Galaktyka nie jest czarno-biała
 
Galaktyka nie jest czarno-biała


Zewnętrzne Rubieże, planeta Yaga Mniejsza, osada Nantel

Mieszkańcy Nantel dawno nie widzieli takiego ruchu w swojej osadzie. Kupcy i podróżnicy rzadko odwiedzali ich niewielką osadę, przez co większość obcych zwykli traktować dość nieufnie. Jednak teraz było zupełnie inaczej. Zresztą nic dziwnego, skoro przybysze, którzy przylecieli kilka dni temu skutecznie rozprawili się z dręczącym mieszkańców gangiem piratów. Co więcej, przybysze nie tylko nie zażądali żadnej zapłaty, ale sami podzielili się z mieszkańcami zapasami żywności, leków i podstawowych części. Bezinteresowność i hojność przybyszy błyskawicznie zjednała im na co dzień ponurych i zachowawczych nantelczyków, którzy tłumnie wylegli na ulicę osady, by pożegnać odlatujących przybyszy. Członkowie “Vlam Vryheid” - bowiem to oni byli owymi przybyszami, kończyli rozdawać miejscowym wspomniane zapasy, oraz ładować zdobytą na piratach broń i amunicję. Wśród licznych grupek żołnierzy, lekarzy i mechaników z “Vlam Vryheid”, szykujących się do odlotu dość mocno rzucała się w oczy jedna z grup, złożona z bothanina, błękitnej twi`lekanki, falleenki, wookiego oraz noszącego czarną zbroję Mandalorianina.

- Chyba już tu skończyliśmy, co? - zapytał Fared reszty towarzyszy.
- Na to wygląda - odpowiedziała bothaninowi falleenka Tira, rzucając jednemu z przyglądających się im dzieci paczkę cukierków, z uśmiechem przyjmując radość wypisaną na twarzy dziecka.
- No, bandyci wybici, zapasy rozdane miejscowym, czas się zbierać, zaczyna mi się nudzić - Mandalorianin ziewnął ostentacyjnie.
-Mało ci wrażeń jak na tę planetę, Mariku? - rozbawiona błękitna twi`lekanka trąciła go w ramię.
- Szczerze? Trochę tak, Veshana, znaczy, żeby nie było, ja wiem jak ważna jest pomoc takim osadom jak ta, że Republika wypięła się na nie i poza nami nie mają żadnych obrońców, że miejscowi bandyci byli dla nich całkiem poważnym zagrożeniem i tak dalej i tak dalej. Rozumiem to i cieszę się, że pomogliśmy miejscowym. Naprawdę - powiedział Mandalorianin. - Ale jeśli nazywasz walkę z tymi oberwańcami jakimś wrażeniem to chyba miękniesz. Przecież ta banda podrzędnych piratów nawet nie wystawiła straży. Wybiliśmy ich w ile? 10? 15 minut? Zobacz jakie mamy straty, ot kilkunastu poparzonych, a i to dlatego że ten głupi futrzak Woorwil wrzucił granat zapalający do magazynu spirytusu - Marik zerknął rozbawiony na wookiego, który mruknął gniewnie w odpowiedzi i ostentacyjnie skupił się na niewielkim gryzoniu, który ciekawie wyglądał z jego torby.
- No, może i masz rację, że nam łatwo poszło, ale to tylko kolejny powód, żeby się cieszyć - wzruszył ramionami Fared.
- No tak, wy bothanie zawsze wolicie załatwiać sprawy po cichu i z zaskoczenia… Mandalorianie lubią jednak trochę więcej walki i wybuchów - zaśmiał się Marik.
- Cóż, przyjacielu, twoje życzenie może spełnić się szybciej niż myślałeś - powiedział mężczyzna w charakterystycznej szacie z kapturem, który podszedł do nich.
- O! Komandor Greyer, postanowiłeś opuścić swoją komorę medytacyjną i pomóc maluczkim w fizycznej robocie? - zapytał złośliwie Marik.
- Nie czas na żarty - powiedział z kamienną twarzą Greyer. - Sprawa jest poważna, bądźcie za 10 minut w chacie starszego wioski - dodał i odszedł.
- Cóż, nasz Jedi wygląda na bardzo przejętego - zauważyła Tira.
- Ech, a kiedy on nie jest przejęty? - westchnął Marik. - Dobra, skończmy pakować skrzynie i chodźmy dowiedzieć się o co chodzi - dodał.

