Owocne zlecenie
 
1.
Imperial City, 1 BBY

Facet przeszedł tuż obok, niemal dotykając mojego lewego ramienia. Gdy mnie minął, przeszedł jeszcze kilka kroków i się zatrzymał. Rozejrzał się, jakby podziwiał widoki, po czym oparł o barierkę i przymknął oczy. Uznałem, że nie jestem spalony, jeszcze. Wziąłem długi łyk kafu z filiżanki. Siedziałem przy stoliku jednej z eleganckich kawiarni ustawionych przy chodniku, który ktoś kiedyś nazwał promenadą. Pewnie ze względu na widok rozciągającego się w dole miasta-planety, w dzień oślepiającego światłem odbijającym się od nieskończonej ilości kilkusetpiętrowych wieżowców z permabetonu i transparistali, a w nocy mieniącego się niezliczonymi barwami błyskających neonów, holoreklam i innego elektronicznego badziewia, moim skromnym zdaniem przydatnego jedynie wtedy, kiedy chcesz znaleźć dobry bar, ale akurat nie masz przy sobie datapada z nawigacją.
Co robiłem w takim miejscu, siedząc przy białym jak nowiuśkie zbroje szturmowców stoliku, popijając kaf z białej jak śnieg filiżanki, ubrany w skromną, lecz elegancką szatę w kolorze jasnego brązu i obserwując mężczyznę o rudawych, rozczochranych włosach, który właśnie witał się z zielonoskórym twi’lekiem? Cóż, tropiłem pewną przesyłkę. Zadanie było proste, zniszczyć ją zanim wpadnie w ręce pewnego bardzo nieprzyjemnego osobnika. Po miesiącu zdobywania informacji i wpadania na wiele fałszywych tropów wreszcie znalazłem coś interesującego. Rudy osobnik był powiązany z jednym z wcześniejszych transporterów przesyłki. Szata miała upodabniać mnie do kogoś w rodzaju zastępcy senatora, czy innego polityka niższego szczebla. Pod nią oczywiście miałem swoją zbroję, chociaż musiałem zrezygnować z wielu fragmentów, takich jak osłony na piszczele czy przedramiona. Ale, prawdę mówiąc, nie interesowała mnie zbytnio jakość przebrania, byle bym nie został przedwcześnie rozpoznany. Dlatego uruchomiłem wszystkie pokłady moich umiejętności aktorskich i udawałem, że interesuje mnie tylko zawartość mojego datapada, który położyłem na stoliku przed sobą, okazjonalnie zerkając na panoramę rozciągającą się w dole.
Zauważyłem, że obaj mężczyźni ruszyli w stronę wind znajdujących się jakieś pięćset metrów dalej, po prawej stronie. Ponownie przekląłem w myśli brak posiadania hełmu, który bardzo mi doskwierał. Jednak w tych czasach istniało małe prawdopodobieństwo pozostania niezauważonym, mając na sobie mandaloriańskim kubeł. Tak naprawdę nie przypominałem sobie, żeby kiedykolwiek takie czasy miały miejsce w galaktyce. Jeżeli widziałeś idącego za tobą Mando w zbroi, wiedziałeś, że masz przerąbane. Kiedy obaj faceci byli mniej więcej w połowie między mną a windami, podniosłem się niespiesznie z krzesła, zapłaciłem rachunek i ruszyłem za nimi. Było to dosyć ciężkie zadanie, bo między nami nagromadziło się wielu przechodniów, jak to zazwyczaj dzieje się na tych poziomach późnym rankiem. Dzięki mojemu wysokiemu wzrostowi (i dobremu wzrokowi) udało mi się jednak ich wypatrzeć. Obaj czekali na turbowindę, mającą zabrać ich, jak wiedziałem, na jeden z dolnych poziomów. Żeby zrealizować plan, musiałem zdążyć przed ich windą. Dzięki temu, że szedłem nieco szybciej od nich, udało mi się. Podszedłem do windy obok i nacisnąłem przycisk. Po chwili drzwi po ich stronie otworzyły się i wsiedli do kabiny. Kiedy zaczęli zjeżdżać, drzwi mojej windy również się otworzyły i wszedłem do środka z dwoma innymi przechodniami. Pierwszy wybrałem cel. Ta winda zaczynała się sto czterdzieści dziewięć poziomów niżej. Właśnie tam, wedle informacji, jakie posiadałem, udawali się obaj mężczyźni.
Kiedy winda się zatrzymała, schowałem swój datapad i wyszedłem, rozglądając się za celami. Zbyt wielu przechodniów, zbyt wiele rozgałęzień, nigdzie nie mogłem ich spostrzec. Poszedłem więc najbardziej prawdopodobną drogą, jaką mogli się udać, już wcześniej przeze mnie wyliczoną. Wyjąłem z połów płaszcza małego drona i dyskretnie wypuściłem go, żeby pomógł mi wypatrzeć rudego i zielonego. Po pięciu długich minutach okazało się, że miałem rację – szli tą samą drogą, co ja, tylko wyprzedzali mnie o dobry kilometr. Weszli w zaułek, a potem w kolejny – widziałem ich na ekranie mojego datapada. W końcu zatrzymali się przed wejściem do jakiegoś obskurnego baru, wcale nie wyglądającego na bardzo uczęszczany. Kiedy zniknęli w środku, odwołałem i schowałem drona, po czym udałem się do tego samego baru, tylko inną drogą. Po kilku skrętach i kluczeniu ciasnymi zaułkami cuchnącymi zgniłymi odpadkami i ściekami dotarłem pod drzwi „baru”. Z bliska był jeszcze mniej zachęcający niż na widoku z kamery. Nacisnąłem przycisk przy drzwiach. Po chwili odpowiedział mi gruby, opryskliwy głos dobiegający z głośnika obok przycisku:
– Dzisiaj nieczynne. Hasło?
Postawiłem na blef.
– Przepraszam, ale zarysowałem się z kimś śmigaczem i on tego nie zauważył. Miałem nadzieję, że jakoś to rozwiążemy, więc udałem się za nim tutaj i wydaje mi się, że wszedł do tego lokalu. Czy mógłbym z nim porozmawiać?
Wciąż słyszałem, że głośnik jest włączony, jednak ten po drugiej stronie chyba się wahał.
– Wie pan, nie chciałbym wzywać policji…
To podziałało.
– Żadnych glin, koleś – ktoś niemal krzyknął. – Poczekaj, zaraz do ciebie wyjrzymy.
Przesunąłem się na lewy skraj drzwi. Kiedy odsunęły się do góry, ukazał się w nich niski, krępy człowiek z agresywnym wyrazem twarzy. Trzymając prawą rękę za plecami, lewą oparł się o ścianę korytarza i powiedział:
