Dzięki takim drobiazgom pamiętasz dom
 

Dzięki takim drobiazgom pamiętasz dom

Frachtowiec typu Barloz “Bazyliszek”. Orbita planety Mandalora.

Frachtowiec wyszedł z nadprzestrzeni, a chwilę później nagle statkiem dziwnie szarpnęło, sprawiając, iż dwaj siedzący w kokpicie mężczyźni w charakterystycznych mandaloriańskich zbrojach omal nie wylecieli ze swoich foteli.
- Widzisz? Znowu to samo - powiedział młodszy z nich, Marik. - Ten statek to kupa złomu, już dawno powinniśmy go sprzedać - mruknął, ponownie wyciągając się wygodnie w fotelu.
- Trochę szacunku gówniarzu - starszy z mężczyzn, Harel trzepnął Marika w ucho. - Sprzedać “Bazyliszka” też coś, jeszcze twój pradziadek nim latał - mruknął.
- No i to jest dobry powód żeby go sprzedać, tato - parsknął Marik, ale widząc groźne spojrzenie ojca nie komentował więcej stanu statku. - Dawno nie byliśmy w domu - zmienił temat. - Będzie z 3-4 miesiące - dodał.
- Ano, ostatni raz przed tą robotą na Nar Shaddaa... ale opłaciło się - powiedział Harel, kierując “Bazyliszka” ku powierzchni planety. - Wprowadź koordynaty do komputera - dodał starszy Mandalorianin. Marik posłusznie zaczął wprowadzać koordynaty niewielkiej osady na planecie, a tymczasem “Bazyliszek” pokonywał pierwsze warstwy atmosfery Mandalory.

Ziemie klanu Awaud. Planeta Mandalora.

“Nareszcie dom”, pomyślał Marik, uśmiechając się pod nosem. Statek sunął gładko nad gęstą dżunglą planety. Po dwóch godzinach lotu oczom obu Mandalorian ukazała się niewielka osada położona nad rzeką.
- Kelita coś mocno wylała w tym roku - zauważył Harel.
- Ano, mam nadzieję że nie zalała warsztatów, niepotrzebnie umieszczono je tak blisko rzeki - skomentował, lekko zaniepokojony Marik wyglądając przez iluminator. Harel mruknął coś pod nosem o przywódcy klanu i skierował “Bazyliszka” w stronę znajdującego się obok osady lądowiska. Po kilkunastu minutach lotu schodzili już ze statku, dźwigając ciężką skrzynię oraz worki podróżne. Ledwo postawili stopy na powierzchni Mandalory, a w ich stronę popędziła mała dziewczynka w wieku może 6 lat, której towarzyszył pilnujący jej strill.
- Wujek Marik i dziadek Harel! - zawołała wesoło, rzucając się w ramiona Harela.
- Witaj dziecinko, ale ty wyrosłaś! - powiedział uśmiechnięty Harel.
Marik puścił oko do dziewczynki i poklepał po łbie strilla.
- Witaj Nibral, pilnujesz Yenny? - spytał zwierzaka, który popatrzył na niego swoimi mądrymi oczami i zaczął się łasić.
- No już dobra, potem się pobawimy - parsknął Marik. - Weźmy lepiej to cholerstwo - dodał, trącając butem skrzynię.
- Wyrażaj się przy dziecku - zgromił go Harel, po czym puścił Yennę i wraz z synem złapał skrzynię.
- Pobiegnę do domu i powiem mamie że przylecieliście - zapiszczała Yenna i rzuciła się pędem w głąb osady, a Nibral pobiegł za nią. Marik i Harel ruszyli powoli za małą, pozdrawiając po drodze innych członków klanu.

