Jak Arakh natknął się na Mandalorian - rozdział 1
 
Arakhowi od dwóch dni pracowało się dość ciężko. Dziś o mało co nie stłukł cennej lampy próżniowej, nad którą ślęczał od dobrych kilku tygodni.
Po kilku latach poważnego oszczędzania wreszcie udało mu się pozyskać pomieszczenia na swoje pierwsze, własne laboratorium. Podstawowy sprzęt badawczy pochodził z demobilu - na początek w zupełności wystarczy, choć w przyszłości trzeba będzie wyposażyć się w coś lepszego, by nie robić z siebie dziada.
Kolejny krok w usamodzielnieniu się oznaczał dla najmłodszego z rodu Ha'an również pewną konkluzję w zgłębianiu historii własnej rodziny. Mieszkający na Coruscant, względnie nietykalni i cieszący się w miarę stabilnym poczuciem bezpieczeństwa naukowcy, profesorowie i lekarze, od czterech tysięcy lat zostawiali po sobie szeroki i cenny dorobek w postaci odkryć, opracowań lub uratowanych żyć. W pewnym momencie jednak, w miarę przeglądania przez Arakha czeluści rodzinnego archiwum, ta linia wspaniałości urwała się. I nie tyle została przerwana przez natrafienie na jakąś czarną owcę, co zanikła zupełnie, wraz ze wszystkimi następnymi przodkami. Najstarszymi dokumentami, na jakie Arakh zdołał natrafić, były rozpadające się depesze i raporty mgliście wspominające Mandalorian i kogoś imieniem Demagol.
Młody naukowiec postanowił zapytać rodzinę wprost o odnalezione przez siebie artefakty - ci jednak nie chcieli mówić nic. Zbywali go, wspominając o jakiejś bezsensownej legendzie, innym razem doradzali, by nie brnął w tę stronę. Któregoś razu ojcu Arakha wyrwało się, by, jeśli natrafi gdzieś w archiwach na imię Demagol, porzucił zaraz swą kwerendę i zaczął zajmować się czymś innym. Nie chciał powiedzieć absolutnie nic więcej.
Od dwóch dni nad głową pracującego nad swymi projektami Arakha krążyły więc ciemne chmury. Jak to możliwe, że jakieś związki rodzinne z gościem sprzed czterech tysięcy lat mają być tak zatajane? Że niby mają teraz jakiekolwiek znaczenie? Sprzed czterech tysięcy lat?! Co za bzdura...
Bardziej młodego naukowca ciekawili Mandalorianie. Zdołał ich w swoim krótkim jeszcze, dwudziestodwuletnim życiu ujrzeć jedynie dwa razy, gdzieś na ulicy na jednym ze środkowych poziomów planety. Śmieszna kultura, ale dzielna, waleczna i dumna, żyjąca w diasporze po niezwykle smutnym losie, jaki spotkał ich macierzystą planetę...
Arakh, znużony robotą, odłożył wreszcie swe eksperymentalne urządzenie próżniowe bezpiecznie na półkę i wyszedł z instytutu, w którym zwykł działać, kierując się do swojego laboratorium. Zajmowało ono kilka pokoi, całkiem obszernych; nad nimi, z oddzielnym wejściem, znajdowało się arakhowe mieszkanie.
Naukowiec wędrował wąskimi uliczkami, w milczeniu i obojętności mijając przechodniów. Jego kroki cichym echem odbijały się od ścian budynków naokoło. Chodnik był lekko wilgotny; wyglądał, jakby świecił, odbijając wyzierające gdzieś z daleka neony.
Do laboratorium Arakhowi zostało minięcie już tylko jednego zaułka. Już miał bezszelestnie przemknąć obok, gdy kątem oka dojrzał w nim, u stóp budynku, gdzie mieściły się jego skromne włości... Nogi. Leżące pod ścianą nogi, lekko drżące. Ich właściciela spowijał cień - naukowiec nie zdołał dojrzeć nic więcej. Zatrzymał się; przez krótką chwilę zastanawiał się, co robić - pijak, może odurzony?... Ulica pustawa, z wezwaniem pomocy kiepsko...
Arakh postanowił zbliżyć się do leżącego. Wkroczył w cień - właścicielem nóg była postać zakuta w czarną, lekko anachroniczną zbroję, noszącą charakterystyczny linopas z wieloma ładownicami oraz hełm z wizjerem w kształcie tau...
Mandalorianin! Prawdziwy!