– Jaki śmigacz, co? Trzeba było tu nie zaglądać – to mówiąc, wyciągnął zza pleców prawą rękę uzbrojoną w pistolet blasterowy.
Skoczyłem do przodu, odbijając rękę z blasterem w bok, po czym poderżnąłem mu gardło już wcześniej wyciągniętym z rękawa wibronożem. Zanim zdążył wystrzelić, wyrwałem mu broń z dłoni i pchnąłem go, trzymającego się za szyję, w głąb korytarza. Szybko zamknąłem za sobą drzwi. Spojrzałem na leżącego delikwenta. Jego wzrok stawał się już szklisty, przestał oddychać. Odpiąłem od pasa swój prawy karwasz, do tej pory ukryty pod płaszczem. Zapiąłem go i sprawdziłem, czy moja wyrzutnia strzałek działa bez zarzutu. Działała. Ruszyłem więc dalej. W korytarzu, który zakręcał w lewo, nie widziałem żadnych kamer. Za zakrętem zauważyłem podwójne rozsuwane drzwi. Podszedłem do nich i podłączyłem swój datapad do panelu sterującego. Gdybym miał pełny gam, a przede wszystkim hełm, po prostu sforsowałbym drzwi, nie myśląc o jakiejkolwiek subtelności. Okazało się, że po drugiej stronie nie było żadnych mikrofonów ani kamer podłączonych do panelu. Złamałem wobec tego jedynie kod otwierający drzwi i kiedy rozsunęły się z cichym zgrzytem, wślizgnąłem się do środka.
Zobaczyłem średniej wielkości pomieszczenie, będące główną salą baru. Naprzeciwko mnie, przy przeciwległej ścianie, znajdował się kontuar z małym okienkiem do przekazywania zamówień kucharzom. Ściany były szare i zakurzone, a lampy migotały. Nie było mi dane dłużej napawać się tym wątpliwie zachwycającym widokiem, ponieważ dwóch osobników stojących przy ladzie otworzyło do mnie ogień. Przetoczyłem się szybko za jeden z kilku stolików rozstawionych chaotycznie po pomieszczeniu i wypaliłem kilka razy w podłogę pod nimi. Zauważyłem bowiem na ladzie spory przedmiot, a nie chciałem niszczyć przesyłki, dopóki nie upewnię się, że to ona.
To ich na moment zdezorientowało, przez co strzelali chyba jeszcze mniej celnie, ale jak dla mnie, bez różnicy. Przerzuciłem blaster do lewej ręki, przebiegłem za kolejny stolik i wymierzyłem prawy nadgarstek w przeciwnika po prawej. Kolejny raz przekląłem brak hełmu, po czym wziąłem poprawkę na ruch celu i wystrzeliłem dwie strzałki. Ostatni raz strzelałem z tego bez wspomagania jakieś parę tygodni wcześniej, podczas treningu. Poczułem, jak wiązka blasterowa przelatuje pół metra od mojej głowy. Przetoczyłem się więc jeszcze raz i, upewniwszy się, że wróg po lewej znajduje się w bezpiecznej odległości od przesyłki, wystrzeliłem mu płynnie cztery razy w pierś, z lewej ręki. Po trzech strzałach upadł, czwarty rykoszetował od ściany za nim i rozbił na suficie, powodując małą chmurę pyłu z durabetonu.
Rozejrzałem się uważnie. W dymie i pyle po strzałach z blasterów nie wypatrzyłem już żadnego niebezpieczeństwa. Powoli się wyprostowałem, po czym ruszyłem ku drzwiom prowadzącym do kuchni. Nikogo w niej nie było. Ani na zapleczu czy w wychodku, bo toaletą to bym tego nie nazwał. Wróciłem do głównej sali i zablokowałem główne drzwi. Podszedłem ponownie do kontuaru. Dwoma strzelcami okazali się ci sami dwaj, których śledziłem. Ciało rudego leżało podziurawione pod ścianą z lewej, ale Twi’lek okazał się przytomny. Uciskał szyję, w którą trafiły obie moje strzałki, najwyraźniej nie rozrywając całkowicie żadnej z głównych tętnic. Patrzył na mnie zamglonymi oczami, nie mógł się już ruszać. Poczekałem, aż odejdzie, patrząc mu w oczy. Kiedy to nastąpiło, odłożyłem zdobyczny blaster, przeszedłem za ladę i przyjrzałem się prostopadłościennej, srebrnej maszynie, o wysokości mniej więcej czterdziestu centymetrów. Na dłuższym boku, skierowanym do mnie, miała duży ekran, a na krótszych mnóstwo wejść na różne przewody i dyski pamięci. Rozpoznałem wojskową technologię komputerową, z domieszką czegoś jeszcze. Sprawdziłem, czy działa. Monitor rozbłysł na zielono i taki pozostał. Spostrzegłem opartą o ladę teczkę, którą rudy mężczyzna tutaj przyniósł. Podniosłem ją i w środku znalazłem płaski komputer. Po uruchomieniu wyświetlało się żądanie hasła. Podłączyłem go pod swój datapad. Na szczęście okazał się niezbyt dobrze chroniony. Miałem przed sobą komputer widocznie specjalnie przerobiony do włamywania się do bardzo skomplikowanych systemów. Moc obliczeniowa była tylko nieco mniejsza od oprogramowania hakującego na moim statku. Uśmiechnąłem się, zrozumiawszy ironię sytuacji – gangsterom nie chciało się odpowiednio zabezpieczyć komputera zdolnego do łamania imperialnych kodów zaopatrzeniowych. W teczce znalazłem jeszcze przewód, więc połączyłem ze sobą oba sprzęty. Wklepałem do komputerka parę znanych mi komend i czekałem. Przez parę chwil nic się nie działo, ale nagle zielony ekran zalała fala danych w postaci czarnych i białych linijek znaków. Prawie dwa terabajty. Bardziej z nawyku i przezorności, niż myśląc o tym, co robię, skopiowałem wszystko na datapad, po czym za pomocą małego dysku wyjętego z zasobnika w pasie wpuściłem do dużej maszyny specjalnie przygotowanego wirusa. Poczekałem, aż ciąg danych zamieni się w kłębowisko błędów i zrzuciłem komputer na podłogę za ladą. Wziąłem z lady pistolet i wypaliłem kilka razy, z bezpiecznej odległości. Poszedłem do kuchni po jakiś łatwopalny płyn i po chwili srebrna maszyna skwierczała niczym małe ognisko.
Pół godziny później byłem już na wyższych poziomach, kierując się do swojego statku. Nikt mnie nie śledził.