- Widzę, że ciotka dobudowała piętro - powiedział Marik kiedy dotarli do piętrowego, drewnianego domu, położonego na skraju osady.
- W końcu rodzina się niedługo powiększy - wzruszył ramionami Harel. - Dzieci potrzebują miejsca - dodał i w tym momencie z domu wybiegła Yenna, a za nią wyszły starsza kobieta, w wieku około 50 lat, wraz z około trzydziestoletnią kobietą w zaawansowanej ciąży. Obie miały na sobie zielono-fioletowe pancerze.
- Bracie! Nie mogłeś chociaż raz dać znać wcześniej?! - powiedziała starsza kobieta witając się najpierw z Harelem, a potem z Marikiem, co chwilę później powtórzyła młodsza kobieta.
- Witaj Olia, ciociu Ran - Marik wyściskał obie kobiety. - A gdzie Deran i Almek? Pojechali z dziadkiem do Kedalbe jak co roku? - spytał.
- Nie tym razem. Pojechali dziś rano poćwiczyć trochę w terenie. Almek za dwa tygodnie przechodzi Verd`goten - wyjaśniła Olia, kiedy wchodzili do domu.
- No, no, to już? - zdziwił się Harel stawiając skrzynię w przedsionku. - I jak sobie radzi? - spytał.
- Całkiem dobrze, w końcu to Awaud, potrafimy przygotować nasze dzieci do życia - zaśmiała się Ran i klepnęła Marika w hełm. - Twój chłopak to najlepszy tego dowód - dodała, a Harel tylko się uśmiechnął.
- No to skoro przelecieliście bez zapowiedzi, to pomożecie za karę z obiadem - powiedziała Olia rzucając Marikowi nóż kuchenny. - Obieraj warzywa, kuzynku - parsknęła złośliwie. Niezadowolony Marik zdjął hełm i posłusznie zaczął obierać stojące w dużym koszu warzywa, ostentacyjnie starając się nie słuchać rzucanych co i rusz uwag starszej kuzynki, która krytykowała jego kuchenne umiejętności.
- A co w ogóle przytargałeś do mojego domu? - spytała Harela Ran, nalewając mu kafu z dzbanka i wskazując głową skrzynię.
- A takie tam, zobaczysz jak chłopaki wrócą - zbył ją Harel pociągając łyk kafu.

