Ogień oczyszcza
 
Ogień Oczyszcza

Krążownik klasy Kaloth “Liberator”, jednostka flagowa “Vlam vryheid”. Orbita planety Nal Hutta

Wszyscy oficerowie i podoficerowie “Vlam Vryheid” zebrali się w sali odpraw, gdzie kapitan Colder Hacbic prowadził odprawę przed misją. Marik Awaud jak zawsze siedział w pełnej zbroi, ale nie budziło to niczyjego zdziwienia. Jako Mandalorianin niemal ciągle i niemal wszędzie chodził w swoim pancerzu.
- Dobra, słuchajcie, jesteśmy na terytorium wroga. Jak huttowie przed czasem zorientują się że tu jesteśmy, to po nas - powiedział kapitan Hacbic. - Ostrożność przed misją, sprawność podczas misji i szybkość po niej to klucz do powodzenia zadania. W akcji wezmą udział wszystkie oddziały szturmowe, pierwszy szwadron Jeflama, drugi szwadron Tavissa i trzeci szwadron Marika - kapitan wskazał Marika i dwóch pozostałych dowódców, szczupłego korelianina Jeflama, i muskularnego eriadianina Taviss. - Jeflam i Tavii, wasze szwadrony zajmą się obstawieniem terenu i neutralizacją ich wsparcia, Marik twoi ludzie infiltrują pałac, uwalniają niewolników, zbierają sprzęt i likwidują przeciwnika, zrozumiano? - spytał, a odpowiedziały mu trzy zgodne pomruki. Marik cieszył się w duchu, że to jemu przypadła infiltracja pałacu. Wiedział czego się tam może spodziewać, budziło to jego słuszny gniew i doskonale wiedział co go ukoi.
- Wylądujecie dwoma promami, bierzcie tyle ładunków wybuchowych ile tylko zdołacie - powiedział mężczyzna w szacie Jedi stojący obok kapitana.
- A jakie będziemy mieli wsparcie, kapitanie Greyer? - spytała jedna z podoficerów.
- Wsparcie zapewni wam eskadra Z-95, porucznik Orosvero - Greyer wskazał niebieską Twi`lekankę. - Zdejmą wieżyczki pałacu i pomogą szwadronom poruczników Jeflama i Tavissa usunąć nieprzyjacielskie posiłki - dodał.
- No. To wszystko jasne? - spytał kapitan Hacbic.
- Tak jest, sir - odpowiedzieli zgodnie wszyscy.
- To do roboty i udanych łowów. Rozejść się - rozkazał kapitan i opuścił salę odpraw.