2.

– A niech mnie, wyglądasz coraz gorzej, czy to ja tracę wzrok?
Z krzesła po prawej stronie podniósł się mężczyzna średniego wzrostu, o szczerym spojrzeniu i łysej głowie. Uśmiechał się lekko, a jego niebieskie oczy taksowały mnie przez kilka sekund od stóp do głów. Po chwili zaśmiał się serdecznie i uściskaliśmy się po przyjacielsku.
– Su’cuy, Mond’ika, dobrze cię znów widzieć.
– Su’cuy, ner vod, At’ika, tak się cieszę, że wpadłeś. Co, ciężka robota w stolicy nowego ładu i porządku? – wskazał mi gestem stolik w rogu i usiedliśmy, ustawiając krzesła tak, żebyśmy obaj widzieli po jednym z dwóch wejść do lokalu. Znajdowaliśmy się w barze, do którego zaprosił mnie Mond. Kiedy otrzymałem zapłatę za swoją robotę i wróciłem do statku, wysłałem do niego wiadomość, wiedząc, że jest na planecie. Lokal okazał się dość spokojny, w ogóle nie przypominał kantyn, w jakich sporo bywałem. Mond Darcad twierdził, że zalicza się do tej lepszej połowy barów w sektorze. Tak jakby był na bieżąco z takimi danymi. Uśmiechnąłem się. Cały Mond, nie zastanawiający się nad tym, co mówi, mający gdzieś cudzą opinię na swój temat. Uświadomiłem sobie, że wpatruje się we mnie, ubrany w ten swój czarny płaszcz, który zawsze zakładał, kiedy nie miał na sobie zbroi, wyraźnie oczekując odpowiedzi.
– Widzę, że oprócz wyglądu nic się nie zmieniłeś, wciąż tak samo bujasz w obłokach – stwierdził, sięgając po swoje piwo. – A podobno to ja jestem nawiedzony.
– Ta-a… Za to ty również nie zmieniłeś preferencji, ale co do ubioru. Wciąż nosisz ten wstrętny płaszcz po przodku z czasów Wojen Mandaloriańskich.
Przyjrzał się swojemu ulubionemu okryciu, jakby moja docinka wprawiła go w zakłopotanie.
– Bez przesady, chyba nie jest aż taki stary. Wyraża…
– Twój brak schematyczności, wiem – z uśmiechem uniosłem rękę, powstrzymując go przed dokończeniem ulubionego hasła. Zachichotał.
– To co, powiesz mi wreszcie? Znowu walczyłeś z komandosami? A może okradałeś jakiegoś Hutta?
– Nie jestem aż taki szalony. Tak właściwie, to była to całkiem prosta robota. Zdjąłem paru gości, zniszczyłem ich ładunek i po sprawie. Szybka jazda za czterdzieści tysięcy.
– Tak nisko?
– Czasem trzeba przełknąć dumę i zrobić coś tańszego. To przypomina początki, nie pozwala zapomnieć o podstawach…
– Tak, masz zupełną rację – zgodził się Mond. – Tyle że jak robisz tylko takie szybkie, tanie misje poniżej swoich kompetencji, człowiek może wpaść w rutynę, zgnuśnieć – jego uśmiech przygasł. – Wiesz, że od dwóch lat nie zrealizowałem żadnego większego zlecenia?
– Mond, nie sądzę, żeby to było takie trudne. Przecież w tych czasach…
– Nie zrozum mnie źle – wszedł mi w słowo przyjaciel. – Nie żalę się. Takie życie wybrałem. Co więcej, jestem szczęśliwy. Czego tu żałować? Mam żonę, dobrą pracę, mogę malować do woli – Mond był równie dobry w sztuce walki, jak i tej pojętej bardziej ogólnie. – Ale sam wiesz – brakuje mi tamtej adrenaliny, emocji. Tego napięcia, walki ze strachem, czy w ogóle wrócisz do domu.
Pokiwałem głową. To uczucie rzeczywiście było uzależniające. Chyba nikt zdrowy umysłowo nigdy nie mógłby powiedzieć, że w sposób przyjemny. Jednak poziom uzależnienia czy cierpienia zależy od tego, jakim się jest człowiekiem poza walką. Mandalorianie, jako lud od dziecka oswajany z walką, byli znacznie bardziej odporni na takie efekty uboczne niż większość zawodowych żołnierzy służących w wielu rządach Galaktyki. Dlatego wśród nas znacznie rzadziej zdarzały się stany tak często pokazywane w holofilmach, jak ekstremalne stany depresyjne czy samobójstwa.
– Właśnie, co tam u Monicci? Dawno się z nią nie widziałem – zmieniłem temat.
– Dobrze, jakoś ze mną wytrzymuje. Wciąż staramy się o dziecko, ale… Wiesz, jak to jest. Czasem się uda, czasem nie. Nam jakoś nie wychodzi.
– Jestem pewien, że się uda, Mond’ika.
– Ta-a – upił łyk piwa ze swojego kufla. – Dzięki.
Siedziałem tak i patrzyłem na swojego najlepszego przyjaciela. Mond Darcad, starszy ode mnie o sześć lat, jeszcze na Mandalorze pomógł mi pozbierać się po nagłym zniknięciu ojca. Pomagał mi w treningu, kiedy mój starszy brat wykonywał akurat jakieś zlecenie, spędzaliśmy razem wolny czas. Był naszym wspólnym przyjacielem. Teraz, kiedy Rick nie żył, unikaliśmy rozmów o nim, nawet podczas takich krótkich, nieczęstych spotkań. Mond bardzo lubił Ricka, nawet bardziej, niż mnie, z oczywistej przyczyny – mniejszej różnicy wieku. Zazwyczaj czekałem więc, aż sam zacznie ten temat. Robił to bardzo rzadko.
Również tym razem nie uczynił wyjątku. Odezwałem się więc, sięgając po swoje naczynie:
– Mówiłeś, że masz jakąś pracę. Oprócz tych twoich bohomazów.
– Ach, no tak. No więc prowadzę szkołę.
Na ułamek sekundy mnie zatkało.