Dwie godziny później, w kuchni czuć było zapachy obiadu, a Ran nakrywała do stołu. W tym czasie Harel i Marik witali się z powracającymi z treningu mężem Olii, Deranem i ich synem Almekiem - obaj wrócili zziajani i ewidentnie zmordowani długim treningiem. Wkrótce cała siódemka zasiadła do wspólnego posiłku. Wszyscy ochoczo zabrali się do jedzenia. Po zaspokojeniu pierwszego głodu zaczęły się rozmowy przy stole. O zleceniu jakie wykonali Harel i Marik, o ciąży Olii, przygotowaniach Almeka do Verd`goten, o pogodzie i tak dalej.
- Musiało być ciężko. Trandoshanie to twardzi dranie - skomentował opowieść Harela Deran.
- No było ciężko, to fakt, ale wiesz dobrze płacili za tych handlarzy niewolników, no i cóż... nie lubię tych drani - powiedział Harel, nalewając sobie kolejny kubek tihaaru.
-Ty zawsze miałeś coś do handlarzy niewolników wujku - zauważyła Olia.
- A żebyś wiedziała, nienawidzę ich. Tchórzliwi i sadystyczni bandyci. Żadnych zasad, żadnego honoru - powiedział zapalczywie Harel.
- No ale nie oni jedni tacy są w galaktyce - powiedział Deran, dokładając sobie jeszcze zupy.
- Tak, ale oni są najgorsi. Rozumiem walczyć, rozumiem zabijać, rozumiem kraść, ale żeby niewolić innych dla zysku?! Obrzydliwość - powiedział z pasją w głosie Harel i pociągnął duży łyk tihaaru.
- A ty, Marik? Jak Ci się pracuję z tym upartym dziadem? - spytała złośliwie Ran, patrząc na wzburzonego brata.
- Jakoś daję radę ciociu, gdyby tylko chciał zmienić statek... - Marik westchnął teatralnie. - Jak dalej się będzie tak co do niego upierał, to w końcu rzeczywiście zacznę działać na własną rękę - dodał ze śmiechem.
- Niewdzięczny dzieciak - parsknął oburzony Harel. - Ale cholernie zdolny - przyznał.
- Na długo zostaniecie? - spytała Olia.
- Kilka dni. Może tydzień. A co? - Harel spojrzał pytająco na siostrzenicę.
- Cóż miałabym prośbę, a właściwie do ciebie kuzynie. O ile pamiętam to jesteś dobry z mieczem? - Olia zwróciła się w stronę Marika.
- No radzę sobie - przyznał Marik z błyskiem w oku, tak naprawdę w całym klanie nie było nikogo lepszego od niego w walce bronią białą, nieważne, wibronoż, wibromiecz czy beskad. Marik był niekwestionowanym mistrzem, o czym wielu przeciwników jego i jego ojca się przekonało.
- Almek potrzebuje trochę dodatkowych zajęć w tym zakresie - wyjaśniła, a wspomniany chłopak lekko się zmieszał, udając że skupia się na jedzeniu.
- Jasne, jutro poćwiczymy - Marik puścił oko do chłopaka, który uspokoił się trochę. Reszta obiadu minęła na mniej zobowiązujących pogawędkach.
Po posiłku, wszyscy udali się na ganek, gdzie Marik i Harel przytargali ciężką skrzynię. Starszy Mandalorianin pogrzebał chwilę przy zamku i otworzył wieko. W skrzyni pełno było rozmaitych pakunków i zawiniątek.
- Jak widzisz z pustymi rękami nie przyjechaliśmy - powiedział Harel i zaczął wyciągać przywiezione dla rodziny prezenty. Ran dostała paczkę swojej ulubionej herbaty tarine, Olia szal z błyszczojedwabiu, Deran butelkę koreliańskiej whisky, Almek blaster DC-17 specjalnie zmniejszony, tak żeby pasował do jego dłoni, a Yenna ogromnego pluszowego nerfa, którego z piskiem porwała w objęcia, przyciągając tym samym zazdrosne spojrzenie Nibrala.
- No, jaki byś nie był, to sknerą nigdy nie byłeś - Ran klepnęła brata życzliwie w ramię.
- Czasem przydałoby mu się - mruknął Marik, na co wszyscy wybuchnęli śmiechem.
- Mam też działkę dla przywódcy klanu - powiedział Harel wyciągając dużą i ciężką sakiewkę pełną kredytów. - Dasz mu w moim imieniu? - spytał Ran.
- Harel... to już 15 lat, dalibyście spokój tej wojnie - powiedziała niezadowolona Mandalorianka, przewracając oczami, ale wzięła sakiewkę.
- Dziękuję i nie, nie dam spokoju - mruknął Harel i wyciągnął dwie kolejne, niemniejsze od pierwszej. - Jedna jest dla Ciebie, a drugą mi przechowaj - zmienił temat. Ran wzbraniała się przed przyjęciem sakiewki dla siebie, ale w końcu uległa. Reszta dnia upłynęła im na długich rozmowach, popijaniu tihaaru, oraz shigu i cieszeniu się tym że spędzają czas razem, a każde z nich zgadzało się że robili to za rzadko, nawet jeśli nikt poza małą Yenną nie powiedział tego głośno. Spać poszli dopiero o północy. Zasypiając w wygodnym łóżku zamiast ciasnej koi, w rodzinnym domu zamiast wiekowym statku i słysząc dźwięki lasu zamiast szumów silnika, Marik cieszył się w duszy, że jest w domu.