Greyer podszedł do Marika kiedy ten kończył instruować swój 30-osobowy oddział, złożony z ludzi, twi`leków, zabraków, wookiech i rodian płci obojga, a także kilku droidów serii IG. Tuż obok Marika stali jego podoficerowie, duet w osobie bothanina i faelanki.
- W środku na pewno będzie ostra walka, więc nie szarżować, trzymać się razem i nie żałować broni na akcję. Na pewno dojdzie do starcia z gamorreanami, wiec miejcie pod ręką jakąś broń białą, chociaż wibronóż albo pałkę - tłumaczył swoim podwładnym Marik. - Mamy sporo do wysadzenia, więc każdy bierze plecak i zapas termodetonatorów. Pamiętajcie że to także akcja ratunkowa, więc uważajcie do czego strzelacie - kontynuował przemowę. - Sierżant Ferad bierze pierwszą dziesiątkę i opróżnia skarbiec hutta, bierzcie wszystko co cenne i łatwe w transporcie. - słysząc to bothanin tylko się uśmiechnął, a Marik spojrzał na faelankę. - Kapral Tira bierze drugą dziesiątkę i uwalnia niewolników. Nie dawajcie im broni, część na pewno będzie chciała pomóc, ale lepiej żeby nie postrzelili nikogo z naszych - kilka osób zaśmiało się nerwowo.
-A pan, poruczniku? - zapytał jeden z żołnierzy.
- Ja i trzecia dziesiątka zdejmujemy tego tłustego drania, Karzę - powiedział Marik z wyraźną przyjemnością.
- Ech, pan to zawsze ma najlepszą część roboty - mruknął żołnierz udając niezadowolenie.
- Zalety bycia oficerem - odpowiedział Mandalorianin. - No to do roboty i za pół godziny stawić się w hangarze w pełnym rynsztunku - dodał.
Kiedy żołnierze się rozeszli, do Marika podeszli Tira i Ferad. - Uważajcie na siebie vode - powiedział z wyraźną troską w głosie. - Wiem, że to dla was nie pierwszyzna, ale tam w środku naprawdę będzie gorąco - dodał.
- Damy radę, szefie, jak sam mówiłeś, to nie pierwszyzna, a ten bydlak nie spodziewa się zmasowanego ataku komandosów i to tuż na pewno nie w domu - powiedział Ferad siadając na pobliskiej skrzyni i przeciągając się leniwie. - Gorzej, że w powrotną drogę będzie tyle do dźwigania - dodał niezadowolony.
- Nie narzekaj - prychnęła Tira. - Dobrze wiesz, że i my, i wyzwoleńcy będziemy potrzebować tej kasy, a temu robalowi już się nie przyda - zaśmiała się.
- Tak, wiem, ale te spaślaki zamiast kredytowych chipów wolą klejnoty, sztabki aurodium i tak dalej. Wiesz jakie to ciężkie? - marudził bothanin.
- Oj no, taki mocarz jak ty na pewno sobie poradzi - Tira puściła oko do niego.
- No dobra, dosyć tych dyskusji, macie zadania i lećcie się przygotować - powiedział Marik, siląc się na powagę, mimo uśmiechu na ustach. Uwielbiał tę dwójkę, byli jego rodziną, a ich przekomarzania przypominały mu jego zmarłego ojca i ciotkę Ran, wciąż żyjącą na Mandalorze. “Właśnie, po akcji trzeba napisać wiadomość” - przypomniał sobie.
- Widzę, że jak zawsze jesteś profesjonalistą pełną gębą, a jednocześnie gotowym do walki wojownikiem, przyjacielu - powiedział Greyer, dopiero teraz podchodząc do Marika.
- Wiesz, bycie Mandalorianinem zobowiązuje - zaśmiał się Marik słysząc pochwałę.
- Uważajcie na siebie w pałacu - powiedział poważniej Greyer.
- Damy radę, nie pierwszy raz takie akcje się robi - Marik przewrócił oczami, słysząc powagę w głosie Jedi.
- Nie mówię o huttcie i jego ludziach. Nie daj się ponieść gniewowi. To nie jest dobra droga - powiedział surowo Greyer. Słysząc go Marik się roześmiał.
- Ha! A co mi jeszcze zostało Jedi? - spytał i nie czekając na odpowiedź poszedł sprawdzić swój sprzęt.
- Płomień wolności, którego strzeżemy - szepnął ze smutkiem Greyer.

Kilka godzin później. Planeta Nal Hutta.