– Sz… Szkołę? Ty? Niby jakiego rodzaju? Sztuk pięknych?
Spiorunował mnie wzrokiem.
– Ne’johaa, mir’sheb. Ty chyba nigdy nie zrozumiesz istoty sztuki. Nie, szkołę walki wręcz. Taką dla cywilów.
– Masz na myśli klub samoobrony? – zapytałem, siląc się na powagę.
– No… Tak. Ale znalazłem naprawdę dobrą miejscówkę. Klienci walą drzwiami i oknami, mówię ci.
– Jakim doświadczeniem się sygnujesz? – zaciekawiłem się. – Chyba nie swoim Mandaloriańskim pochodzeniem.
– Wiesz, w świecie biznesu czasem należy coś podkolorować – rozłożył ręce w teatralnym geście. – Patrzysz właśnie na byłego oficera służb specjalnych Republiki Konjalii.
– Czego? – omal nie zachłysnąłem się piwem. Przyjaciel uśmiechnął się.
– Fikcyjne państwo, istniało tylko chwilkę, zanim zajęło je Imperium. Tak naprawdę istniało tylko dwie godziny, stworzone na moim komputerze. Kto to znajdzie pośród tylu zamieszkanych planet? Zasłynęło za to posiadaniem tego uzdolnionego przystojniaka w swoim wojsku – wskazał oboma kciukami na siebie.
Byliśmy już przy trzecim kuflu, ale jakoś byłem pewien, że Mond nie żartuje. Roześmiałem się.
– Stary, to żeś dowalił. Teraz może sam Imperator zechce pobierać u ciebie nauki.
Skrzywił się.
– Z tym shabuirem chętnie bym wszedł na ring, ale wiesz, że wolałbym polować na rankory przez resztę życia, niż mu jakkolwiek pomagać. Tak w ogóle to byłoby miło, gdybyś wpadł kiedyś na dłużej. Zjedlibyśmy kolację z Moniccą, może pomógłbyś mi poprowadzić zajęcia. Wiesz, zrobilibyśmy takie seminarium, moi uczniowie zobaczyliby, jak walczą prawdziwi wojownicy.
– Masz na myśli jak walczą prawdziwi żołnierze z republiki Kajilli? – uśmiechnąłem się.
– Konjalii, mądralo. Tak, byłoby naprawdę super. Oni naprawdę myślą, że to jest tak, jak na holofilmach – zarechotał, dając znak kelnerce, że prosi o następną kolejkę. Pokazałem jej, żeby przyniosła tylko jedno. Trzy piwa w zupełności mi wystarczyły. – A jak się naoglądają tych głupot w Holonecie, to jeszcze gorzej – ciągnął Mond. – Ciężko ich potem oduczyć takich bzdur jak to, że walka bez broni z uzbrojonym przeciwnikiem jest łatwa, a byle chłystek z ulicy potrafi powalić rosłego Weequay’a – znowu ryknął śmiechem.
Uśmiechnąłem się. Jeszcze nigdy nikogo nie uczyłem, ale wiedziałem, że to niełatwa sztuka. Mój brat, ojciec, a także sam Mond swego czasu nieźle się przy mnie namęczyli. Prawie współczułem przyjacielowi. Ale sam wybrał taki los.
Kelnerka przyniosła kolejny kufel i zabrała cztery z sześciu stojących na stoliku.
– A najgorsi są ci… te… – na moment zabrakło mu słowa. – te, no wiesz, niedowiarki – wykrztusił w końcu. – Przychodzi ci taki na zajęcia, a jak zaczynasz się rozwodzić nad istotą walki z uzbrojonym przeciwnikiem, to ci przerywają… – upił spory łyk piwa. – I mówią, że się nie da, bo oni widzieli, jak to jest i że najlepiej uciekać, i tego typu bzdety. No to się ich wtedy pytam, po co, do shab, oni do mnie w ogóle przychodzili, skoro nie wierzą, że się da. Im trzeba czasem powiedzieć, że może przyjść moment, kiedy będą musieli obronić swojej rodziny przed dwoma Weequay’ami z wibronożami, w dodatku w jakieś ciemnej alejce. Uciekną wtedy? – zaśmiał się krótko. – Di’kute albo hut’uune, tyle ci powiem. A jak im potem każę zaatakować mnie wibronożem przy wszystkich, z całym impetem i siłą, jakie mają, to, o shab, chciałbyś zobaczyć wtedy ich miny. Część od razu odmawia i już potem w ogóle nie przychodzi, a pozostali nabierają respektu dopiero, kiedy poprzeciągam ich po podłodze. Jak raz przyszedł taki gość, wyższy był od ciebie, bo miał z metr dziewięćdziesiąt, to krzyczał najgłośniej, ale został. Do dzisiaj słucha wszystkiego, co mówię. No – uderzył obiema rękami o blat stolika, sygnalizując, że kończy temat. – To mogę liczyć, że zostaniesz tym razem na dłużej?
Zastanowiłem się. Byłem tuż po zleceniu, ale to było na drugim końcu planety-miasta, a ja naprawdę dawno nie widziałem się z Mondem i jego żoną. No cóż, chyba będę mógł zrobić wyjątek.
– No dobra – zgodziłem się. Oblicze przyjaciela jeszcze bardziej się rozjaśniło. – Ale mam jeden warunek – podniosłem palec do góry. – Nie będziesz mnie bez przerwy zanudzał arkanami tej twojej sztuki.
Mond skrzywił się w udawanym urażeniu.
– Czy ty nigdy się nie nauczysz, że wojownik bez serca jest zwykłym rębajłą? Tym chcesz być, Atin? Rębajłą? Zbójem do wynajęcia? – wstał od stolika, dopijając trunek.
Także się podniosłem. Cieszyłem się, że mogę przekomarzać się z przyjacielem, jak za dawnych lat. To były czasy, pomyślałem. Jak jeszcze Rick żył. Odsunąłem od siebie tę myśl.
– A więc, ku przygodzie – rzucił Mond, po czym obaj wyszliśmy z baru z zamiarem udania się do jego apartamentu.