Następnego dnia o świcie Marik obudził Almeka, zjedli szybkie śniadanie, wzięli śmigacz i udali z dala od osady, aby w spokoju móc poćwiczyć i porozmawiać. Marik lubił syna swojej kuzynki, chłopak miał w sobie dużo zaciętości i odwagi, a przy tym i sporo pokory. Kiedy pędzili przez równiny Mandalory, chłopak zasypywał Marika pytaniami o życie łowcy nagród, o ich zlecenia, o bojowe doświadczenia i tak dalej, Marik zaś cierpliwie odpowiadał na wszystkie pytania. W końcu dotarli do odległej i wyizolowanej polany, na której członkowie ich rodziny zwykli przygotowywać się do Verd`goten, tu ćwiczył Marik, tu ćwiczył Harel, ojciec Harela, i ojciec jego ojca i tak do kilkunastu pokoleń wstecz. Młodzi Mandalorianie wysiedli ze śmigacza, a Marik wyciągnął z bagażnika miecze ćwiczebne.
- Najpierw zaczniemy od drewnianych, potem poćwiczymy z ostrą bronią - wyjaśnił nieco zawiedzionemu tym Almekowi, który złapał w locie rzucony przez wuja kij. Najpierw Marik prezentował różne postawy, ciosy i uniki, później kazał je powtarzać chłopakowi, aż ten wykonał wszystkie bez najmniejszego błędu. Wtedy przeszli do sparingu. Marik szybko powalił chłopaka na łopatki, po czym wytłumaczył mu jego błędy i wznowili walkę. Ćwiczyli dobre dwie godziny bez przerwy, aż chłopak opanował kilka bardziej zaawansowanych uników i ciosów. Zadowolony z jego postępów Marik zarządził krótką przerwę, i obaj położyli się w cieniu ogromnego drzewa, dając możliwość odpoczynku obolałym mięśniom.
- Wujku, mogę cię o coś spytać? - zapytał nieco spięty Almek.
- Jasne i mów mi po imieniu. Już ci to mówiłem. Jesteś ode mnie młodszy raptem o 3 lata. Jeszcze nie tak dawno razem się bawiliśmy i ćwiczyliśmy - Marik uśmiechnął się do chłopaka trącając go żartobliwie w ramię.
- No niech będzie - powiedział Almek. - Ostatnio podsłuchałem rozmowę babci Ran z mamą... rozmawiały o twojej mamie... o tym że była Jedi... to prawda? - spytał niepewnie chłopak. Marik spiął się słysząc pytanie i mimowolnie zacisnął pięści i przymknął oczy. Po chwili się uspokoił. To nie wina chłopaka że pyta. Ten fakt prędzej czy później musiał wyjść, chociaż wolałby żeby ciotka i kuzynka nie paplały o tym.
- Tak, ale ona już nie jest już moją matką i od bardzo dawna nią nie była - powiedział zimno Marik.
- Nie czujesz się źle z tym że była Jedi? Wiesz, oni niezbyt lubią Mandalorian-zapytał chłopak, przyglądając się bacznie Marikowi.
- To delikatnie powiedziane. A to czy mi z tym źle... cóż mam to gdzieś. To ona była Jedi, nie ja. Porzuciła mnie i nigdy się mną nie zajęła, nigdy mnie nie szukała. To nie jest już moja matka, ja nie ma mam matki - odpowiedział coraz bardziej zły Marik.
- Wiesz co, wróćmy do ćwiczeń, muszę trochę emocji z siebie spuścić - powiedział wstając. Tym razem przeszli do treningu ostrą bronią. Marik już bez dawnej wesołości i rozluźnienia pokazał Almekowi walkę beskadem i wibromieczem. Po czym przeszli do ćwiczeń praktycznych. Po kilku godzinach ostrego treningu, który na szczęście odbył się bez groźniejszych incydentów, zdecydowali się wrócić do domu.