Naukowiec prędko dojrzał też szeroki, długi nóż, wbity sporą częścią ostrza w prawy bok nieszczęśnika. Sam nieszczęśnik dyszał ciężko i, podobnie, jak jego nogi, drżał... Był coraz bliżej śmierci. Prowadzący onegdaj różne eksperymenty biologiczne Arakh w mig ocenił, że nóż musiał spowodować intensywne krwawienie, zalewające jamę brzuszną i powoli prowadzące do całościowego niedotlenienia organizmu... Prędko dopadł więc do leżącego.
- Hej... Hej, słyszysz mnie?... - próbował nawiązać kontakt, stukając rannego otwartą dłonią w bok poharatanego hełmu. - Zaraz zawołam pomoc...
Mandalorianin z wielkim trudem obrócił głowę w jego stronę.
- Nie!... Nie, proszę!... Mmmfff... - wydusił z siebie wojownik, chwytając Arakha za dłoń. Chwilę później zwiotczał, oddychając coraz płycej...
Arakh postanowił uratować nieznajomego. Nie dlatego, że darzył Mandalorian jakimś wielkim sentymentem czy zainteresowaniem, po prostu czuł, że to nie w porządku, nie podjąć walki o czyjeś życie. Chwycił wojownika za łydki i, sapiąc, zaciągnął go pod drzwi swego laboratorium. Nie przejmował się zbytnio tym, czy ktoś na pustawej ulicy zainteresuje się ową niecodzienną sytuacją - panująca w społeczeństwie znieczulica była już aż nadto znana.
Naukowiec z trudem wszedł do przedsionka i wtaszczył weń ledwo żywego Mandalorianina. Następnie otworzył szerokie drzwi prowadzące do głównej sali laboratorium, na środku której stał wysoki, ciężki stół. Użytkowany zazwyczaj jako stół do eksperymentów technicznych, teraz przemienił się w łóżko dla chorego.
Arakhowi dobre parę minut zajęło wciągnięcie nieszczęśnika na blat i ułożenie go tamże. Masywna zbroja wojownika wcale tego zadania nie ułatwiała, zaś sam naukowiec, nie przepadający specjalnie za intensywnym wysiłkiem fizycznym, już po kilku chwilach miał kark mokry od potu.
Ratowanie nieznajomego młody Ha'an rozpoczął od delikatnego ściągnięcia mu hełmu - pod poobijaną, lekko skorodowaną skorupą ujrzał twarz niemłodego, spracowanego, lekko wychudłego i nieogolonego mężczyzny. Był on już niepojąco blady... Nie było ani chwili do stracenia. Kamizelka wokół wbitego w bok pokaźnego noża zdążyła już porządnie nasiąknąć krwią - Arakh wziął laserowe ostrze i delikatnie rozciął materiał między płytami pancerza. Rozciął też koszulę pod zbroją, odsłaniając ranę, którą zaraz obłożył gazą. Następnie odszedł od stołu, po różnych zakamarkach laboratorium pozbierał przyrządy medyczne oraz substancje antyseptyczne, podwinął rękawy, umył dokładnie (acz szybko) ręce i zaczął pracować.

Minęło półtorej godziny i było po wszystkim. Zmęczony i lekko trzęsący się z przejęcia naukowiec siedział na podłodze, opierając się plecami o nogę stołu, na którym przeprowadził operację. Udało mu się z sukcesem wydobyć z ciała Mandalorianina ostrze i zatamować krwotok; niestety, konieczne było usunięcie fragmentu płuca nieszczęśnika. Arakh zużył prawie połowę z posiadanych przez siebie antybiotyków i środków odkażających, jednak nie żałował swej decyzji o przytarganiu rannego do swego laboratorium - gdyby nie to, niechybnie umarłby on w hańbie na ulicy... A tak kolejne życie uratowane; rana zabezpieczona i zaszyta, zaś stan pacjenta - stabilny.
Arakh postanowił zdrzemnąć się kilka godzin. Nie zdołał jednak doczłapać się choćby do ustawionego pod ścianą szezlongu - padł na podłogę i usnął w okamgnieniu.

Ze snu wybudziło go wyjątkowo nieustępliwe pukanie do drzwi. Naukowiec zwlókł się z posadzki i, nawet nie sprawdzając godziny, doszedł powoli do drzwi i spojrzał przez wizjer.
Zamarł. Przez plecy przetoczyła mu się najpierw fala gorąca, potem zaś zimna. Dłonie zaczęły go lekko mrowieć.
