Szczyty możliwości
 
Niewola u Huttów nie jest niczym miłym.
Zwłaszcza, jeśli się przez większość życia żyło wolnym i tylko wskutek nieszczęśliwego zbiegu okoliczności trafiło najpierw w łapy żądnego zysku Rodianina, później zaś do niewolniczej watahy wykorzystywanej do pracy ponad siły...
Nic dziwnego, że Gori nie mógł tego znieść. Trzy lata harował niewolniczo dla Huttów, próbując uciekać aż trzynaście razy. Niestety, czternasta próba okazała się ostatnią. A zakończona sukcesem bynajmniej nie była.
Jego pan, wysoko sytuowany, rozsierdzony Hutt, postanowił potraktować go w sposób znacznie bardziej dotkliwy niż "zwykłych" dezerterów, których zazwyczaj ciskał (przy pomocy swych rodiańskich popleczników) w macki Sarlacca. Wychowany w ciepłym klimacie Tatooine Gori miał znaleźć się w swoim odpowiedniku piekła...
Dathomirianin, wiozący go na miejsce kaźni, nie był zbyt rozmowny. Gdy więzień próbował go zagadać, zbir zagroził mu wycięciem języka. Bynajmniej nie przy pomocy świetlnego ostrza. Z ciasno związanymi nogami i rękami skrępowanymi za plecami Gori w milczeniu przeleżał w ładowni jego niewielkiego statku aż do lądowania na nieznanej mu wcześniej planecie.
Po wyjściu na zewnątrz nie było widać nic. Świat zewnętrzny zasłaniała gęsta, siekąca lodowatą krupą zawieja, wzbijająca tumany sypkiego śniegu pokrywającego wszystko naokoło. Nie było ani drzew, ani krzewów, ani zwierząt; jedynie biały, stromy stok, z wystającymi gdzieniegdzie zalodziałymi skałami, spowity białą zadymą i przeszywającym, przeraźliwie zimnym wiatrem...
Dathomirianin wyciągnął Goriego z ładowni prosto na śnieg. Nieszczęsny Tatooińczyk natychmiast zaczął marznąć i dygotać z zimna; oprawca chwycił go za płócienną koszulę i zaczął ciągnąć gdzieś w śnieżną otchłań.
Brnęli powoli przez śnieg przez kilka minut. Gori próbował rozejrzeć się, nie zobaczył jednak nic poza niemalże jednolitą bielą; czuł jedynie, że są na jakimś stromym zboczu. Wreszcie kilka metrów przed nimi zaczęło coś majaczyć. Coś ciemniejszego niż śnieg i lód wokół.
Oprawca zaciągnął więźnia do niewielkiej półki skalnej, częściowo niezasypanej przez biały puch; do skalnej ściany obok niej wkręcony był gruby, durastalowy łańcuch, zakończony szeroką, żelazną obręczą. Dathomirianin cisnął Goriego na półkę, po czym chwycił za obręcz i zatrzasnął mu ją wokół szyi.
Gori począł wić się, próbując się podnieść; spojrzał kątem oka na swego ciemiężcę, który zrobił krok do tyłu i przyglądał się swojemu dziełu. Po chwili splunął, uwalniając z zębatych ust pokaźny kłąb pary, obrócił się, poprawił narzucone na grzbiet grube, czarne futro i odszedł, po chwili zupełnie znikając w śnieżnej zawiei.
Gori zaczął panikować. Rozpaczliwie szarpał się, próbując zluźnić więzy na rękach i nogach, nic jednak nie wskórał. Był zupełnie sam, pośrodku lodowatego pustkowia, unieruchomiony, przykuty do skalnej ściany, pozostawiony na pewną śmierć...
Z każdą sekundą było mu coraz zimniej. Zwłaszcza w dłonie i stopy. Próbował zwinąć się w kłębek, jednak łańcuch był zbyt krótki i nie pozwalał mu ani na swobodne leżenie, ani na stanie. Tatooińczyk mógł jedynie usiąść jak najbliżej skalnej ściany, tak, aby chociaż nie wystawiać się bezpośrednio na zasypywanie przez porywany wiatrem śnieg...