Kiedy wrócili do osady, zobaczyli Harela siedzącego przed domem.
- No wreszcie jesteście - powiedział Harel, wstając z ławki na ganku i rzucając Marikowi jego worek podróżny. - Spakowałem cię, odlatujemy - dodał.
- Jak to? Przecież dopiero co przylecieliśmy? Coś się stało? - zdziwił się Marik.
- Ekspresowe zlecenie, neimoidańscy łowcy niewolników, bardzo duża nagroda - wyjaśnił Harel, zarzucając swój bagaż na ramię.
- No nie, mieliśmy trochę odpocząć, spędzić czas z rodziną - zaprotestował Marik, krzyżując ręce na piersi.
- Słuchaj ojca, za ich głowę jest okrągły milion kredytów, taka kasa nie trafia się często - powiedział surowo Harel.
Marik aż cicho zagwizdał z wrażenia, kwota rzeczywiście robiła wrażenie.
- No dobra, jest duża, kto ci to nagrał? - spytał ojca.
- Tetrin, on ma zawsze dobre cynki - odpowiedział ojciec, wymieniając imię ich rodiańskiego szpicla.
- Ech, no trudno, ale po robocie wracamy na Verd`goten młodego - zastrzegł Marik, klepiąc jednocześnie posmutniałego Almeka w plecy, który słysząc to trochę się rozchmurzył.
- Zgoda - uśmiechnął się Harel. - Pożegnaj się z rodzinką i dołącz do mnie na statku. Trzymaj się Almek i ćwicz pilnie. Wiem, że przyniesiesz chlubę dziadkowi i naszej rodzinie - Harel przytulił lekko chłopaka i ruszył w stronę lądowiska. Marik wszedł do domu, gdzie Ran krzątała się po kuchni, Olia siedziała z córką i mężem przy stole.
- Cóż, niestety czas na mnie - powiedział smutno Marik. - Poćwiczyłem trochę z Almekiem, chłopak ma talent. Jak się spisze na Verd`goten, to załatwię mu jakieś porządne ostrze - obiecał.
- Dziękuję, kuzynie - Olia obdarzyła go ciepłym uśmiechem. - Uważajcie na siebie, wujek lubi niebezpieczne misje, a nie jest już taki sprawny - dodała z lekką obawą w głosie.
- Da się zrobić - Marik puścił do niej oko i uściskał Derana i małą Yennę.
Ran w tym czasie wysunęła blachę z pieca i wysypała do papierowej torby cienkie ciastka, w kształcie najmniejszej z płytek tworzących napierśnik zbroi. W całym pomieszczeniu zapachniało przyprawami korzennymi.
- Masz na drogę chłopcze i wróć do nas jak najszybciej - Ran poklepała bratanka po policzku. Marik podziękował i uściskał ciotkę, jeszcze raz się pożegnał z resztą i udał się na statek. Kiedy wszedł do kokpitu, Harel przeprowadzał szybką diagnostykę przed startem i wprowadzał do komputera koordynaty.
- No co tak długo? - zapytał. - Coś miękniesz synu, takie długie pożegnania nie przystoją Mandalorianinowi - dodał złośliwym tonem.
- A weź się odczep - mruknął Marik, siadając za sterami w fotelu obok i chwilę później poderwał maszynę do startu. Po czym “Bazyliszek” opuścił ziemię klanu Awaud, a chwilę później Mandalorę.
- No to polowanie czas zacząć - powiedział Harel zacierając ręce. - Uwielbiam tę robotę. Zaraz... co tak pachnie? - spytał Marika.
- Łap, prezent od ciotki - Marik rzucił mu torbę ciastek.
- No no, co ja widzę! Wieki już ich nie piekła, recepta jeszcze naszej babci - ucieszył się Harel pochłaniając jedno z ciastek. - Mmm, dzięki takim drobiazgom pamiętasz dom - dodał rozmarzonym tonem.
Marik spojrzał na niego z politowaniem.
- Dobra, wierzę na słowo - parsknął. “Też coś, ciastka mu o domu przypominają, trzeba było go nie opuszczać, a nie lecieć za kredytami” - pomyślał i odpalił hipernapęd.