Dwa promy Kappa w towarzystwie 15 myśliwców Z-95 leciały nad brudnymi i śmierdzącymi bagnami planety Nal Hutta, w stronę pałacu huttyjskiego gangstera Karzy. Karza znany był jako wyjątkowo brutalny i sadystyczny gangster, zarabiający na handlu igiełkami śmierci oraz niewolnikami. Zwrócił przez to na siebie uwagę “Vlam Vryheid”, organizacji bojowników, którzy na własną rękę prowadzili wojnę z nękającymi galaktykę łowcami niewolników, przestępczymi syndykatami i piratami. Karza był jednak zbyt potężny by toczyć z nim długotrwałą wojnę. Dowództwo “Vlam Vryheid” wpadło na śmiały, aczkolwiek prosty pomysł. Postanowili przeprowadzić jedno, precyzyjne uderzenie na siedzibę hutta i zabić go zanim uruchomi przeciwko nim swoje kontakty i całe przestępcze imperium. Liczyli, że gangster nie będzie się spodziewał ich ataku w swoim domu na Nal Hutta, gdzie chroniła go powaga i kontakty innych huttyjskich klanów. Marik Awaud w pełni popierał ten plan, od 9 lat służył w szeregach organizacji i wiedział czym są takie ścierwa jak Karza i jak potrafią być groźne. Lecąc teraz w stronę jego siedziby, miał szczerą nadzieję, że dane mu będzie wypróbować na nim kilka nowych gadżetów, jakie zamontował w zbroi.

Myśliwce Z-95 wyprzedziły promy około 50 km przed celem i rozpoczęły ostrzał pałacu hutta. Zaskoczeni strażnicy pałacu ponieśli duże straty, kiedy wystrzelone z myśliwców serie z działek i torpedy niszczyły wieżyczki turbolaserowe, oraz zaparkowane śmigacze i myśliwce. Po kilkunastu minutach teren wokół pałacu zaśmiecały resztki wrogich pojazdów oraz ciała i szczątki ich właścicieli. Pierwszy etap ataku odniósł pełny sukces. “Vlam Vryheid” nie ponieśli żadnych strat, a zewnętrzna obrona pałacu była całkowicie wyeliminowana. Czekający na to piloci promów posadzili swoje maszyny przed wejściem do pałacu, a z ich pokładów wysypały się szturmowe szwadrony “Vlam Vryheid”. Marik zgodnie ze wcześniejszymi ustaleniami skierował się ze swoimi podwładnymi do pałacu. Podłożone ładunki wybuchowe rozerwały główną bramę i pozwoliły oddziałowi dostać się do sali wejściowej, gdzie sprawnie wyeliminowali grupę wystraszonych gamorreańskich strażników celnymi strzałami z blasterów.

- Dobra, znacie swoje zdania. Powodzenia - powiedział Marik i grupy jego, Tiry i Ferada rozdzieliły się. W skład grupy Marika poza nim samym wchodziło dwóch wookiech, twi`lekanka, rodianin, piątka ludzi - trzech mężczyzn i dwie kobiety - oraz przeprogramowany droid serii IG. Ich cel znajdował się w głębi pałacu, w sali tronowej. Nie marnując czasu ruszyli biegiem w jej stronę, eliminując niedobitków przeciwnika, którzy nie zginęli w pierwszym ostrzale lub nie wycofali się głąb pałacu. Ich droga biegła przez salę “trofeów” hutta, wśród których oprócz łbów rzadkich i groźnych bestii, były również głowy przedstawicieli rozumnych gatunków: ludzi, rodian, zabraków i twi`leków płci obojga. Głównym punktem tej sali był ogromny pomnik hutta, który wydawałoby się że przyjmował hołd od powieszonych w sali głów.
- Obrzydliwe - mruknął jeden z towarzyszących Marikowi ludzi i splunął na posadzkę.
- Ten drań za to zapłaci - szepnęła twi`lekanka wstrząśnięta wyprawioną głową zabrackiego dziecka na ścianie.
- Zachowajcie gniew na nich - powiedział zimno Marik, dobywając swojego wibromiecza, czuł żeby rozładować swoją furię musi poczuć jak krew spływa po jego ostrzu. Kiedy do sali wbiegła grupa najemników hutta z rykiem wściekłości rzucił się w ich kierunku atakując dwóch rosłych gamorrean. W tym czasie reszta oddziału Marika z furią otworzyła ogień w stronę nieprzyjaciela. Przygnieceni ogniem najemnicy padali jak muchy. Ciężkie działka blasterowe w rękach wookiech siały istne spustoszenie, a blastery pozostałych członków oddziału dopełniały dzieła zniszczenia. W tym czasie Marik z brutalną precyzją szlachtował kolejnych gamorrean, którzy nie mieli szans przeciwko jego ostrzu. W końcu grupka 4 pozostałych przy życiu najemników spróbowała ucieczki w głąb pałacu. Strzał z miotacza fal dźwiękowych zamontowanego w karwaszu Marika skutecznie im to wyperswadował. Padli na ziemię, wrzeszcząc i trzymając się za krwawiące przez popękane bębenki uszy. Jeden z wookiech przeciągnął po nich serią, uciszając ich opętańcze wrzaski.
- Lepiej ci? - Marik spytał twi`lekanki z oddziału.
- Lepiej będzie jak dorwiemy tego robala, sir - odpowiedziała, dysząc ciężko. Marik klepnął ją w ramię i dał znać, by oddział ruszył za nim.