Przed wejściem do swego laboratorium ujrzał stojących dwóch osobników dzierżących pokaźne miotacze. Obaj mieli charakterystyczne hełmy z wizjerami w kształcie tau i ciemne, niemalże czarne pancerze.
- Wiemy, że tam jesteś! Otwieraj!
Arakh nie zareagował; wciąż gorączkowo analizował sytuację. Nie zdążył jednak wymyślić nic sensownego - po chwili masywne zawiasy drzwi do jego włości eksplodowały w snopach iskier; sam naukowiec, odrzucony gwałtownie w tył, wylądował pod ścianą naprzeciwko, tuż obok rozwartych wrót do właściwej części laboratorium.
Z roztoczonego przez wybuch dymu prędko wyłoniły się obie postacie w zbrojach. Złowróżbnie wzięły na cel nieszczęsnego Ha'ana, wcześniej opuszczając w dół dalmierze przy hełmach.
- Gadaj! Gdzie on jest?!
Arakh głośno przełknął ślinę i powoli zaczął wstawać. Jego mózg zalała fala adrenaliny; fala, która w mig podpowiedziała mu, co zrobić. Pomysł prosty i nie do końca pewny, ale - na chwilę obecną - jedyny...
- Powoli! Nie próbuj żadnych sztuczek, bo zostanie z ciebie miazga!... - Mandalorianie zrobili się wyraźnie bardziej nerwowi; naukowiec, wstając, z wolna chwycił się lewą ręką za jedną z biegnących mu za plecami pionowo po ścianie metalowych rurek; prawą rękę zaś dyskretnie opuścił na pas... Po chwili dłoń poczuła pod sobą okrągły, metalowy przedmiot. Arakh cicho odpiął go od pasa i chwycił mocno, wciskając ukryty w jego zimnej powierzchni niewielki przycisk.
Jeden z wojowników najwyraźniej zauważył ten ruch - gwałtownie i energicznie zamierzył się miotaczem, przykładając go sobie lunetą do wizjera i drąc się:
- Rzuć to! Rzuć to natychmiast!...
- To?... - młody Ha'an bardzo powoli wysunął wprzód rękę trzymającą metalową kulę. - Proszę bardzo...
Naukowiec obrócił dłoń i przedmiot spadł na podłogę.
Błysnęło. Nic jednak nie wybuchło - kula, tuż przed dotknięciem posadzki, uwolniła w formie lśniących hipnotyzującym, błękitnym kolorem wyładowań ogromną ilość zmagazynowanej w sobie energii elektrycznej. Arakh, trzymając się metalowej rurki na ścianie, miał ładunek o tym samym znaku, co ten właśnie uwolniony, nic więc mu się nie stało; co innego wolnostojący, zakuci w metalowe pancerze Mandalorianie...

Minęło około pół godziny. Dwójka porażonych prądem Mandalorian zaczęła powoli dochodzić do siebie. We znaki dawały się im zawroty głowy i bolesne przykurcze mięśni kończyn, w które trafiły wytworzone przez ich przeciwnika błyskawice. Obaj zaraz chcieli stać, nie mogli jednak prawie w ogóle się poruszyć - siedzieli pod ścianą przedsionka, do którego się włamali, ze związanymi za plecami rękami i skrępowanymi nogami. Naukowiec zaś spokojnie, cicho sapiąc, naprawiał drzwi wejściowe - udało mu się je ponownie wstawić w zawiasy i dodatkowo zaklajstrować elastomerowym klejem, by na pewno nie wypadły.
- Obudziliście się już? - zapytał jak gdyby nigdy nic, nie przerywając swej pracy. Po chwili jednak odszedł od drzwi, kucnął, podniósł coś z podłogi, a następnie wstał i podszedł do obu więźniów. W ręce trzymał miotacz jednego z nich.
- Mała zamiana ról - rzekł powoli chłodnym głosem, niemalże cedząc słowa. - Czego wy chcecie? Kto was przysłał?
Arakhowi udało się sprawić wrażenie w pełni opanowanego, choć nie do końca tak było - serce waliło mu niczym młot, niebezpiecznie blisko podchodząc do gardła... Mimo wszystko jednak trzymany przez niego mandaloriański miotacz bardzo wygodnie układał mu się w dłoniach. Naukowiec powoli zamierzył się na jednego z wojowników, po czym wrzasnął znienacka:
- Gadać!... Bo wam odstrzelę te zardzewiałe kubły!...