Zatrzaśnięta wokół szyi obręcz prędko przymarzła mu do skóry. Nie dość, że była zbyt ciasna, to jeszcze na tyle zimna, że już po chwili kłujący chłód przeszywał mu oba ramiona i dolną szczękę. Gori nawet nie był w stanie płakać - łzy zamarzły mu w formie sopli na policzkach i nosie...
Po pewnym czasie przestał już czuć palce u rąk i nóg. Oddychało mu się coraz ciężej, rozbolała go głowa. Siedział z podkurczonymi nogami, pochylony wprzód, cały czas drżąc, jednak coraz słabiej. Gasł z minuty na minutę...
Nie wiedział, ile czasu tak przesiedział. Piętnaście minut, może pół godziny... Tak niewiele potrzeba, by sprawić, by nieznający chłodu, wychowany na wyjątkowo ciepłej planecie człowiek z wolna zaczął zamarzać na śmierć. W pewnym momencie jednak nieszczęśnik dojrzał półprzymkniętymi oczyma w nieznośnie białej zamieci jakiś ciemny kształt, przybliżający się do niego.
Nie był to jego oprawca. Ani wampa, ani tauntaun. Postać była szczupła, dwunożna i dwuręczna; nosiła żółto-stalowoniebieską zbroję, grubą, białą pelerynę, karwasze z czymś podobnym do wielkich, stalowych haków i biały hełm z wąskim wizjerem przypominającym wyobrażenie czaszki człowieka. Zza niego nie było jednak nikogo widać - właściciela zasłaniały nieprzezierne, całkowicie odbijające zewnętrzne światło szybki.
Nieznajomy przedarł się przez kopny śnieg i podszedł do Goriego. Ten nie poruszył się - był tak zmarznięty, że nie był w stanie. Postać zbliżyła się i zaczęła mu się dokładnie przyglądać. Tatooińczyk próbował coś powiedzieć, jednak jedyne, co zdołał z siebie wydać, to ciche rzężenie...
Przybysz znienacka wyciągnął rękę, chwycił Goriego za brodę i odciągnął mu głowę do tyłu. Dojrzał zatrzaśniętą wokół szyi więźnia żelazną obręcz; przez chwilę wpatrywał się w nią, jakby chciał dać znać: "No i teraz rozumiem...". Następnie zwrócił swą uwagę na łańcuch łączący obręcz ze skalną ścianą. Powoli zbliżył się do punktu mocowania będącego dosyć potężną, stalową śrubą, wkręconą w otwór w litej skale. Gori nie widział, co się działo dalej, usłyszał jedynie coś jakby odgłos wyciągania jakiegoś narzędzia i kilka syczących dźwięków; po chwili poczuł, że łańcuch osuwa mu się na plecy. Grube kawały durastali przeważyły i półprzytomny Tatooińczyk osunął się na ziemię.
Nieznajomy dotknął ręką lewego ucha swego hełmu, włączając radiotelefon i mówiąc kilka słów. Gori usłyszał charkliwy acz śpiewny język; kiedyś już miał z nim styczność, jednak było to bardzo dawno temu, na tyle dawno, że nazwa języka zatarła się w pamięci...
Przybysz chwycił za koniec odciętego od śruby w skale łańcucha i zaczął ciągnąć za sobą ledwo żywego nieszczęśnika prosto w śnieżną odchłań. Już miał rozpocząć przedzieranie się przez pierwsze kopy białego puchu, gdy usłyszał za sobą zduszone, rzężące "Mmmhhh...!" Prędko acz niechętnie odwrócił się i dojrzał, że jego zdobycz owszem, wciąż żyje, ale ma wywalony język i ledwo oddycha, dosyć solidnie podduszona żelaznym kajdanem.
Gori był przekonany, że to już koniec. Nie czuł rąk ani nóg, nieznośnie bolała go głowa, z zimna kłuło go niemiłosiernie całe ciało, twarz miał pokrytą soplami lodu... A niech ten drań z nim skończy. Niewiele już brakuje... Tymczasem jednak nieznajomy cofnął się, chwycił Tatooińczyka za ramiona, obrócił go w nieco inną pozycję, przesunął mu lekko obręcz na szyi i począł ciągnąć go za sobą dalej, ale o wiele delikatniej, wolniej i mniej gwałtownie.