W tym samym czasie. Nal Hutta. Pałac Karzy. Oddział Fareda.

Bothanin prowadził swój oddział złożony z samych ludzi i jednego zabraka wprost do skarbca Karzy. Na ich szczęście nie spotkali zbyt wielu strażników, zbyt zajętych obroną hutta i pilnowaniem mogących w każdej chwili się zbuntować niewolników. Dopiero przy samym skarbcu musieli wyeliminować niewielki oddział droidów strażniczych, co przypłacili śmiercią dwójki ludzi. Po wyeliminowaniu droidów, saperzy podłożyli ładunki pod masywne stalowe drzwi skarbca i po kilku minutach je wysadzili. Skarbiec był niewielkim pomieszczeniem, wielkości średnich rozmiarów salonu. Ale zawartość miał doprawdy bogatą. Całe worki drogocennych klejnotów, stosy sztab cennych metali, rzadkie i cenne dzieła sztuki.
- No, pakować to wszystko. Mocy dzięki, że mają tu platformę repulsorową, może uda się wszystko wydostać - powiedział zadowolony z łupu Fared po czym połączył się z Marikiem.
- Poruczniku, skarbiec zabezpieczony, Loran i Gelia nie żyją, mamy tu platformę repulsorową, chyba uda nam się zabrać to wszystko, no i ciała naszych - zameldował.
- Dobra robota, Fared, ładuj co się da, a potem nie czekaj na nas i ruszaj na zewnątrz - odpowiedział mu Marik przez komunikator.
- Tak jest. Bez odbioru - rozłączył się Fared. Gdy tylko to zrobił usłyszał kroki zbliżających się kolejnych droidów strażniczych.
- Dwójka ładuje forsę, reszta przygotować się do walki! - wydał rozkaz zajmując pozycję bojową.

W tym samym czasie. Nal Hutta. Pałac Karzy. Oddział Tiry.