6 dni później. Zewnętrzne Rubieże. Orbita planety Hoth

Marik kończył zakładać pancerz i sprawdzać broń. Już gotowy Harel cierpliwie czekał w kokpicie aż ich cel zostanie złapany przez skanery statku. Wiedzieli, że łowcy tu będą i mieli przewagę zaskoczenia, to wyglądało na prostą robotę.
- Na pewno tu będą? Nie pomyliłeś koordynatów ani nic? - spytał już po raz trzeci Marik, kończąc sprawdzać swoją broń.
- Tak, usiądź wreszcie i przestań mnie denerwować, masz, zjedz, to się uspokoisz - rzucił Marikowi torbę z ostatnim ciastkiem Ran. Marik westchnął, ale sięgnął do torby i ugryzł wyjęte z niej ciastko. Jak zawsze było cudowne, może i śmiał się w duchu z ojca z tych jego tekstów, iż takie drobnostki przypominają o domu, ale nie zmieniało to faktu, iż wypieki ciotki Ran były doskonałe. Nim jednak zdążył zjeść całe ciastko, czujnik skanera zapiszczał. Marik wrzucił ciastko do torby, na później, i rzucił się do konsoli.
- Są! - powiedział, starają się jednocześnie pohamować rosnącą falę ekscytacji.
Harel uśmiechnął się i uzbroił rakiety.
- Jesteś gotowy, mój synu? - spytał chłopaka.
- Jak nigdy, ojcze - Marik uśmiechnął się lekko, po czym założył hełm.

1 dzień później. Krążownik “Liberator”. Orbita planety Hoth.