***

Zorientowałem się, że coraz więcej oczu nam się przygląda. Zauważyłem dwie sylwetki, które wyszły zza zakrętu dwieście metrów za nami i kierowały się naszym śladem. Już wcześniej zastanowiło mnie, dlaczego Mond ruszył akurat tą drogą. Była co najmniej rzadko uczęszczana i brudna. Spojrzałem więc na przyjaciela.
– Mond, dlaczego idziemy tą podejrzaną trasą? – moja prawa ręka zbliżyła się do kabury przy pasku. Mój towarzysz uśmiechnął się, nie odwracając głowy. Patrzył prosto przed siebie.
– Minęło sporo czasu, więc pomyślałem, że zrobimy to ponownie.
Obróciłem lekko głowę. Z tyłu były już trzy postacie i właśnie przyspieszyły kroku.
– Co zrobimy, Mond? – spytałem, jednak wiedziałem już, że znam odpowiedź.
– Zabawimy się – z zadziwiającą szybkością wyjął blaster i wystrzelił przed siebie, w stronę dwóch sylwetek, które właśnie wychodziły nam naprzeciw. Zauważyłem jedynie, że jedna z nich od razu padła od czerwonej wiązki. Okręciłem się, jednocześnie wyjmując blaster i stawiając krok w stronę ściany po lewej. Przejście między budynkami tutaj nie było szerokie, więc znalazłem się całkiem blisko niej. Dwie postacie były ludźmi, trzecia okazała się Togrutaninem. Niższy, a jednocześnie grubszy z ludzi dzierżył wielki, nieporęczny pistolet blasterowy, który właśnie we mnie wycelował. Chciałem go ubiec, okazał się jednak o ułamek sekundy szybszy. Mała poręczność blastera chyba sprawiła, że okazał się nie dość celny – poczułem, jak odłamki durabetonu sypią się z góry na moją głowę. Z racji tego, że grubas potrzebował chwilki, żeby po sporym odrzucie broni z powrotem ustawić ją w odpowiednim położeniu, powaliłem go trzema szybkimi strzałami. W czasie naszej króciutkiej strzelaniny – w rzeczywistości trwała bowiem około dwóch sekund, pozostałych dwóch zdążyło do mnie podbiec. Starczyło mi czasu, żeby zauważyć, że ten Togrutanin czymś się na mnie zamachuje. Zadziałał instynkt. Wciąż trzymając blaster rzuciłem się na niego, a raczej przez niego, z rękami wyciągniętymi do przodu. Trafiłem go prawym przedramieniem w szczękę, a lewym unieruchomiłem atakujące ramię, owijając je z zewnątrz. Tylnym kopnięciem odepchnąłem wyższego człowieka i korzystając z chwilowego zamroczenia mojego przeciwnika uderzyłem go jeszcze raz, tym razem rękojeścią broni, po czym złamałem mu rękę, w której trzymał, jak się okazało, prowizoryczną maczetę. Usłyszałem strzał, obróciłem się i ujrzałem człowieka, którego kopnąłem przed chwilą, padającego na ziemię z dużym wibronożem w dłoni. Wyprostowałem się i rozejrzałem w poszukiwaniu innych kłopotów.
– To kopnięcie było dobre. Jak nic skończyłbyś z tym majchrem w karku – powiedział Mond, chowając swój blaster do kabury. Także się rozglądał. Na jego twarzy dostrzegłem lekki uśmiech. Również schowałem swój pistolet.
– Przyglądałeś się? Ty miałeś tylko dwóch do pokonania, ja trzech – zauważyłem z ledwo wyczuwalną pretensją w głosie.
– Daj spokój, Atin. Przecież tego właśnie potrzebowałeś.
W pobliżu dało się słyszeć syrenę policyjną. Tylko jedna. Takie strzelaniny tutaj to nie rzadkość.
– Nie możemy tu zostać – rzucił Mond, więc pobiegliśmy jedną z uliczek. – Kiedy zrobiłeś się taki wrażliwy?
– Nie w tym rzecz, a ty dobrze o tym wiesz – teraz już nie ukrywałem swojego wkurzenia. – Ile razy mam ci powtarzać, że, w przeciwieństwie do ciebie, nie kocham walki na śmierć i życie? Jak będę chciał potrenować, to wezmę sobie odpowiednie zlecenie, a nie tak… Prosto z mostu. Stary!
– Lubisz, nie lubisz, wiem, że dobrze ci to zrobiło – uśmiechnął się ponownie. – Kiedy ostatnio to zrobiliśmy? Chyba piętnaście lat temu, co? No, a teraz do mojego apartamentu.
Wbiegliśmy wreszcie w jedną z zatłoczonych, szerokich ulic i w normalnym tempie podeszliśmy do turbowind. Znałem Monda i wiedziałem, że gadanie w stylu „bez zbroi mogliśmy zginąć, a ty masz żonę”, albo „to mogli być tylko biedni mieszkańcy Coruscant” na nic by się nie zdało. Zresztą zdałem sobie sprawę, że sam też nie przejąłem się tym aż tak bardzo. Wsiadając do windy pomyślałem jedynie, jak to dobrze, że ludzie zwykle się nie zmieniają.

3.
Następnego dnia

Stałem pod ścianą sali do ćwiczeń. Około dwadzieścia pięć na piętnaście metrów, sufit na wysokości trzech i pół. Ściany miały kolor mocno czerwony, znajdowały się na nich panele z syntetycznego lub naturalnego drewna, pomalowane na naturalny brąz. Każdy wysoki na jakieś półtora metra i szeroki na trzy. Podłoże stworzone zostało z tworzywa sztucznego, nie pozwalającego na zbyt łatwe ślizganie się po nim. Wszystko dobrze oświetlone, sufit zdawał się cały świecić z powodu wielu dyskretnie zainstalowanych nad jego powierzchnią lamp.
Przede mną, pośrodku sali stał Mond, w czarnej koszulce i spodniach taktycznych tej samej barwy. Pod ścianą przeciwległą do tej, przy której się znajdowałem stało około czterdzieści osób, w dwóch równych szeregach. Większość miała na sobie ubranie podobne do tego wybranego przez ich nauczyciela, ale nie zabrakło kilku w białej czy kolorowej koszulce. Wszyscy bez wyjątku mieli porządne, czarne buty. Naliczyłem może ze trzy kobiety, pięciu czy sześciu niepełnoletnich i trzech mężczyzn po sześćdziesiątce. Reszta składała się z facetów po trzydziestce lub w średnim wieku. Co najmniej dziesięciu było Twi’lekami. Wszyscy wpatrywali się w nauczyciela, czasem zerkając w moją stronę. Także włożyłem moje ciemne spodnie taktyczne i czarny T-Shirt. Stałem z rękami złożonymi przed sobą zastanawiając się, jak Mond zamierza mnie przedstawić.
Poprzedniego dnia przy kolacji z Moniccą, żoną mojego przyjaciela, w końcu dałem się namówić na ten „wspólny trening”. Sala Monda nie znajdowała się w żadnym z bardziej uczęszczanych rejonów sektora, więc nie uznałem tego za wielkie ryzyko. Zresztą, dlaczego nie? Jeżeli w czymkolwiek się przydam…
– Witam wszystkich na kolejnym treningu. O, Hamg, widzę, że w końcu do nas przybyłeś. Będziesz już chodził, czy może wykupić ci bilet bez ograniczeń?
Na ten wyraźny dowcip parę osób się uśmiechnęło, a sam Hamg, mężczyzna w średnim wieku i pokaźniej postury stwierdził, że nie, nie trzeba, ale odtąd znowu będzie chodzić regularnie. Mond uśmiechnął się lekko w odpowiedzi.
– Nie miałem, niestety, okazji wcześniej was o tym poinformować, ale dzisiaj mamy zaszczyt gościć u siebie mojego przyjaciela, jeszcze z czasów służby w wojsku – obrócił się bokiem i zerknął na mnie. Ledwo zauważalnie pokręciłem głową, więc kontynuował: – Alex jest jednym z najlepszych żołnierzy, jakich widziałem, a sami wiecie, że widziałem wielu. Kiedyś byłem świadkiem, jak poradził sobie sam z czterema przeciwnikami – puścił do mnie oko. Przewróciłem oczami, ale uśmiechnąłem się pod nosem. Przypomniałem sobie wspomnianą sytuację, rzeczywiście była warta zapamiętania, chociaż zdarzyła się dawno temu. I wcale nie tylko dlatego, że wtedy udało mi się pierwszy raz zwyciężyć w bójce z tyloma oponentami jednocześnie. – Razem pokażemy wam dzisiaj, jak wygląda prawdziwa walka. Przypomnę jeszcze o paru sprawach – skierował te słowa do prawej strony dwuszeregu. Widocznie tam stali nowicjusze. – Nie toleruję tutaj paru rzeczy. Po pierwsze – uniósł prawą dłoń z wyprostowanym palcem wskazującym. – Lenistwa i ociągania. Macie dać z siebie sto procent, albo zero i spadać z mojej sali. Po drugie – wyprostował palec środkowy. – Zbytniej brutalności czy wyżywania się na partnerze. Dawanie sobie wycisku, co zresztą tutaj robimy, jest jednym. Ale naderwanie koledze barku tylko dlatego, że wydaje ci się, że jesteś silny, jest drugim. Jak chcesz więcej adrenaliny to poczekaj, aż wybiorę cię na demonstrację technik. Gwarantuję niezapomniane wrażenia – ostatnie słowa wypowiedział z lekkim naciskiem, ale wiedziałem, że uczniowie odczuli to, jakby wykrzyczał je na cały głos, rzucając przekleństwami. To dlatego, że Mond zwykle nie mówił w ten sposób. Zazwyczaj wypowiadał się tym swoim na wpół żartobliwym, na wpół przemądrzałym tonem, do którego właśnie teraz powrócił: – No dobrze, a teraz rozgrzewka. Alex, poprowadzisz? Jesteś gościem, czyń honory.
Skinąłem głową.
– Aha, jeszcze jedno – przyjaciel podniósł rękę. – Możecie przerwać ćwiczenia z powodu złego samopoczucia w każdej chwili, czujcie się swobodnie. Ale jeśli zobaczę lenistwo, zabiję.