Grupa Tiry od początku miała pod górkę. Karza, wystraszony, że niewolnicy mogą się zbuntować i wesprzeć atakujących, wysłał do ich cel silny oddział najemników. Tylko furii towarzyszących Tirze wookiech atakujący zawdzięczali, iż w ogóle udało im się przebić, mimo utraty trójki ludzi. Sale niewolników były istnym zbiorem grozy i najgorszych koszmarów, o których się nie zapomina do końca życia. Pełne były rozmaitych narzędzi tortur, nierzadko starożytnych, przez co widać było spaczone gusta Karzy. Większość torturujących zadowalała się droidami, które powodowały sam ból, nie czyniąc przy tym fizycznej krzywdy, jednak ten hutt lubił krwawe i brutalne “zabawy” ze swoimi niewolnikami. Na niektórych z machin, nawet teraz dogorywali potwornie okaleczeni niewolnicy i niewolnice, w wieku od kilkuletnich dzieci po wiekowych starców. Tym, którym nie dało się już pomóc, Tira rozkazała skrócić cierpienie. Widok zmasakrowanych niewolników wzbudził wśród jednego z wookiech taką furię, że gołymi łapami rozerwał dwóch poddających się najemników, nim Tira zdążyła choćby wypowiedzieć jedno słowo rozkazu. Kiedy sala była już zabezpieczona, pomyślała, że nadeszło najtrudniejsze zadanie - przekonanie niewolników, że nie są ich wrogami i mogą im zaufać. Nierzadko w takich sytuacjach niewolnicy brali ich za członków innego syndykatu przestępczego, który zgotuje im nie lepszy los. Jednak w tym wypadku dogłębne zbydlęcenie i okrucieństwo hutta zadziałało na ich korzyść. Uwolnieni niewolnicy i niewolnice, ludzie, twi`lekowie, zabrakowie, wookie i przedstawiciele innych ras, płci obojga, byli tak wdzięczni za uwolnienie od Karzy że nie bardzo ich obchodziło kto i dlaczego ich uwolnił. Niestety większość niewolników była osłabiona, ponadto wiele osób było rannych. Wyprowadzenie uwolnionych osób zapowiadało się niezwykle trudno, ale Tira nie zamierzała nikogo zostawić. Pod osłoną jej oddziału tłum wynędzniałych istot rozpoczął swój marsz ku wolności.

W tym samym czasie. Nal Hutta. Pałac Karzy. Oddział Marika.

W momencie kiedy Tira wyprowadzała niewolników, a Ferad kończył załadunek łupów, oddział Marika dotarł do zabarykadowanej sali tronowej Karzy. Grube stalowe drzwi nie stanowiły zbyt dużego wyzwania dla ładunków burzących. W bogato zdobionej sali tronowej, pełnej posągów, dzieł sztuki, drogocennych tkanin i wygodnych siedzisk, Karza zgromadził żałosne niedobitki swoich najemników. Sam siedział na podwyższeniu, kiedy atakujący podnieśli blastery by go zabić, szarpnął jedynie łańcuchem przyciągając do siebie dwójkę obdartych niewolników, małego twi`lekańskiego chłopca i nastoletnią twi`lekańską dziewczynę.
- Ani kroku dalej, bo ich zabiję - warknął hutt. - Wiem kim jesteście i wiem czym się zajmujecie, i wiem, że nie narazicie ich życia - dodał. Widząc dzieci jako zakładników Marik zesztywniał, ale dał znać swoim podwładnym, by opuścili broń.
- Nie wyjdziesz stąd żywy - warknął Mandalorianin w kierunku hutta, który rozluźnił się podobnie jak pozostała czwórka jego strażników.
- Zobaczymy, Mandalorianinie. Te dzieci są moją gwarancją odejścia wolno - powiedział, jedną ręką trzymając ich łańcuch, a drugą ściskając blaster wycelowany w nich. Marik schował broń, ale powoli podchodził do hutta.
- Stój gdzie stoisz, bo ich zabiję! - warknął Karza. - Połącz mnie z waszym dowódcą i wezwij statek! Natychmiast! - dodał wymachując blasterem i zaciskając łańcuch.
- Woorwilu, przygotuj się - powiedział Marik wiedząc, że starszy z towarzyszących mu wookiech go słyszy. Woorwil warknął cicho w odpowiedzi.
- Dość tego! Odwołaj swoich ludzi, albo zabiję te bachory - ryknął Karza przyciskając blaster do głowy dziewczyny.
- TERAZ! - krzyknął Marik do Woorwila, jednocześnie wystrzeliwując linkę w stronę blastera hutta i wyrywając mu go z ręki. W tym samym momencie Woorwil złapał droida IG z oddziału i cisnął nim w najemników. Droid przygniótł dwóch najemników, po czym powalił dwóch pozostałych strzałami z blasterów, a dwóm przygniecionym rozłupał czaszki swoim metalowymi kończynami, zanim zdążyli się podnieść. Nim hutt zdążył ochłonąć, Marik skoczył w jego kierunku, kopniakiem strącając go z podwyższenia, po czym przeciął więzy niewolników.
- Już dobrze jesteście bezpieczni - starał się ich uspokoić. - Nic wam nie zrobi, idźcie do nich, oni was obronią - dodał, wskazując swoich ludzi. Dzieciaki niepewnie odsunęły się od Marika i pobiegły do członków “Vlam Vryheid”.
- Zostawcie ładunki, uzbroję je - powiedział Marik, patrząc na jęczącego na posadzce hutta. Jego ludzie się zawahali.
- Idźcie, dogonię was - powtórzył ostrzej Marik. - Woorwil. IG. Świetna robota jak zawsze - dodał, cały czas patrząc na przerażonego hutta. Woorwil zaryczał pytająco, wskazując ładunki wybuchowe.
- Nie, spokojnie dam radę, wynoście się już - powiedział Marik siląc się na spokój, mimo, że kiedy patrzył na hutta, krew się w nim gotowała. Ludzie Marika zostawili ładunki wybuchowe, zabrali uwolnione dzieci i pobiegli w stronę wyjścia.
- A my robalu sobie pogadamy - powiedział Marik zdejmując hełm i obdarzając hutta okrutnym uśmiechem. Biegnących w stronę wyjścia członków “Vlam vryheid” doszedł jeszcze nieludzki wrzask bólu hutta i długi przerywany kolejnymi okrzykami bólu szloch.