Po załadowaniu skrzyń na platformę repulsorową, cała piątka udała się do chaty starszego wioski, dwupiętrowego budynku umiejscowionego w samym centrum osady. W środku oprócz starszego wioski, byli również Greyer i starszy mężczyzna nie pochodzący z Nantel.

- Jesteście. To jest Gadim, przybył do Nantel ledwie przed godziną. Usłyszał o naszych działaniach… a zresztą sam opowiedz, dobry człowieku - Greyer zwrócił się łagodnie do Gadima. Mężczyzna spojrzał z lekką obawą na nowo przybyłych, ale łagodny głos byłego Jedi, skutecznie go uspokoił.
- Jestem Gadim Fen, pochodzę z Vart, niewielkiej osady niedaleko Nantel. Wczoraj naszą osadę odwiedziła dwójka dziwnych przybyszów. Mówili, że są pielgrzymami, chociaż nie wyjawili jakiej religii. Rozglądali się trochę po naszej wiosce, aż w końcu trafili do domu mojej siostry. Po jakiejś godzinie wyszli stamtąd z dwójką jej najmłodszych dzieci i zabrali ich na swój śmigacz. Kiedy spytałem ich czemu zabierają dzieci, młodszy z nich machnął ręką i powiedział, że to nie moja sprawa. Przez chwilę poczułem, że nie mogę się ruszyć. Starszy z pielgrzymów dodał, że taka jest wola mojej siostry i już. Nim zdążyłem cokolwiek zrobić wsiedli do śmigacza i odlecieli. Dopiero wtedy odzyskałem władzę nad swoim ciałem. Natychmiast pobiegłem do domu mojej siostry. Leżała na podłodze i nie ruszała się. W pierwszej chwili myślałem, że ją zabili, ale na szczęście tylko straciła przytomność. Kiedy wreszcie udało mi się ją dobudzić wpadła w histerię. Kiedy się trochę uspokoiła to wydusiła z siebie, że obcy powiedzieli jej, że jej dzieci są… specjalne, że urodziły się z darem i że pisana jest im inna droga i oni im ją pokażą. Moja siostra nie zgodziła się na to, ale jeden z nich machnął ręką i straciła przytomność. Naradzaliśmy się z resztą mieszkańców co robić i jeden z kupców powiedział, że w Nantel przebywają potężni wojownicy, którzy pozbyli się nękających tą planetę bandytów. Nie tracąc czasu wsiadłem na śmigacz i przyleciałem tutaj poprosić was o pomoc. Błagam znajdźcie moich siostrzeńców i przyprowadźcie ich do naszej wioski -zakończył z prośbą w oczach, swoją opowieść Gadim.
- Co wy na to? - zapytał reszty Greyer, krzyżując ręce na piersi.
- Jak dla mnie nie ma co się zastanawiać. Bierzmy sprzęt, skutery i ruszajmy w pościg, póki trop jest jeszcze świeży - powiedział z zapalczywością w głosie Marik.
- Wyjątkowo się zgodzę z naszym narwanym mando, nie ma co tracić czasu. Ścigajmy ich, póki trop jest świeży - powiedziała Veshana.
- Nie dziwi was nic w tej sprawie? - Fared spojrzał na resztę. - To całe gadanie tych obcych o większym przeznaczeniu, i tak dalej - dodał.
- A mało to sekt wykradających dzieciaki? - wzruszyła ramionami Tira. - Nawet jeśli chodzi ci o to, że są wrażliwe na Moc czy coś w tym, to wątpię, żeby to byli Jedi - dodała.
- To raczej nie byli Jedi… oni tak nie działają, ale Jedi nie są jedynymi użytkownikami Mocy - powiedział Greyer. - Są różne sekty i grupy skupiające tych wrażliwych na Moc… są również i inni - zawiesił głos.
- Masz na myśli tych no… - Marik poszukał chwilę nazwy w pamięci -Mam! Sithów? - przypomniał sobie.
- To bardzo prawdopodobne. Sithowie nie pytaliby o zgodę rodziców - odpowiedział Greyer. - W dawnych czasach pewnie zmasakrowaliby całą osadę, ale czasy się zmieniły, Sithowie działają bardziej skrycie, stąd ich niespodziewana litość - dodał.
- Sithowie czy nie Sithowie, trzeba ich znaleźć, zabić i odzyskać dzieci. Idę zebrać sprzęt - powiedział Marik i wyszedł z chaty.
- Jedźcie z nim, ja skontaktuje się z dowódcą, zbiorę wsparcie i spotkamy się w Vart. Gadim pokaże wam drogę - powiedział do reszty Greyer.
- Jasne - przytaknął w imieniu reszty Fared i ruszyli za Marikiem, który w tym czasie już ładował swoją broń na skuter.
- Jakoś dziwnie cię to ruszyło - zauważyła Tira. - W sensie no, gorąca głowa jak zawsze… ale mam wrażenie, że jest coś jeszcze - dodała i przyjrzała się Mandalorianinowi uważnie.
- Może tak, może nie. Nie czas na pogaduszki, zbierajcie się wreszcie. Ty, Gadim, jedziesz z Tirą - powiedział Marik wkładając hełm. Reszta również wsiadła na skutery sprawdziwszy wcześniej broń. Po chwili 5 skuterów na pełnej szybkości mknęło w stronę osady Vart.

