Ucieczka
 
Ucieczka. To słowo biło się w mojej głowie od Nar Shadda. Odkąd ostatni raz widziałem rodzinę.

Nie żebym chciał ich znowu zobaczyć. Nie po tym co zrobili.

Ucieczka. Właściwie tyle mi zostało.

Trzeba tylko poradzić sobie z tym cholernym wszczepem. Wynalazek starszy niż napęd jonowy, ale działa. Niestety.

Nadajnik, odbiornik... i detonator. Właściwie nie mam wcale tak źle. Lepiej niż ci na dole. Mam umiejętności, więc nie opłaca się marnować mojego życia i zdrowia. Ale wolny nie jestem.

Nawet nie wiem jak nazywa się ta stacja kosmiczna na której jesteśmy. Ale przynajmniej mam co robić. Tu każdy potrzebuje szybkich napraw. A ja każdą z nich podpisuję swoim życiem, zdrowiem i względnie dobrym samopoczuciem. Czym dokładnie - to zależy od skali niedoróbki. Na szczęście właściciel też jest mechanikiem. I chyba lubi mnie jako źródło dochodu. Na pewno jako odciążenie. Więc przynajmniej nie każe mnie za każdą skargę.

Ale to nic nie zmienia. Interesuje mnie wolność. Nawet jeśli na chwilę. Nawet jeśli miałbym przymierać głodem. Byle by obejść ten przeklęty detonator. Nie chcieli mi powiedzieć jak działa. Dopiero niedawno udało mi się, korzystając z tego że sonda się ładowała, podejrzeć jaki to model. Sprytne wykorzystanie terminala później, podczas napraw, poza czujnym okiem kamery pozwoliło mi na dokładne określenie modelu wszczepionego. I... jest problem.

Prosta sekwencja - sygnał zawierający kod urządzenia i hasło wysłany na odpowiedniej częstotliwości określonej dla modelu. Tylko tutaj zaczynają się schody... Hasło odpowiada za dezaktywację ładunku. Każde inne... cóż... Prowadzi do dosyć ciekawej reakcji, kończącej się śmiercią. Rozłożoną w czasie w zależności od umiejscowienia ładunku. Czyli mam do poznania dwie rzeczy:

Hasło i pozycję ładunku. Nawet jeżeli udałoby mi się uciec od eksplozji, wszczep i tak pozwala na identyfikację mnie jako niewolnika. Co gorsza zbiegłego.

Potrzebuję datapada. Tego jednego. Nie ma opcji. Muszę go ukraść podczas ucieczki. A potem pozbyć się wszczepu. Najbezpieczniej będzie chyba znaleźć droida medycznego.

Dobrze. Teraz naprawa. Sonda zacznie za chwilę mnie podejrzewać.



Na szczęście to było proste. Nigdy nie spieszyłem się z naprawami, nawet jeśli wiedziałem o co chodzi, więc takie "odpłynięcie" nigdy nie było podejrzane. Sonda nie dostrzeże "dziwnych zachowań", nie będzie miała co raportować, więc będę miał spokojną noc. I wygodną, bo klient był zadowolony. Żegnaj metalowa podłogo, dzisiaj będzie rozdzielać nas materac.

Sonda potwierdza że to ostania "wyjazdowa" naprawa i inkasuje zapłatę od klienta (kolejny który woli chipy kredytowe zamiast przelewu bankiem). Jego strata. Efekty jedynej ingerencji w zachowanie sondy które udało mi się wykonać. Naprawa za chipy kredytowe z automatu dolicza drobną sumę do kosztu części. Sumę która ląduje w mojej kieszeni. I nikt o niej nie wie. Dzięki temu udało mi się uzbierać całkiem sporo przez ostatnie trzy lata. Kwoty zawsze oscylowały w okolicach procenta kosztu części. Na tyle mało że nikt tego nie zauważył. Najważniejsze to nie stać się zbyt chciwym. A po 3 latach stać mnie na transport ze stacji. Albo żeby kupić blaster, spłacić droida medycznego i kupić dwa datapady. Potem prosta podmiana i są szanse na uznanie przez nich, że problem ucieczki rozwiązał się sam. Zaczekają aż dostaną informację o wybuchu. A jeśli ich nie dostaną... zgłoszą ucieczkę niewolnika i wyznaczą nagrodę. Ale ten problem rozwiąże droid medyczny.