20 minut później. Plac przed pałacem hutta Karzy. Nal Hutta.

Pozostałe szwadrony “Vlam vryheid” wraz z myśliwcami zdołały odeprzeć przybyłe posiłki i nie poniosły przy tym dużych strat. Przysłane z “Liberatora” transportowce pełne już były uwolnionych niewolników oraz zrabowanych skarbów i broni. Jako ostatni zjawił się Marik. Cały przód jego pancerza, oraz ręce aż po łokcie uwalane były krwią.
- Wszyscy gotowi do odlotu? - spytał czekającego na lądowisku Fareda.
- Tak. Wnioskując po twoim wyglądzie: Karza nie żyje? - spytał bothanin.
- Ależ skąd. Żyje, chociaż może nieco schudł, ale chciałem żeby miał dobry widok na fajerwerki, jakie mu zostawiliśmy - powiedział Marik siląc się na swobodny ton.
- A skąd wiesz, że jeszcze żyje? - spytał Ferad patrząc podejrzliwie na Marika.
- A stąd - Marik pokazał mu obraz z małej kamerki, którą zostawił w sali tronowej hutta. Fared widząc jak hutt wygląda, aż się cofnął przerażony.
- Wiesz... ja się ciebie czasem naprawdę boję - powiedział wciąż zszokowany Fared.
- Tylko ci naprawdę źli muszą się mnie bać - powiedział spokojnie Marik i dał mu znać żeby wsiedli do promu. W promie w którym lecieli była również uwolniona dziewczyna i chłopiec. Jak się okazało był jej młodszym bratem i oboje byli osobistymi niewolnikami Karzy, który traktował ich nad wyraz okrutnie i brutalnie, wyładowując na nich swoje liczne humory.
- Już dobrze, mała, ten koszmar się skończył i nigdy nie wróci - powiedziała łagodnie Tira i pogłaskała ją po głowie, siadając obok.
- Wątpię - powiedziała roztrzęsiona dziewczyna. - Ten koszmar będzie ze mną już zawsze. Szkoda, że nie mogłam sama go zabić. Może wtedy byłoby lepiej - dodała cicho. Marik popatrzył na nią i poczuł jak dobrze ją rozumie.
- Wiesz, mam coś co może pomóc ci z koszmarami - powiedział do dziewczyny, a ta spojrzała na niego zaciekawiona. Marik wyjął z kieszeni detonator i podał go dziewczynie.
- Główna bomba jest naprzeciwko niego, on ją widzi i jeszcze żyje - wyjaśnił. - Naciśnij guzik... i poczujesz się oczyszczona - powiedział z mocą i przekonaniem, które zaskoczyły jego samego. Dziewczyna ostrożnie wzięła detonator. Marik dał znać pilotowi żeby ustawił statek tak, aby widać było pałac hutta. Reszta niewolników na statku, również podeszła do iluminatorów.

