujność, co zaowocowało raną na nodze, wypaloną przez miotacz ognia Vizli. Zachwiał się z bólu, zacisnął jednak zęby i ruszył do przodu. Łowczyni cofnęła się i błyskawicznym ruchem rzuciła paraliżującą strzałkę. Aurei zatrzymał się, powodując osłabnięcie pola, którym otoczony był Devaronianin. Ten bez namysłu strzelił, wypalając dziurę w plecach mężczyzny. Eadon upadł na twarz, nie wydając żadnego dźwięku. Miecz świetlny odtoczył się na bok. Jakby na sygnał, do pomieszczenia wpadli żołnierze i pozostali Jedi. Łowcy wiedzieli, że nie mają najmniejszych szans pokonania ich wszystkich. Shae chwyciła zwój. Tabro wyjął granat dymny i rzucił go przed siebie. Oślepieni żołnierze strzelali w różnych kierunkach. Po krzykach słychać było, że niektórzy trafiają swoich kompanów. Vizla i Jednorogi popatrzyli na siebie i jednocześnie uruchomili miotacze ognia. Wrzaski palonych żywcem Jedi i wojaków wypełniły pokój. Strzelając z blasterów do pozostałych przy życiu, łowcy przebili się przez stos zwęglonych ciał. Słyszeli dźwięki alarmów i krzyki o medyków. Nikt nie zwracał na nich uwagi, kiedy uciekali przez korytarze w kierunku wyjścia. Wypadli w końcu na otwartą przestrzeń, jednak nie zatrzymali się dopóki nie znaleźli się w bezpiecznej odległości i nie przebrali się w swoje własne zbroje.
- To koniec – powiedział Darn. – Jak się czujesz, ad’ika?
- Dziękuję za uratowanie mi życia – uśmiechnęła się i pocałowała go w policzek. – Eadon był szybki, ale ty szybszy. Nie mamy tu już czego szukać. Wracajmy do Ravenusa i zabierajmy się z tej planety.
- Bardzo chętnie. O niczym innym… - odwrócił się błyskawicznie i strzelił do ferrazida, który pojawił się w zasięgu wzroku i szykował do ataku - … nie marzę.
Roześmiali się i ruszyli przed siebie.


Epilog
Lord Ravenus ostrożnie dotknął zwoju. Na jego twarzy malowało się podniecenie, kiedy przebiegał wzrokiem treść. Z tego, co Shae mogła dostrzec, flimsi zapisany był dziwnymi znakami, więc i tak nie potrafiłaby go odczytać.
Szeroki uśmiech wypłynął na twarz Sitha.
- To dokładnie ten zwój. Spisaliście się, a więc otrzymacie co wam obiecałem – sięgnął po datapad i wpisał kilka znaków. – Gotowe. Sto tysięcy kredytów znajduje się na twoim koncie, łowczyni. Wprost nie mogę się doczekać miny Graven, kiedy przekażę zwój Imperatorowi. Zostawcie mnie teraz z moim triumfem.
Vizla i Tabro opuścili pomieszczenie.
- Wiesz, nie sądziłem, że dotrzyma słowa, w końcu to Sith.
- Oni znani są z tego, że zrobią wszystko, aby wykończyć się nawzajem. Chodźmy. Marzę o porządnym saniprysznicu.

Kilka godzin później siedzieli w kabinie Shae, racząc się wyśmienitą alderaańską brandy, zastanawiając się, jak wydać sto tysięcy i dokąd polecieć w następnej kolejności.
Nagle rozległ się dźwięk komunikatora Vizli.
- Łowczyni – usłyszała przefiltrowany przez respirator, dobrze jej znany głos. – Mam dla ciebie kolejne zlecenie. Udasz się na Coruscant i będziesz mnie tam oczekiwać. Darth Malgus bez odbioru.

Urthona


 

Komentarze
 
Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
 

Dodaj komentarz
 
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
 
 

Społeczność
  *Newsy
*Nadchodzące wydarzenia
*Ostatnie komentarze
O nas
About us
Über uns
*Członkowie
*Struktura
*M`Y w akcji
*Historia Organizacji *Regulamin
*Rekrutacja
*Logowanie
M`y na Facebooku
Copyright © 2009-2021




Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2021 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3. 15,702,660 unikalne wizyty