Gori wciąż ledwo oddychał, ale żył. Wiedział, że jego koniec jest już bardzo blisko, z niewiadomych mu jednak przyczyn napotkany osobnik nie zdecydował się na ukrócenie mu cierpienia. Kto wie, być może wiedzie go za sobą, by przysporzyć mu jeszcze większej udręki... Albo może wręcz przeciwnie?...
Tatooińczyk nie stracił przytomności. Ciągnięty przez śnieg, widział w większości szarobiałe niebo i krawędzie śladu, jaki w zimnym puchu torował jego wybawca. Podążali w górę, wspinali się. W pewnym momencie jednak zatrzymali się; Gori dojrzał kątem oka drugiego wojownika, który dołączył się do ich "karawany". Miał narzucone na siebie brązowe, włochate futro, spod którego wyzierała elegancka, niebiesko-biała zbroja, z kanciastymi nakolannikami i naramiennikami. Zza T-kształtnego wizjera hełmu nie było jednak widać twarzy.
Drugi nieznajomy po chwili zniknął z pola widzenia nieszczęśnika. "Karawana" ruszyła dalej, jednak odrobinę wolniej i z docierającymi do uszu Tatooińczyka podwójnymi odgłosami kroków w śniegu - przybysze w zbrojach dzielnie brnęli w górę jeden za drugim. Po chwili dały się również słyszeć miarowe, jakby plemienne śpiewy obu nieznajomych:
- Wan... da... sha... broka... ce... ta'... verd'ka... r'ta... Wan... da... sha... broka... ce... ta'... verd'ka... r'ta...
Gori zrozumiał, z kim miał do czynienia. Mando'a. Mandalorianie. Łowcy nagród i najemnicy. Co z nim zrobią?...
- Dha-wer-da-ver-da a-den-tratu... Kang-chen-jun-ga kan-do-sii-adu... Dum-moti-ca'-tra-nau-tracynya... Gra-tu-a-cun-hett-su-dracya... Wan...! Da...! Ni par-tay-li gar da-ra-suum!... Kang-chen-jun-ga kan-do-sii ad'...!
Dodające otuchy wojownikom śpiewy zadziałały na Tatooińczyka w mniejszym stopniu - skrajnie wyczerpany, zaczął widzieć coraz węziej i coraz ciemniej. W końcu świat zrobił się zupełnie czarny...

Gori ocknął się w zupełnie innym świecie. Ku swojemu zaskoczeniu, czuł większość swego ciała; nieprzyjemnie mrowiały go jednak dłonie i stopy (a zwłaszcza wszystkie palce). Bolała już nie tylko głowa, ale i klatka piersiowa, utrudniając oddychanie. Nieszczęśnik próbował się poruszyć, wciąż był jednak związany tak samo, jak uczynił to wiodący go na śmierć Dathomirianin; z szyi nie zniknęła również żelazna obręcz z przykutym doń stalowym łańcuchem, teraz ułożonym na ziemi obok Goriego. Tatooińczyk leżał na boku z przykurczonymi nogami; obłożony był workami wypełnionymi jakąś dającą miłe ciepło substancją...
Do skazańca po chwili dotarło, że zdołał wyrwać się z okowów śmierci. Zadarł lekko do góry głowę i rozejrzał się - leżał w kulistym pomieszczeniu o ażurowej, geodetycznej konstrukcji, o wysokości mniej więcej dorosłego człowieka. Ściany pomieszczenia były białoniebieskie, u dołu ciemniejsze, u góry jaśniejsze. Sufit był najjaśniejszy, jego kolor pulsował, jakby fluktuował w rytm... Wiatru. Gori zorientował się, że jest pod ziemią. A właściwie pod śniegiem. Dlatego jest tu tak cicho i ciepło...
Po lewej i po prawej stronie pomieszczenia znajdowały się przejścia do następnych pokoi. Tatooińczyk nie dostrzegł, co się w nich znajduje; jego uwagę przykuła leżąca niemalże naprzeciwko niego, pod ścianą, istota.