Jednocześnie przybliżył się na tyle, że lufa miotacza dotknęła hełmu więźnia.
Nastała chwila ciszy. W zgęstniałym powietrzu słychać było tylko ciężki oddech naukowca i obu wojowników.
W pewnym momencie zastraszany przez Arakha Mandalorianin cicho zaśmiał się.
- Muszę przyznać, drogi kolego, że jestem pod wrażeniem...
Naukowiec wzmógł czujność i nieco mocniej naparł lufą na łeb więźnia. Ten zaś, niewzruszony, ciągnął dalej:
- Przyszliśmy tu za jednym z naszych braci. Dojrzeliśmy, jak na ulicy zaciągnąłeś go, nieprzytomnego, właśnie gdzieś tu... Jesteś górą, dlatego powiemy wprost - chcemy go odzyskać; jeśli chcesz, wykupimy go, łowimy nagrody, kredytów mamy w bród...
- Nie chcę waszych kredytów!... - odrzekł gwałtownie Arakh. Po chwili nieco ochłonął. - Znalazłem go na ulicy, tu obok... Ktoś ugodził go nożem w bok. Był o krok od śmierci. Mogłem mu pomóc, więc zabrałem go tu i wyleczyłem. Teraz leży w pokoju obok. Jego stan jest stabilny.
Znów nastała cisza, po kilku chwilach ponownie przerwana przez Mandalorianina:
- Jesteśmy Ordo. Ja, Sarruss Ordo, i brat mój, Ver'rad Ordo. Jeśli prawdą jest to, co mówisz, uratowałeś życie naszemu bratu, Ber'runowi Ordo...
- Jak mam wam zaufać? - gwałtownie wtrącił się Arakh, nieco wyprzedzając konwersację i nie odejmując broni od głowy więźnia.
- Nijak - odpowiedział tym razem drugi Mandalorianin. - To twoja decyzja. Musisz ją podjąć sam. My nigdy nie ufamy nikomu. Czuwamy tylko, by w odpowiednim momencie móc nacisnąć spust...
- Jeśli Ber'run jest tutaj, to czy możemy go zobaczyć? - kontynuował tymczasem Sarruss Ordo. - Ty rządzisz, ty masz broń...
Naukowiec zastanawiał się przez moment, po czym powoli odjął lufę od hełmu Mandalorianina.
- Rozwiążesz nas?... - zapytał Ver'rad.
- Nie - odparł zdecydowanie Arakh. - Ale pozwolę wam chodzić.
Po chwili więzy krępujące nogi więźniów zostały rozcięte. Z pomocą naukowca obaj Mandalorianie stanęli na równe nogi, po czym zostali wprowadzeni do głównej sali laboratorium. Wciąż posiadali związane za plecami ręce, zaś Arakh nie odłożył dzierżonego przez siebie miotacza.
Ber'run leżał na stole dokładnie tak, jak pozostawił go na nim jego wybawca. Miał podłożoną pod głowę miękką poduszkę, tułów szczelnie i ciasno obandażowany białymi pasami materiału; do boku szyi przyklejone miał okrągłe elektrody, połączone kablami z szafkopodobnym urządzeniem z ekranem wyświetlającym kilka różnorodnych, kolorowych linii oraz wydającym w rytm bicia serca chorego ciche, miarowe piski.
Wojownicy stanęli nad pacjentem, lekko nachylając się nad jego twarzą, a następnie lustrując uważnie jego obandażowanie. Wiercili się przy tym dość mocno, ale Arakh pozostał nieugięty i nie rozciął sznurów krępujących im nadgarstki.
- Z rany wydobyłem to - rzekł po chwili, ujmując miotacz w jedną rękę, drugą zaś sięgając na stojący z tyłu za stołem kredens i zdejmując z niego słój ze wsadzonym do środka niedoszłym narzędziem śmierci Ber'runa.
Sarruss i Ver'rad z wielką uwagą oglądali owo narzędzie. Arakh wyjął je ze słoja i powoli obracał w dłoni, tak, by niecodzienni goście mogli mu się dobrze przyjrzeć.
- To broń mandaloriańska - rzekł w końcu Ver'rad.
- Niewątpliwie... - zawtórował mu Sarruss. - To komplikuje sprawę... Aczkolwiek chyba wiem, kogo należy za to dorwać... Ty zaś - tu Mandalorianin zwrócił się w stronę naukowca - jesteś wielkim człowiekiem. Żadne słowa nie opiszą naszej wdzięczności ku tobie za ocalenie życia naszemu bratu. Jednocześnie prosimy o wybaczenie za tak gwałtowne najście...