***

W trakcie rozgrzewki dwie osoby dostały astmy wysiłkowej, a jedna się porzygała. Uznałem to za dobry wynik. Wszyscy jednak chcieli dalej ćwiczyć, co uznałem za wynik jeszcze lepszy. Mond kazał wszystkim ustawić się w parach po całej sali, my stanęliśmy pośrodku.
– No dobra – zaczął mój przyjaciel. – Nie będę wam pieprzył o rzeczach typu „najlepiej unikać walki”, bo od tego są wasze mamusie. Faktem jest jednak, że zawsze należy przemyśleć, w co chcemy się wpakować. W jednych okolicznościach walka samemu z trzema rosłymi Weequay’ami może być aktem odwagi, a w innych bardzo oryginalnym sposobem na samobójstwo. Większość przegranych walk wynika z niedoszacowania możliwości przeciwnika, w tym z niezauważenia jego kumpli sikających za rogiem albo wibronoża tkwiącego za jego paskiem. Wyróbcie więc sobie nawyk kierowania waszej uwagi na to, co jest tu i teraz, na około was. Innymi słowy – bądźcie świadomi, uważni. Możecie to nazwać refleksyjnością, my, wojskowi, nazywamy to stałą świadomością otoczenia. Nie chcecie zginąć – macie być świadomi wszystkiego, co dzieje się wokoło. Mówiąc najprościej: zaczekajcie z rozmyślaniami o tym, co odpiszecie swojej lafiryndzie, do powrotu do domu – parę osób uśmiechnęło się pod nosem. – Tym sposobem będziecie zauważać rzeczy, które nie pasują do ogólnego obrazu otoczenia. Na przykład chłopaka tej lafiryndy, czekającego za rogiem, żeby wbić wam nóż między żebra – teraz już większość się roześmiała. Mond potrafi zyskać posłuch przeróżnymi sposobami, pomyślałem. – Nawiasem mówiąc, jeśli jeden z waszych znajomych przejawia nadmierne zacięcie we wspomnianej świadomości otoczenia, możecie być pewni, że albo jest paranoikiem, albo pracuje dla wywiadu. W dzisiejszych czasach raczej to drugie. Tak, czy inaczej, ja bym zerwał kontakt – uśmiechnął się. – Dobra, co do samej walki. Nie polega ona na tym, żeby walczyć z wrogiem, aż go pokonacie. Nie, musicie go pokonać jeszcze przed walką, na samym początku. Stan umysłu jest najważniejszy! – mówiąc to, podniósł odrobinę ton. – Macie być pewni, że wygracie, żadnych wątpliwości. Do tego konieczne jest zaufanie do własnych umiejętności, które nabywacie, w gratisie, tutaj. Kiedy już dochodzi do rękoczynów, nie myślicie nad tym, co robicie, tylko robicie to, co na treningu. Dlatego trening ma być realny. Nie tylko realistyczny – realny. Kiedy mówię: walka – walczycie, kiedy mówię: atak – atakujecie. Niezwykle istotnym jest, abyście to wy kontrolowali przeciwnika, od początku. Dążcie do tego, róbcie to, cała walka ma się odbywać pod waszą całkowitą kontrolą. Tak to wygląda w praktyce. Powiem raz jeszcze: zapomnijcie o holofilmach, w których walka między dwoma bohaterami trwa trzydzieści sekund albo więcej. W prawdziwym życiu jest to walka umysłów, walka o kontrolę nad całym wydarzeniem, trwająca ułamki sekund, a fizyczne starcie jest jedynie jej odzwierciedleniem. W końcu ta osoba, która wygrała mentalną bitwę z samym sobą, jakby rozjeżdża tego drugiego śmigaczem, na pełnej prędkości. To chyba nie trwa trzydzieści sekund, co nie? Przynajmniej, kiedy ostatnio sprawdzałem…
Zbliżył się do mnie. Zauważyłem, że wszyscy skupili się bez reszty na demonstracji Monda i na sali panuje, oprócz jego głosu, martwa cisza. Jak z opowieści ojca o Kamino, pomyślałem.
– No dobra, poćwiczmy teraz obronę przed przeciwnikiem próbującym klinczu, w obojętnym celu, żeby sprowadzić nas do parteru, czy może podnieść i rzucić na ziemię – zademonstrował na mnie przykładowe obalenia. – I teraz tak: na jedną rzecz nie ma jednej odpowiedzi. W walce wszystko może się zdarzyć, więc zapomnijcie o nauce typu: „kiedy on tak, to ja tak”. Nie chcę nikogo tutaj urazić, ale trzeba powiedzieć, że jeśli czyjś trening opiera się głównie na takim badziewiu, to szkoli go di’kut, to znaczy, idiota – poprawił się. – Możecie mi zaufać, tacy idioci giną jako drudzy, zaraz po odważnych. Więc co należy robić? Chciałbym wam powiedzieć, że najskuteczniejszymi technikami są te najprostsze, ale to nieprawda. Kluczem są te najmniej skomplikowane. A to znaczy, że czasem jednak trzeba poświęcić na ich naukę sporo czasu. Po to tu jesteście. Gdyby walka była prosta, byłby to tylko kurs przyspieszony.
Dał mi sygnał, żebym zaatakował. Rzuciłem się na niego z zamiarem pochwycenia w klincz. Poczułem dość mocne uderzenie w bok szczęki, a także lekkie kopnięcie w lewą nogę i w ciągu pół sekundy padałem już na podłogę. Zwinnie wykonałem pad i zerwałem się na nogi. Kiedy ja zająłem się rozmasowywaniem szczęki, mój towarzysz kontynuował:
– W wojsku trenujemy w ten sposób, że poprzez wyrobienie pamięci mięśniowej przekształcamy naturalną reakcję organizmu na zagrożenie w ruch oparty na tej reakcji, ale będący już atakiem. I jest to najczęściej najlepsza droga treningu walki wręcz. Przed chwilą na przykład, powaliłem Alexa odruchowo, bo wiele lat temu podczas treningu zamieniłem to – dał znak do powolnego ataku. Kiedy zatrzymałem się w pół ruchu, Mond wykonał gest cofnięcia się po skosie z rękami chroniącymi głowę, trochę się kuląc. – Na to – zamiast cofnięcia, nastąpił wykrok po skosie z jednoczesnym uderzeniem prawą ręką w moją szczękę – już nie tak mocnym, jak poprzednio, ale wciąż bolesnym. – A później mój umysł po niezliczonych godzinach treningu odruchowo wybrał jego zdaniem najskuteczniejszą w danej chwili kontynuację – ciągnął Mond. – Czyli tutaj kopnięcie w kolano – kopnął mnie tuż poniżej stawu. – W ogóle nie zastanowiłem się nad tym, co robię. Tak naprawdę, gdyby teraz mnie zaatakował, prawdopodobnie zastosowałbym coś zupełnie innego. Do tego powinniście dążyć, do takiego poziomu, gdzie wasz umysł będzie podczas walki sam decydował o ruchach, a w dodatku wybierał będzie te właściwe. No, to teraz wy poćwiczycie. Najpierw zajmiemy się transformacją tego odruchu…
Kiedy wytłumaczył wszystkim, co mają robić i na sali zapanował cichy zgiełk towarzyszący ćwiczeniom, przeszliśmy się między parami, żeby poprawić ewentualne błędy. Podczas tego zajęcia dostrzegłem wysokiego, barczystego dwudziestoparolatka, o którym opowiadał mi Mond w barze. Wcześniej, kiedy mój towarzysz opowiadał o cierpieniu, jakie czeka nadużywających siły na zajęciach, zauważyłem jego pełne szacunku spojrzenie. Teraz starał się powtórzyć wszystko dokładnie tak, jak wcześniej pokazywał jego nauczyciel, nawet, jeśli z racji własnego wzrostu powinien był nieco skorygować ruch. Poprawiłem go więc, a on posłusznie przytaknął. Widać Mond skutecznie oduczył go wątpienia w umiejętności żołnierzy Państwa Konjalii.
Jednak to nie wielkolud zwrócił moją uwagę, a jeden z niepełnoletnich uczniów. Miał na oko dwanaście lat i ćwiczył w parze z parę lat starszym Twi’lekiem. Jego partner radził sobie bardzo dobrze, on natomiast popełniał rozmaite błędy. Jednak, kiedy go poprawiałem, niemal ani razu nie powtarzał błędów, które już mu wytknąłem. To bardzo dobra cecha u ucznia, pomyślałem. Szkoda, że kiedyś ja takiej nie miałem… Na jego młodej twarzy malowała się determinacja, kiedy przez kilka kolejnych ćwiczeń starał się zrobić wszystko, jak należy. Zdałem sobie sprawę, że zaglądam głównie do niego, więc zreflektowałem się i dalej już nie okazywałem mu nadzwyczajnego zainteresowania.