Był to człowiek. Ubrany na pierwszy rzut oka stosunkowo ciepło, na drugi rzut oka - jego strój był zniszczony, podarty, nie nadający się już na wiele. Osobnik był przytomny, oddychał ciężko i wpatrywał się w sufit; jego cała lewa połowa ciała (poza nogą) była gęsto obandażowana - przez materiał miejscami przesączała się krew; największa jej plama wysiąkła w okolicach ramienia.
Gori w pewnym momencie chciał otworzyć usta i odezwać się w języku powszechnym do nieznajomego, jednak w tej samej chwili do zajmowanego przez nich pomieszczenia wszedł z lewej strony wojownik w żółto-stalowoniebieskiej zbroi i białym hełmie... Tatooińczyk zamarł; wiedział, że to ten sam osobnik, który zabrał go z lodowatozimnej półki skalnej, czuł jednak przed nim jakiś dziwny rodzaj strachu.
Po chwili do wojownika dołączył jego towarzysz w niebiesko-białym, kanciastym pancerzu. Obaj najpierw spojrzeli na spoczywającego nieruchomo Goriego, później zwrócili się ku człowiekowi z obandażowaną połową ciała. Wyglądali, jakby się nad czymś poważnie zastanawiali. Ranny przestał spoglądać na sufit i przeniósł wzrok na lustrujących go Mandalorian.
Po chwili wojownicy spojrzeli na siebie i wymienili półgłosami kilka słów w Mando'a, kiwając przy tym smutno głowami. Następnie jeden z nich, ten, który był wybawił Goriego z opresji, stanął okrakiem nad nogami obandażowanego, po czym usiadł na nich, jednocześnie chwytając rannego za ręce i przyciskając je do podłoża; drugi Mandalorianin zaś urwał fragment jednego z bandaży nieszczęśnika i usiadł w kuckach przy jego głowie. Następnie spokojnie i dokładnie owinął mu bandaż wokół gardła. Na koniec mocno chwycił materiał za oba jego końce, i po odczekaniu chwili, zaczął powoli acz mocno zaciskać pętlę.
Nieszczęśnik zaczął głośno charczeć i kaszleć; próbował coś powiedzieć, ale uścisk mordującego go wojownika był już zbyt silny. Próbował wierzgać - nie mógł, miał nogi i ręce mocno przygwożdżone do ziemi... Dosyć blada dotąd twarz nabiegła ciemną czerwienią...
Gori w przerażeniu obserwował całe zajście. Gdzie on trafił... Wydawało mu się, iż będzie już tylko lepiej, tymczasem na jego oczach Mandalorianie zabijali rannego, i, jak się wydawało, uratowanego skądś człowieka... Tatooińczyk zaczął się trząść. Po chwili poczuł, że leży w ciepłej kałuży...
Minuty mijały, duszony nieszczęśnik przestał charczeć; po kilku następnych ustały ostatnie jego drgawki. Wojownicy w zbrojach wstali i zwrócili się w stronę Goriego. Temu serce i żołądek podeszły do gardła. Gdy Mandalorianin w białym hełmie z wizjerem przypominającym ludzką czaszkę kucnął tuż przy jego twarzy, przerażony mieszkaniec Tatooine ze strachu zaczął płakać...
- Uspokój się - odezwał się w języku powszechnym Mandalorianin. Miał głęboki, niemalże melodyjny i dziwnie nieagresywny głos. - Czy uważasz?
Gori przestał chlipać i połknął ostatnie, gęste, słone łzy. Mandalorianin rzekł spokojnie:
- Mów o sobie.
Nastała chwila ciszy. Obaj wojownicy zastygli bez ruchu i słuchali. Związany Tatooińczyk dopiero po kilku momentach wziął się w garść i zaczął mówić. O swoim domu, o znienawidzonych Huttach, o tym, jak Dathomirianin przywlókł go na śmierć...
Zakuci w zbroje w milczeniu chłonęli każde słowo. Gdy Gori skończył, Mandalorianin w żółto-niebieskostalowej zbroi odpiął od pasa przyrząd, który po chwili błysnął na czerwono. Ostrze świetlne... Wciąż przerażony nieszczęśnik zacisnął mocno oczy, przekonany, iż ostrze to zaraz znajdzie się w głębi jego ciała...