- Nie ma sprawy - odpowiedział Arakh, choć wyważone drzwi i stanowczo za duża ilość nerwów w ciągu ostatniej godziny wcale nie skłaniały go do takiego stwierdzenia. - Nie mogłem go tak zostawić... Po prostu nie.
- Przyrzekamy uroczyście, że nie zrobimy ci krzywdy - rzekł Sarruss, zerkając na stojącego obok Ver'rada - ten kiwnął głową. Następnie obaj spojrzeli na naukowca.
Ha'an stał i przez dłuższy moment wpatrywał się w podłogę. W końcu podjął decyzję. Odwrócił się, odłożył nóż i miotacz na półkę kredensu, po czym wrócił, odpiął od pasa małe ostrze laserowe i po kolei rozciął Mandalorianom więzy na nadgarstkach. Był przygotowany na to, że ci zaraz rzucą się na niego w nikczemnej chęci ukręcenia mu łba... Wojownicy jednak dotrzymali danego słowa.
- Napijecie się wody? - zapytał z grzeczności Arakh, w jego głosie było już jednak słychać wątłą nutę zmęczenia. - Niestety, mam tylko to...
- Chętnie - odrzekli obaj Ordo. Naukowiec zaprosił ich do stojącego na uboczu pokoju, częściowo zawalonego książkami stołu z trzema krzesłami. Sam podszedł do kredensu i począł wydobywać szklanki oraz karafkę.
Mandalorianie usiedli, nie przejmując się zbytnio stosami najróżniejszych techniczno-naukowych publikacji, zajmującymi prawie cały blat. Mając pewność, że gospodarz ich nie usłyszy (a jeśli już usłyszy, to nie w pełni), zaczęli szeptać między sobą:
- Skóra to, kości i jedynie trochę mięśni... Jak on zdołał poradzić sobie z dwoma, hm, raczej sprawnymi vode?...
- Bo używa mózgu, nie to, co ty...
- Moim zdaniem to coś jeszcze... Może ktoś od niego jest Mando?
W tym momencie naukowiec podszedł do stołu, stawiając na skrawku wolnego miejsca kryształową karafkę oraz dwie szklanki z wodą. Wydawać by się mogło, że szklanki u takiego osobnika byłyby raczej solidnie wymytymi, starymi słoikami, tu jednak, podobnie, jak karafka, były one wyrżnięte z pięknego kryształu.
- Słuchaj, bracie... - rzekł Sarruss, zdejmując hełm, stawiając go na podłodze i ujmując w palce swoją szklankę. Ver'rad również odsłonił twarz. - Jak ty właściwie masz na imię? Jaka twa familia?
- A-arakh... Arakh Ha'an - odpowiedział Arakh po krótkiej chwili zastoju, w czasie której przyglądał się swoim gościom - obaj mieli ciemne włosy i byli na oko do 5-8 lat młodsi od Ber'runa. Ich twarze były też wyraźnie mniej spracowane i pełniejsze, nie kahektyczne. - Przepraszam, że się nie przedstawiłem... - dodał po chwili.
- Ha'an? Prawie, jak Haran, "kosmiczna anihilacja"... - rzekł Sarruss. - To mandaloriańskie nazwisko...
Arakhowi lekko rozszerzyły się źrenice. Gwałtownie postanowił zrobić się nieco bardziej wylewny.
- Od czterech tysięcy lat moja rodzina mieszka tu, na tej planecie... Ostatnio grzebałem w jej historii... Znaczy się w mojej historii... I Mandalorianie faktycznie tam się przewijają. Jedyne co, to od momentu ich pojawienia się nie mogę natrafić na nic starszego.
- Jakieś imiona, nazwiska? Haran, tak? Jakieś jeszcze? - pytał Sarruss, podnosząc do ust szklankę i biorąc duży łyk wody.
- Prawie nic... Jedyne, co znalazłem, to Demagol... - kontynuował Arakh. Niespodziewanie, na dźwięk wypowiedzianego przez naukowca imienia, jeden Ordo gwałtownie wypluł dopiero co wzięty łyk wody, drugi Ordo zaś o mało co nie spadł z krzesła.
Arakh mocno zdziwił się, jednak prędko zaczął kojarzyć fakty - te wszystkie rodzinne "cicho, nie wolno mówić" oraz sugestie porzucenia zgłębiania tego tematu... I teraz to...