Miałem szczęście. Dobry tydzień. A klient z dzisiaj był wyjątkowo zadowolony. Z tego co zrozumiałem mamrotanie właściciela to bardziej oficjalny serwis wycenił naprawę trzy razy drożej. Bo idioci nie zorientowali się co poszło. Mój Właściciel też nie. Pierwszy raz od... czterech lat dostałem Pozwolenie i drobne fundusze. Mam dwie standardowe godziny wolnego. I mogę sobie kupić co zechcę w sklepach na stacji. Co nie oznacza że sonda przestała mnie śledzić. Dwa datapady, odrobina części. Jeden standardowy, na podmianę pod oryginalny i jeden trochę lepszy. Biorąc pod uwagę że to i tak nie była "standardowa sytuacja" sonda była wyczulona na próby ucieczki, kupno datapadów - cóż... mam fundusze, więc sam zakup jej nie alarmuje. To, ile pieniędzy przepłynęło, mogło, więc postarałem się żeby nie dotarła do niej ta informacja. Odpowiednie ustawienie się przy płaceniu i “przypadkowe” wybranie sklepu o odpowiednio głośnej okolicy powinno załatwić sprawę.



Następne parę standardowych miesięcy poświęciłem na powolne przygotowanie ucieczki (mając czas tylko w nielicznych momentach ładowania sondy i okazjonalnie wieczorami). Specjalny program udający ten do "zarządzania" niewolnikami. Nawet wysyłał dane. Ale do drugiego datapada. Dość żeby poznać kod wywołujący dla mojego wszczepu. Co z tego że hasło jest niepoprawne, to pozwoli mi uzyskać jego lokalizację - pozostanie mi tylko ogołocić sygnał z hasła, wtedy będzie udawał ten identyfikujący jako niewolnika (i przy okazji zdradzający lokalizację wszczepu)... Nie miało prawa być między nimi żadnej różnicy. Ale cały czas brakowało mi okazji.



W którymś momencie udało mi się nawet przelać dane. Nie musiałem robić tego podczas ucieczki więc wykorzystałem przyjazną chwilę. Dzięki temu miałem czas na upewnienie się, że wszystko działa tak jak powinno. Działało. Całkiem niezawodnie muszę przyznać.


Podczas jednej z napraw w hangarze zauważyłem przybijający statek, który różnił się od większości statków przybijających do stacji. Był zwykły. Nie wyglądał na transportowiec, na pierwszy rzut oka nie nadawał się do walk kosmicznych. Co pozostawiało tylko dwie możliwości. Przynajmniej w tym rejonie. Regularnie kursujące liniowce, do których nie należał. I statki przemytnicze. Dodajmy, że tych ostatnich były trzy kategorie:

- statki ordynarnie przemytnicze

- latający złom

- statki sprytnie przemytnicze.

Latający złom to na pewno nie był. Nie krzyczał też całym sobą "spójrz na mnie". Nie, to był statek sprytnego przemytnika. Ewentualnie statek mógł należeć do zwykłego człowieka i być środkiem do podróży po galaktyce. Przy czym takie statki nie miały tu czego szukać.

Statek wleciał do tego samego hangaru, w którym przeprowadzałem naprawę i niedługo po tym jak wylądował zorientowałem się, że byłem w błędzie. To był statek przemytniczki. Wyglądała na miraliankę, ale nie miałem pewności. Nie widziałem charakterystycznych dla tej rasy tatuaży.

Przy opuszczaniu hangaru miałem okazję przejść obok statku. Działka na pewno były zmodernizowane. Ale.. trzeba przyznać... zauważyłem modyfikacje wiedząc mniej więcej czego szukać. Statek rodziców był podobny. Silniki chyba były zmieniane i modernizowane. Ale tu nie miałem pewności. To mógł być model, którego po prostu nie znałem.

Wśród przygotowanych do ucieczki rzeczy miałem drobnego pajączka. Znalazłem go podczas jednej z napraw. Nikt nie wiedział o jego istnieniu. I... chyba był minidroidem sabotażowym. Po moich ingerencjach (wyczyszczenie pamięci i odpowiednia kalibracja podzespołów) był nim na pewno. I był dość mały, żeby nie zwrócić uwagi sondy.

Dalsza część była prosta.

Wysłałem go, żeby zakłócił ładowanie sondy. Sonda wykryje to jako drobną usterkę, którą zgłosi do komputera. Pewnie w normalnych warunkach moim pierwszym zadaniem następnego dnia byłaby naprawa źródła zasilania. Dzięki temu wstępnie uzyskam parominutowe okno pomiędzy zakończeniem ładowania, a czasem kiedy właściciel zaśnie.

Trochę źle wymierzyłem czas bo usłyszałem jeszcze "jutro z samego rana spójrz co się dzieje z tym zasilaczem". Chwilę po tym jak zasnął podałem małemu sabotażyście kolejną komendę. Prowadziła do delikatnego uszkodzenia samej sondy. Ta również została zgłoszona do naszego komputera. I jeszcze jedna drobna usterka. Tylko że... tą drobną usterką było zwarcie na zasilaniu sondy. Ale co ważniejsze w połączeniu z pierwszą... cóż... usmażyłem biednego droida. Nie zdążył wysłać już ani jednego sygnału. Podmienienie datapadów było troszkę trudniejsze, ale dzięki krótkiej chwili walki z elektrozamkiem sejfu też zakończyło się powodzeniem. Oj.. ktoś tu za bardzo ufał zdolnościom nadzorczym sondy.