Tak się jednak nie stało. Kilka syknięć, odrobina pieczenia na karku i na posadzkę z brzękiem opadła zatrzaśnięta uprzednio na szyi Goriego żelazna obręcz. Po chwili ten sam los spotkał więzy krępujące mu ręce i nogi.
Mandalorianin z powrotem przypiął narzędzie do pasa, po czym chwycił osłupiałego Tatooińczyka za ramiona i ustawił go pionowo pod ścianą.
- Żyjesz i żyć będziesz, przyjacielu. Witaj w obozie... Nie obawiaj się. Wszystko będzie dobrze.

Gori czuł się już nieco lepiej i fizycznie, i psychicznie, jednak nakaz rozebrania się do naga, wydany mu przez Mando w niebiesko-białej zbroi, wprawił go w co najmniej zakłopotanie. Fakt, że truchlejąc o swoje życie zlał się w spodnie, zdawał się jednak jakoś tłumaczyć tę krępującą czynność... Zupełnie niewzruszony sytuacją wojownik zaciągnął obnażonego, lekko już dygoczącego z zimna Tatooińczyka do innego pomieszczenia w podśnieżnym obozie - na jego posadzce znajdował się duży otwór wypełniony jakąś mętną, parującą cieczą.
- Właź - rzekł krótko Mandalorianin, wskazując palcem ów otwór.
Gori kucnął niepewnie na brzegu zbiornika, po czym powoli, zerkając spode łba na zakutego w zbroję osobnika, zsunął się w parującą otchłań. Mando, stojąc z założonymi rękoma, lekko pokiwał głową.
Ciepła kąpiel w lodowej przerębli z podgrzewaną wodą była jak wybawienie. Gori przesiedział w niej prawie trzy czwarte godziny, przez cały czas mając na sobie maskę podającą czysty tlen, podaną mu przez wojownika w niebiesko-białej zbroi. Inhalowanie się znacznie zmniejszyło ból głowy i kłucie w piersiach. Po wyjściu ze zbawiennej wody czekało na niego nowe, czyste, tym razem już cieplejsze ubranie.
Mandalorianie, mimo przebywania w zamkniętych pomieszczeniach, nie zdjęli hełmów - przez nie podawany był im tlen. Siedzieli na wygodnych krzesłach przy okrągłym stole w jednym z pomieszczeń podśnieżnej bazy. Tatooińczyk, osuszywszy się i ubrawszy, dołączył do nich. Po chwili zadał na raz dwa najbardziej nurtujące go teraz pytania:
- Co to za miejsce? Kim był tamten człowiek?...
- Obóz 8586. Wysoko w górach - odpowiedział Mando w białym hełmie. - Strażnica operacyjna, doglądanie opanowanych terytoriów. Zwykle nikt z obcych tu nie zagląda, przynajmniej nie z własnej woli... Ty miałeś tu umrzeć. Człowieka, którego widziałeś, zgubiła ciekawość. Wspinał się, spadł... Znaleźliśmy go. A właściwie ty go znalazłeś, Ozziku...
- Owszem - odrzekł wojownik w kanciastej zbroi - Niewiele brakowało, a zostałaby z niego mokra plama. Spadł na lód i skały, ledwo żył... Przywlokłem go tutaj i opatrzyłem. A potem, w czasie patrolu, Arakh znalazł ciebie.
Mandalorianin w białym hełmie kiwnął głową. - Nie mogliśmy uratować dwóch. Szanse na przeżycie miała tu tylko jedna istota. Rokowałeś lepiej. Wybraliśmy cię, byś przeżył.
Gori wbił wzrok w blat stołu.
- Cz-czy to znaczy, że gdy znajdziecie nowego rannego, ja będę zawalidrogą i mnie ubijecie?...
Wojownicy zdali się nie słyszeć tego pytania. Zamiast tego powyciągali coś z ładownic przy pasach i podali gościowi - zwitki białych, aromatycznie pachnących kawałków materiału.
- Masz, owiń przeguby, kolana, kostki i szyję... Przeciwbakteryjne, kojące opatrunki - rzekł Ozzik. - Ostatnią rzeczą, jaką byśmy teraz chcieli, to leczenie rozległych zakażeń...