***

– Dobra, koniec na dzisiaj. Do zobaczenie pojutrze. Hamg, nie zapomnij przyjść!
Na wiadomość wygłoszoną przez Monda większość osób na sali nie miała nawet siły, żeby odetchnąć z ulgą. Wszyscy poczłapali do szatni, zmęczeni, ale głównie zadowoleni z korzystnego wysiłku. Chyba jednak teraz najbardziej cieszą się, że ten koszmar już się skończył, pomyślałem. Mond podszedł do jednego z wgłębień w ścianie i odłożył tam na półkę swój ćwiczebny nóż energetyczny. Zrobiłem to samo. Wcześniej, kiedy przeszliśmy do walki bronią, okazało się, że trzy z drewnianych paneli kryją za sobą skrytki na broń treningową. Podejrzewałem, że nie tylko tego rodzaju, bo panelu pośrodku tylnej ściany przyjaciel nie odsunął.
– I co sądzisz? – spytał mnie teraz.
– Jestem pod wrażeniem – przyznałem szczerze. – Widzę, że interes się kręci?
Mond skierował się do osobnej, własnej szatni.
– Ostatnio raczej tak. Jestem tu już od dwóch lat, a ostatnio zaczęło przybywać klientów.
Pokiwałem głową.
– Kim jest ten młody, jasnowłosy chłopak? Ten, którego tak często poprawiałem.
Przyjaciel zastanawiał się chwilę. Weszliśmy do pomieszczenia i zaczęliśmy się przebierać.
– Przypuszczam, że chodzi ci o Petera. Tego małego, co to robi dużo błędów, ale rzadko je powtarza?
Kiwnąłem głową.
– Dokładnie on. Podoba mi się. Widać w nim potencjał.
Mond spojrzał na mnie znad swojej czarnej torby taktycznej.
– Czy ja cię nie za mocno poraziłem tym ćwiczebnym nożem? Okej, może nie powtarza błędów, ale za to robi ich całą masę! Sylteen, z którym ćwiczył w parze, ma prawdziwy potencjał.
Przebraliśmy się już. Pokręciłem głową, zamyślony.
– Nie, zobaczyłem w nim coś. Coś takiego… Jak doświadczenie życiowe, jakby przeszedł już przez jakąś tragedię w życiu, a mimo to poradził sobie sam. Wiesz o czymś takim?
Przeszliśmy pod główne drzwi sali. Parę osób już się przebrało i teraz wychodzili, unosząc rękę na pożegnanie. Jednak większość jeszcze się guzdrała. No tak, pomyślałem, nie przywykli do nagłego i częstego przenoszenia z miejsca na miejsce, to obce jest im również szybkie przebieranie się.
Mond w końcu odpowiedział.
– Wiesz, słyszałem coś, jakoby jego ojciec zginął parę lat temu w bójce w barze. O matce nie wiem.
Sekundę później z szatni wyszedł młody blondyn z potarganą czupryną. Kiedy nas mijał, poprosiłem go do siebie.
– Peter, można na słówko?
Spojrzał zdziwiony, ale posłusznie zbliżył się kilka kroków. Spojrzał na mnie pytająco, widocznie lekko zestresowany.
– Powiedz mi, dlaczego trenujesz? – zapytałem.
Zmarszczył brwi jeszcze bardziej. Kiedy nie odzywałem się więcej, uznał, że powinien odpowiedzieć. Uciekł wzrokiem w bok i trochę cicho, ale nie wstydliwie, powiedział:
– No nie wiem, proszę pana… Chyba…
– Hej, hej – przerwałem mu. – Żadnego „pana”. Mów mi Alex – zerknąłem na Monda, który puścił mi oko. Tymczasem moja próba uniknięcia niepotrzebnych formalności jeszcze bardziej zestresowała Petera, czy może lepiej powiedzieć, zbiła z tropu.
– Eee… To znaczy… Zdaje się, że chcę umieć się bronić.
Uniosłem brew.
– Zdaje się? A może teraz tak na serio. Naprawdę znam się na ludziach, Peter, lepiej ci to zrobi, kiedy komuś powiesz. Nie wygadam przecież policji, a Mond zawsze może sobie na chwilę pójść.
W reakcji na ostatnią uwagę uchwyciłem kontem oka, że przyjacielowi wyraźnie nie spodobała się alternatywa, ale się nie odezwał. Chłopiec natomiast spojrzał mi w oczy.
– Bo chcę być najlepszy – i zanim którykolwiek z nas zdołał go powstrzymać, był już w drzwiach. Spojrzeliśmy z Mondem po sobie.
– Ciekawe, po co mu to – powiedział przyjaciel, patrząc za wychodzącym dwunastolatkiem. Mnie nurtowało dokładnie to samo pytanie.