Marik szedł korytarzem, mając trupią bladość na twarzy i podkrążone oczy. Towarzyszył mu mężczyzna w prostej brązowej szacie, u pasa której wisiał charakterystyczny podłużny metalowy cylinder.
- Wiesz przydałby się nam ktoś taki jak ty-powiedział mężczyzna -Potrafisz walczyć, zachowałeś spokój i udało ci się uwolnić. Masz głowę na karku chłopcze-dodał i spojrzał na Marika - Wiem że to świeża rana i prędko się nie zabliźni, ale twój ojciec chciałby, żebyś żył dalej. Pomóż nam. Widziałeś z kim mamy do czynienia, widziałeś jakie to są istoty. Dołącz do sprawy - powiedział zatrzymując się i kładąc chłopakowi rękę na ramieniu.
- Ja... dziękuję za propozycję, muszę się namyślić, potrzebuję chwili czasu z ojcem panie Greyer - powiedział głucho Marik.
- Oczywiście. - Greyer skinął mu głową. - Umieściliśmy ciało w kostnicy, nikt ci nie będzie przeszkadzał, masz tyle czasu ile potrzebujesz. Przyjdź później do kajuty kapitana, korytarzem na lewo i schodami na górę, tam już po oznaczeniach zobaczysz, gdzie rezyduje kapitan - dodał i odszedł, zostawiając Marika przed drzwiami kostnicy. Młody Mandalorianin zacisnął pięści, chcąc powstrzymać dygotanie rąk, i wszedł do sali. Ciało jego ojca leżało na noszach, mimo że sanitariusze obmyli je i oczyścili, to nie udało im się całkiem ukryć śladów bicia i innych tortur. Marik podszedł powoli do ojca i popatrzył na jego twarz - gdyby nie obrażenia, wyglądałby jakby spał. Marika ścisnęło w gardle, ale powstrzymał łzy.
- Przepraszam tato... nie byłem dość dobry - wyszeptał z trudem. - Co ja teraz mam zrobić? - zapytał ni to siebie, ni to ojca. - Wrócić do domu? Czy pomóc tym ludziom? - usiadł obok, a przez jego głowę przebiegało tysiące myśli. Chcąc się uspokoić sięgnął do swojej torby, gdzie była piersiówka ojca z tihaarem. Poza metalem piersiówki wyczuł także jakiś podłużny kształt, kiedy go wyciągnął zobaczył że to ostatnie ciastko jego ciotki, to którego nie dokończył przed bitwą z łowcami. Wciąż były na nim ślady jego ugryzienia.
- To wydarzyło się zaledwie wczoraj - powiedział w szoku, czuł się tak przytłoczony jakby minęły całe wieki. Długo wpatrywał się w ciastko, przypominając sobie Mandalorę, ciocię Ran, Olię, Almeka i innych. Przypomniał sobie słowa ojca, które wyśmiał. “Dzięki takim drobiazgom pamiętasz dom”. Ale teraz Marik czuł że nie ma domu, a przynajmniej nie może do niego wrócić na stałe. Nie wiedział jak spojrzy w oczy rodzinie, ani innym z klanu. Przypomniał sobie jeszcze raz statek łowców, który teraz był niczym więcej jak gwiezdnym pyłem, przypomniał sobie przerażone twarze zaszczutych niewolników, radość ich oprawców i zmasakrowanego, zakrwawionego ojca. O nie... do domu nie wróci, a przynajmniej nie teraz, ale Marik wiedział co powinien zrobić, wiedział co sprawi że poczuje się lepiej. Zacisnął dłoń krusząc ciastko na pył, wraz z ciastkiem skruszył też w sobie jakąkolwiek myśl o powrocie na stałe do domu. Marik wyszedł z kostnicy. Kierując się wskazówkami Greyera stanął chwilę później pod drzwiami kapitańskiej kajuty. Strażnik, uprzedzony o jego możliwym przybyciu, wpuścił go bez żadnego słowa. W środku Marik zastał Greyera pogrążonego w rozmowie z kapitanem i jego pierwszą oficer. Cała trójka umilkła na jego widok.
- Panowie, pani, rozważyłem propozycję kapitana Greyera - zaczął Marik, stając na baczność. - Pragnę dołączyć do “Vlam Vryheid”- powiedział.
- Dobra decyzja, chłopcze - powiedział z uśmiechem kapitan, postawny mężczyzna w średnim wieku i z wielkimi, sumiastymi wąsami. - ”Vlam Vryheid” potrzebuje takich ochotników jak ty - dodał.
- Rozumiem, że chcesz pochować odpowiednio ojca - wtrącił Greyer. - Nie znam waszych zwyczajów pochówku, ale jeśli mogę jakoś pomóc… - zaczął.
- Dziękuję, poradzę sobie - przerwał Marik. - Co prawda nie przywiązujemy dużej wagi do pochówku zmarłych, bo najważniejsza jest pamięć o nich, ale chcę pochować go na Mandalorze razem z rodziną. Potrzebuję na to dwóch lub trzech dni - wyjaśnił.
- Rozumiem. Oczywiście zaczekamy na twój powrót, i tak musimy się przegrupować. Niemniej, pozwól że już teraz oficjalnie przywitam cię w szeregach “Vlam Vryheid” - powiedział kapitan. - Pomijając śmierć twojego ojca, dobrze zakończyliśmy łowy na tych drani - dodał.
“Łowy się nie zakończyły... one się dopiero rozpoczęły. I nie skończę ich póki nie odzyskam spokoju” - pomyślał Marik, w milczeniu ściskając rękę kapitana.



autor: Marik

 

Społeczność
  *Newsy
*Nadchodzące wydarzenia
*Ostatnie komentarze
O nas
About us
Über uns
*Członkowie
*Struktura
*M`Y w akcji
*Historia Organizacji *Regulamin
*Rekrutacja
*Logowanie
M`y na Facebooku
Copyright © 2009-2021




Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2021 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3. 15,703,540 unikalne wizyty