Gori na krótką chwilę lekko uśmiechnął się, po czym bez słowa wziął bandaże i zgodnie z poleceniem zaczął nimi owijać wciąż zaczerwienione i podrapadne części ciała. Troska Mandalorian o jego zdrowie nieco go uspokoiła, jednak absolutnie nie była odpowiedzią na jego pytanie.
- Na półce za tobą masz przygotowaną rację żywnościową. Zjedz, poczujesz się lepiej, odzyskasz siły - rzekł Arakh. Tatooińczyk, bo obandażowaniu sobie wszystkich wskazanych miejsc, posłusznie sięgnął na zawieszony na ażurowej ścianie bazy regał i ściągnął zeń niewielkie, miło nagrzane pudełko z białego tworzywa sztucznego. W środku czekała na niego parująca tiingilar z wysokokalorycznym serem, odrobina podpłomyków, puszka ciemnego piwa i puszka ciepłej, lekko podgrzanej polową grzejką wody.
Wojownicy bacznie obserwowali pałaszującego Goriego. To, co właśnie pochłaniał, nie było zwykłą racją żywnościową - te są znacznie bardziej ubogie i mniejsze; było to złożenie dwóch i pół racji, Mandalorianie odjęli je sobie od ust, by, w razie konieczności, móc nakarmić ocalonego z lodowej zawiei...
Tatooińczyk prędko zżarł i wypił całą zawartość pudełka. Bardzo podziękował swoim wybawcom za taką troskę - ci lekko kiwnęli głowami. Wysokokaloryczny posiłek, jaki właśnie wchłonął, prędko zaczął wywoływać u niego miłe acz nieco natrętne uczucie senności. Wcześniej jednak wypita porcja ciemnego piwa zaczęła rozluźniać mu język - ocalony z zamieci zaczął coraz śmielej zadawać coraz więcej nurtujących go pytań. Jedno z nich dotyczyło zwłok droidów imperialnych, leżących dość niedbale w jednym z pomieszczeń bazy, które Gori zdołał dojrzeć zza swojego miejsca przy stole.
- To K-1RN. Wraz z K-0QM zajmują się strażnicą na codzień. Zwykle nie ma tu Mandalorian, przybywamy tu dopiero, gdy droidy się popsują i wymagają napraw, jak teraz... - rzekł Arakh.
- Nie udawajcie... - Gori drążył temat, ale już poczynał przecierać zmęczone oczy. - Te droidy są w stanie naprawić same siebie...
Ozzik i Arakh spojrzeli na siebie. Powiedzieć mu, czy nie?...
- Nie zawsze... Ale masz rację, tym razem sprowadziły nas tu nie tylko awarie droidów. - odrzekł Ozzik.
Gori, choć już śpiący, zamienił się w słuch.
- Jesteśmy kilkaset metrów od najwyższego punktu w okolicy. Należy on do Mandalorian od bardzo długiego czasu, ma dla nas bardzo duże znaczenie... - tu wojownik w kanciastej zbroi chwilę zawahał się, ale po chwili kontynuował - Strategiczne. Co pewien czas zdarza się wojownik, który ma za zadanie, bądź też sam chce, wspiąć się na szczyt. Niestety, nie zawsze się to udaje. Ostatnio zaginął tu jeden z naszych braci. Jesteśmy tu, by go odnaleźć.
- Po cóż się tu wspinać?... By obserwować, czy jak?... Są lepsze sposoby... - pytał dalej Gori.
- Tubylcy - odezwał się tym razem Arakh, spoglądając gdzieś w dal - wierzą, że na tej górze ktoś mieszka. Ktoś, lub coś, trudno powiedzieć, w każdym razie ponoć jest to coś o wielkiej mocy. Z nieba tej mocy nie widać. Nie da się jej tak dostąpić. Można to zrobić tylko przez wspięcie się na Górę, na sam szczyt. Był wśród nas kiedyś taki legendarny już wojownik... Właściwie była... Docierała tam, gdzie innych opanowywał strach. Nieustraszona, nie do zdarcia. Tam, gdzie Ona dotarła, docierało i panowanie Mandalora. W końcu zapragnęła zdobyć i ten święty szczyt. Była zmęczona, ale przekonana, że jej się uda... Ostatni Mandalorianin, który Ją widział, opowiadał potem, że szła dalej w górę, a wokół niej zamieć... W niej zniknęła, i nigdy już nikt jej nie widział. Czy znalazła to coś, tego kogoś o wielkiej mocy, tam na Górze?... Nikt nie wie.