W końcu pięć lat bez sprawiania właściwie żadnych kłopotów. Największym problemem okazały się drzwi. Głównie dlatego, że całkiem o nich zapomniałem. Musiałem ściągnąć panel i otworzyć poprzez wywołanie zwarcia w obwodach elektronicznych znajdujących się pod nim. Podobne działania na zewnętrznym na pewno obudziłyby cały blok alarmem. W pewnym momencie podróży do hangaru zacząłem unikać kamer. Nie planuję ułatwiać im poszukiwań... chociaż... dałem złapać się na jedną z nich... jak wchodzę na statek dwa hangary od mojego rzeczywistego celu.
Jednocześnie wysłałem droida sabotażowego w okolice jego zbiorników paliwa.

Dalej poszło banalnie prosto. Wślizgnięcie się na docelowy statek jest relatywnie proste, jeśli właścicielka właśnie siedzi w kantynie i usiłuje złapać jakiś kurs. Chyba. Zwłaszcza przy drzwiach zablokowanych standardowymi kodami do zdalnego otwierania włazu. Pusta przestrzeń towarowa mnie nie zaskoczyła. Znalazłem coś, co wydawało mi się idealną kryjówką. Przynajmniej dopóki nie otworzyły się drzwi i nie zobaczyłem wycelowanej w moją głowę lufy pistoletu blasterowego. To była ona. Kapitan tego statku. Bez wątpienia. Chociaż teraz miała na sobie zbroję którą... moment... widziałem już kiedyś taką. Ta grupa najemników, których wszyscy się bali...
Mandalorianie? Chyba tak o nich wszyscy mówili. Usłyszałem proste "Kim jesteś i jak tu wszedłeś?". Zdążyłem tylko wykrztusić "niewolnikiem, byłym, mam nadzieję", kiedy przypomniała mi o drugiej części swojego pytania. Wyjaśniłem, że używa jednego ze standardowych protokołów, albo jego wariacji. Dość żebym mógł spreparować otwierający sygnał. Nie opuszczając pistoletu spytała się czy chcę z nią zostać. Nie do końca zrozumiałem o co dokładnie jej chodziło, ale brzmiało to dostatecznie obiecująco. W sumie ten blaster trochę przeszkadzał w rozumieniu. Opuściła go po moim potwierdzeniu. Zdjęła hełm i zapytała jaki mam plan. Równie dobrze mogłem powiedzieć jej wszystko. O dziwo, nie wyraziła żadnych zastrzeżeń co do mojego pomysłu ucieczki, chociaż zdradzała dość by domyślić się, że sama przeprowadziłaby "akcję" inaczej. Ale kiedy ją o to zapytałem odpowiedziała tylko, że to moja "aka", cokolwiek by to nie miało znaczyć.

Reszta przebiegła zgodnie z planem. Kiedy dostałem fałszywy sygnał detonujący, wysłałem swój do droida sabotażowego. Pomyślą, że ukryłem się przy jednostkach paliwowych. Eksplozja tych rozmiarów jest możliwa do osiągnięcia w tak wrażliwym miejscu nawet z małego ładunku umieszczanego w niewolnikach, a skala wybuchu wytłumaczy brak ciała. Chociaż… może reaktor byłby bardziej odpowiedni? Nie. On będzie bardziej pilnowany.

Powiedziała mi, że na pokładzie "Tancerki Shonar" (przy okazji dowiedziałem się jak nazywa się statek) znajdował się droid medyczny. Niedługo później byłem po małej operacji usunięcia ładunku wybuchowego z ciała.

Kiedy zapytałem Mandaloriankę co to znaczy "shonar" roześmiała się. Usłyszałem jeszcze, że dowiem się w odpowiednim czasie. Jak przejdę podstawowy trening. Trening? Wtedy nie wiedziałem co dokładnie skrywa się pod tym eufemizmem. Ale to nie miało znaczenia. Byłem wolny.

A przede mną stała długa droga do zostania Mando.
 

Komentarze
 
Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
 

Dodaj komentarz
 
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
 
 

Społeczność
  *Newsy
*Nadchodzące wydarzenia
*Ostatnie komentarze
O nas
About us
Über uns
*Członkowie
*Struktura
*M`Y w akcji
*Historia Organizacji *Regulamin
*Rekrutacja
*Logowanie
M`y na Facebooku
Copyright © 2009-2014




Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2017 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3. 6,990,482 unikalne wizyty