4.

Nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Oto otwierał się przede mną nowy, a co najważniejsze, bardzo istotny trop w śledztwie, które już prawie zarzuciłem. Po jedenastu latach nawet Arad może stracić entuzjazm, pomyślałem. I zacząć wątpić. Ale teraz mój cel znowu stawał się jasny i widoczny. Siedziałem na łóżku pokoju gościnnego w apartamencie Monda i jego żony. Była godzina trzecia w nocy czasu lokalnego, ale ja nie spałem. W nocy po wspólnym treningu w sali przyjaciela zdecydowałem się na przejrzenie danych zgranych ze sprzętu, który zniszczyłem. Na dzisiejsze standardy było to żałośnie mało – dwa terabajty to prawie nic, ale jeśli spojrzeć na to z tej strony, że pliki składały się głównie z tekstu i zdjęć… Nawet pomimo użycia rozmaitych algorytmów pobieżne rozeznanie się w ich zawartości zajęło mi ponad dwie godziny. Mogłem, co prawda, polecić to mojemu astromechowi, ale został na statku, a ja i tak zawsze lubiłem bezpośrednio sprawdzać, co wpadło mi w łapy.
A tym razem wpadło nie byle co. Okazało się, że pliki zawierają nazwiska, adresy i przeróżne inne informacje na temat przestępców. I to nie byle jakich kryminalistów, a gangsterów, którzy zwykle mieli już pod sobą jakiś interes. Daleko im było, co prawda do prawdziwie znanych i budzących grozę mafiosów pokroju najbogatszych Huttów, jak Jabba, ale też nie byli płotkami. Mój datapad wyliczył dokładnie dziewięć milionów czterysta tysięcy pięćset trzydzieści trzy nazwiska. Jak z kilku mniej spokojnych planet, albo dwudziestu paru tych spokojniejszych, pomyślałem. Większość nazwisk należała do pomniejszych lub średnich gangsterów, którzy niedawno zaczęli się liczyć w półświatku swojego rodzimego systemu, albo do starszych, wypartych już przez konkurencję delikwentów, nie zamierzających się jednak dać tak łatwo wykopać z interesu. Było też kilkaset bardziej liczących się postaci, takich, co rządzą przestępczością całej planety, albo nawet systemu. Pomyślałem, że będę musiał się zastanowić, jak to wykorzystać.
Jednak nie to wszystko było w tamtej sytuacji kluczowe. Kiedy miałem już zabierać się do spania, oprogramowanie mojego datapada natrafiło na informację, która rzekomo mogłaby mnie zainteresować. Wyświetliłem ją od niechcenia, spodziewając się kolejnej wzmianki o interesach z Mandalorianami czy może czegoś o byłych członkach Straży Śmierci. I wtedy zobaczyłem jego imię.
Następujące po naszym wspólnym nazwisku.
Arad, Rick.
Od razu się ożywiłem. Wyprostowałem się na łóżku i zacząłem wczytywać się w tekst. Nie mogłem jednak skupić się na czytaniu po kolei, więc skakałem na razie wzrokiem po całym ekranie datapada. Były to akta jakiegoś bogatego niktoniańskiego biznesmena. „Ochroniarz w czasie rozmów” – zgadzało się to z moją dotychczasową wiedzą, bowiem już rok po śmierci brata wiedzieliśmy, że Rick zginął w trakcie ochrony jakiegoś biznesmena. Zaraz, chwila, biznesmen rasy Nikto? No cóż, widać zdarzają się i tacy. „Szef ochrony”. To pasowało do Ricka, zawsze starał się znajdować najlepiej płatne, a zarazem dość wygodne zajęcia. „Szefem ochrony bezpośredniej Togorianin Mate’ake”. Ciekawe. Zastanawiało mnie, jak braciszek poradził sobie ze współpracą z kotowatym. W końcu znalazłem interesujący mnie fragment. Mówił, że w roku 3641 po Traktacie z Coruscant, dziewiątego dnia piątego miesiąca czasu lokalnego, miał miejsce atak na rezydencję, w której gościł biznesmen nazwiskiem Bee’kot Tark’el. Według danych w ataku terrorystów zginęli niemal wszyscy ochroniarze ogólni, a tylko jeden ochroniarz bezpośredni. Natomiast Tark’el pozostał bezpieczny, chroniony przez olbrzymiego Togorianina. Ustalono, że napastnikom chodziło o zniechęcenie Nikto do wykupienia sieci fabryk na jakiejś planecie na Wewnętrznych Rubieżach. Mój brat zginął jako jeden z ostatnich strażników, zabity strzałem w głowę. Nic więcej nie udało mi się znaleźć. Pomyślałem, że to dziwne, że Togorianin-samotnik jest szefem ochrony Nikto-biznesmena. Coś za dużo zbiegów okoliczności. Zapisałem dane o wszystkich postaciach związanych ze sprawą w osobnym pliku i wyłączyłem datapad. Odłożyłem go, po czym położyłem się na łóżku, na plecach. Rozmyślałem o tym wszystkim przez kilkadziesiąt minut. Rick, zabity przez zwykłą bandę wynajętych terrorystów. To nie mieściło mi się w głowie. Ale takie najpewniej były fakty. Westchnąłem.
Niedługo będziesz mógł być spokojny, vod’ika. Zajmę się tym osobiście.
 

Komentarze
 
Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
 

Dodaj komentarz
 
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
 
 

Społeczność
  *Newsy
*Nadchodzące wydarzenia
*Ostatnie komentarze
O nas
About us
Über uns
*Członkowie
*Struktura
*M`Y w akcji
*Historia Organizacji *Regulamin
*Rekrutacja
*Logowanie
M`y na Facebooku
Copyright © 2009-2018




Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2018 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3. 9,427,207 unikalne wizyty