Arakh zamyślił się. Po chwili dodał:
- Ja wierzę, że niezależnie od tego, kto lub co tam się znajduje, Ona zasiada razem z nim jako jemu równa. Pewnie dlatego teraz tylu chce iść w jej ślady...
- Chcecie jego... Znaczy ją... Odnaleźć? - dopytywał się Tatooińczyk.
- Nie sądzę, by było nam to pisane - odrzekł wojownik w hełmie z wyobrażeniem ludzkiej czaszki. - Teraz chcemy odnaleźć jednego z braci, który próbował wspiąć się na szczyt kilka dni temu. Jego nadajnik milczy. Chcemy odnaleźć naszego brata i zabrać go do domu.
- Naszego brata, lub jego zwłoki... - dodał Ozzik. - Czas ucieka, a pogoda wcale się nie poprawia... Szanse na znalezienie go żywego maleją z godziny na godzinę.
Arakh westchnął smutno.
- Spróbujemy jutro. Rano zamieć ma ustać, może wtedy przeżyjemy... Teraz czas się wyspać.
Gori, bo obfitym posiłku, padał już na nos. Chciał zadać więcej pytań na temat tej legendarnej wojowniczki, o której znienacka opowiedział mu jeden z Mandalorian, jednak zmęczenie i postępujące stopniowo pozbywanie się resztek stresu przeważyło i Tatooińczyk momentalnie usnął na stole.
Wojownicy przygotowali swemu gościowi proste posłanie w jedym z pomieszczeń bazy. Delikatnie przenieśli go tam, nałożyli mu na twarz maskę tlenową, by nie zaczął dusić się w czasie snu, po czym ostrożnie wzuli w ciepły, puchowy śpiwór. Szczelnie owinięty mieszkaniec Odległych Rubieży miał wreszcie szansę na porządny odpoczynek. Przez następne godziny spał jak kamień.
Mandalorianie również postanowili się położyć. Po sprzątnięciu pozostałości posiłku Goriego zrobili krótki obchód bazy - Arakh sprawdził zapasy tlenu i sprawność systemu podtrzymywania życia, Ozzik zaś - warunki atmosferyczne na zewnątrz. Bez zmian - ekran kontrolny pokazujący obraz z kamery skierowanej na zewnątrz był cały szaro-biały. Mgła, zawieja i potworny mróz. Jakby sama śmierć czyhała na górze na wszelkie istoty żywe, by omotać je i wyssać z nich to, co żywymi je czyniło...
Światło w bazie przygasło. Nie wyłączyło się całkowicie, dla bezpieczeństwa. Mandalorianie powoli udali się do swoich kwater. Ostrożnie zabezpieczyli i odłożyli broń, zdjęli zbroje i położyli się na swych posłaniach, nakrywając się puchowymi kapami. Nie zdjęli hełmów - podawany przez nie tlen w takich warunkach to podstawa zachowania czujności i szybkości reakcji... Niestety, oznaczało to konieczność snu w hełmie. Niezbyt komfortowego, ale mimo wszystko nie była to zbyt wygórowana cena za zachowanie zdrowia tam, gdzie od okrutnej śmierci dzieliła ich tylko ażurowa ściana bazy i targana wichurą warstwa śniegu...

Arakh

 

Komentarze
 
Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
 

Dodaj komentarz
 
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
 
 

Społeczność
  *Newsy
*Nadchodzące wydarzenia
*Ostatnie komentarze
O nas
About us
Über uns
*Członkowie
*Struktura
*M`Y w akcji
*Historia Organizacji *Regulamin
*Rekrutacja
*Logowanie
M`y na Facebooku
Copyright © 2009-2018




Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2018 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3. 9,610,830 unikalne wizyty