- Pokaż mi. Pokaż mi te dokumenty, listy, cokolwiek, gdzie to jest... - gorączkowo rzekł Sarruss. Naukowiec wskazał na jeden ze stosików książek na stole, tuż obok Ver'rada; Mandalorianie zaraz rzucili się na niego i poczęli przeglądać kolejne wyciągnięte z niego artefakty. Wreszcie natrafili na zmurszałą depeszę, gdzie wymieniono imię Demagola. Obaj wojownicy analizowali jej treść przez dobre kilka minut.
- Hmm, wszystko jasne, drogi braciszku... - rzekł w końcu Sarruss. - Sprawdź sobie, kim był i co robił Demagol. Twoi dalecy krewni musieli mieć z nim lub z jego pomocnikiem jakąś styczność, trudno powiedzieć... To, czym został osławiony Demagol, najpewniej jest powodem odcięcia twej rodziny od dalszej przeszłości. Choć niewątpliwie jest to mandaloriańska przeszłość, a w tobie płynie mandaloriańska krew. Sprzed czterech tysięcy lat, ale, braciszku, my swego poznamy nawet po tak długim czasie...
"No i?" - chciał odrzec Arakh, ale w ostatniej chwili ugryzł się w język - czuł, że taka odpowiedź byłaby co najmniej nie na miejscu.
Wojownicy opróżnili swe kryształowe szklanki.
- Jakoś trudno mi wierzyć w przypadki... To, że trafiliśmy do ciebie, też nie jest zwykłą rzeczą... Czym ty się właściwie zajmujesz?
- Cóż... Jestem naukowcem... Inżynierem, biotechnologiem... Zajmuję się między innymi nawigacją, technikami katodowymi i promieniotwórczością...
- A nie myślałeś o tym, by coś zmienić? By, może, na przykład, zajrzeć trochę w przeszłość, nawiązać do niej?...
Arakh dobrze wiedział, o co Sarrussowi chodziło. Nie wypowiedział tego wprost, ale zapytał krótko:
- A co mi to da?...
- Na przykład kredyty na prowadzenie badań, nowy sprzęt... - odpowiedział tym razem Ver'rad. Naukowiec zamyślił się. Po chwili lekko posmutniał.
- Ale kto by mnie przyjął... Mnie, niby-szalonego naukowca?
- Szalonego? No i co z tego? - odrzekł Ver'rad. - Udowodniłeś swą moralność... Bratem może być każdy...
- Na nas już pora. Poranek się zbliża. - przerwał mu Sarruss, po czym podniósł z podłogi swój hełm i wstał, zakładając go na głowę. Po chwili drugi Mandalorianin uczynił to samo.
Kierując się w stronę drzwi, wojownicy raz jeszcze przystanęli nad Ber'runem. Ten leżał spokojnie - spał, miarowo oddychając. Ver'rad podszedł również do kredensu, z którego zabrał odłożony tam wcześniej przez Arakha miotacz.
- A co z tym?... - zapytał naukowiec, wskazując na słój z wydobytym z rany Ber'runa szerokim i długim nożem.
- Zatrzymaj go - rzekł Sarruss. - To broń mandaloriańska, zasłużyłeś sobie na nią...
Po chwili dodał:
- Za twoim pozwoleniem, przyjdziemy pojutrze. Odwiedzić naszego brata.
Młody Ha'an kiwnął głową.
W końcu Mandalorianie, zabrawszy z przedsionka również drugi miotacz, przekroczyli próg włości Arakha i w miarę cicho zamknęli za sobą drzwi.
Arakh został sam. Choć wiedział, że obok leży jego uratowany pacjent, czuł się dziwnie opuszczony. Trochę (a może nawet bardziej), jak gdy po hucznym przyjęciu wszyscy znajomi prędko rozchodzą się do domów, gospodarz zaś zostaje sam.
"Braciszku"...
Czy więc Sarruss Ordo miał, mówiąc o pojutrzejszych odwiedzinach, na myśli Ber'runa czy Arakha?
 

Społeczność
  *Newsy
*Nadchodzące wydarzenia
*Ostatnie komentarze
O nas
About us
Über uns
*Członkowie
*Struktura
*M`Y w akcji
*Historia Organizacji *Regulamin
*Rekrutacja
*Logowanie
M`y na Facebooku
Copyright © 2009-2021




Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2021 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3. 15,702,347 unikalne wizyty