W tym samym czasie. Sala tronowa Karzy. Nal Hutta.

Powiedzieć, że hutt wyglądał strasznie, to nie powiedzieć niczego. Karza wyglądał jak strzęp żywej istoty. Jego ciało pokrywały długie i poszarpane cięcia, jego ogon został odcięty a rana wypalona miotaczem płomieni by nie wykrwawił się zbyt wcześnie, po jego pociętej twarzy i przeciętym oku płynęły strumienie krwi. Siedział przywiązany do swojego podwyższenia i kwilił z bólu, patrząc na duży stos ładunków pikających 10 metrów od niego. Strach konsumował całe jego jestestwo, a każda sekunda wydawała mu się wiecznością. Każda sekunda, jaka dzieliła go od śmierci była surową karą za wszystkie jego uczynki. Wreszcie pikanie ustało i ułamek sekundy później, Karza, jego pałac, oraz ślady wszystkich popełnionych tam zbrodni wyparowały.

W tym samym czasie. Desantowiec typu Kappa. Nal Hutta

Dziewczyna wpatrywała się w kulę ognia i wysoki grzyb jaki powstał. Nie mogła oderwać oczu od tego przerażającego i jednocześnie fascynujcego zjawiska, wciąż trzymając wciśnięty guzik. Kiedy odwróciła się i spojrzała na Marika jej oczy już były inne. Nie było w nich strachu i niepewności, tylko siła i spokój.
- Dziękuję... miał pan rację - powiedziała cicho i usiadła obok brata, którego przytuliła.
- Ogień oczyszcza... trzeba tylko uważać żeby cię nie spalił - powiedziała przyglądająca się temu wszystkiemu Tira. Inni przyglądający się zagładzie hutta, niewolnicy wiwatowali, czując że ten straszny rozdział w ich życiu zamknął się na dobre.
- Rozumiem. Muszę zająć się teraz bratem, zacząć wszystko od nowa. Teraz wierzę że koszmary odejdą - powiedziała twi`lekanka. Słysząc to Marik jedynie się uśmiechnął. Dziewczyna miała szczęście, ją ogień oczyścił. Marik widział to w jej oczach. Wiedział, że otrzyma pomoc finansową od “Vlam Vryheid”, że znajdzie nowy dom, zajmie się bratem, zapomni o tym koszmarze i będzie miała dobre życie. Coś, czego nie do końca rozumiał, ale towarzyszyło mu całe życie, mówiło mu że tak właśnie będzie. Ale jego setki, a nawet tysiące takich ogni nie mogły ani oczyścić ani spalić. Nawet już tego nie pragnął. Wszystkie te ognie, wszystkie te wybuchy pomagały jemu i “Vlam Vryheid” podsycać ten najważniejszy - płomień wolności i sprawiedliwości, o którym ciągle mówił Greyer, z czego często żartował, ale teraz czuł, że były Jedi ma jednak rację. Dając spokój rozmyślaniom i rozważaniom, oparł się o ścianę statku i podziękował w myślach zmarłemu ojcu za kolejną wygraną bitwę...



autor: Marik

 

Społeczność
  *Newsy
*Nadchodzące wydarzenia
*Ostatnie komentarze
O nas
About us
Über uns
*Członkowie
*Struktura
*M`Y w akcji
*Historia Organizacji *Regulamin
*Rekrutacja
*Logowanie
M`y na Facebooku
Copyright © 2009-2021




Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2021 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3. 15,703,608 unikalne wizyty