Kilka godzin później. Osada Vart.

Nawet mimo obecności i poświadczenia Gadima, miejscowi niezbyt przychylnie patrzyli na Marika i jego towarzyszy. Z relacji Gadima wynikało, że nikt z mieszkańców nie miał żadnych poszlak ani wskazówek. Z braku innych opcji udali się więc do siostry Gadima, licząc, iż kobiecie mimo szoku udało się co nieco zapamiętać.

Marik, Fared, Tira, Veshana i Worwil cierpliwie wysłuchali lamentów siostry Gadima, jednak nie wniosło to nic konstruktywnego do ich poszukiwań. Kobieta ani nie pamiętała niczego co mogłoby stanowić wskazówkę, gdzie też się udali. Zrezygnowani brakiem informacji pożegnali kobietę i udali się do wyjścia. Dopiero przy drzwiach zaczepiła ich starsza, na oko ośmioletnia, córka kobiety, która przez całą rozmowę bacznie się im przyglądała.
- To wy pomożecie znaleźć mojego braciszka i siostrzyczkę? - zapytała, przyglądając się im uważnie.
- Tak, malutka. - Tira przyklęknęła i spojrzała na dziewczynkę. - Wiesz może coś, co pomoże znaleźć nam tych obcych, którzy porwali twoje rodzeństwo? - zapytała. Dziewczynka popatrzyła na nią nieufnie, ale szczery uśmiech i spokój w głosie Tiry przełamał strach i powiedziała:
- Dzisiaj rano poszłam się bawić na wzgórza za wioską i w miejscu, gdzie tamci obcy zostawili swój śmigacz, znalazłam to - powiedziała, i podała Tirze metalowy krążek.
- Mamy szczęście - powiedziała do reszty Tira, oglądając uważnie przedmiot. - To nośnik danych, może znajdziemy tu jakieś informacje o tych porywaczach - dodała, wkładając go do swojego datapadu. Po chwili na ekranie datapadu wyświetliła się mapa z zaznaczoną pozycją na północ od osady.
- Bingo, to musi być miejsce, gdzie zostawili swój statek, nie ma żadnych innych oznaczeń na mapie, a logicznym jest, że jeśli zostawili swój statek na jakimś odludziu, to musieli jakoś to na mapie zaznaczyć - ucieszył się Fared.
- Dziwne, że wylądowali tak daleko - zauważyła Veshana.
- Najważniejsze, że mamy trop. Nie ma czasu do stracenia, prześlij dane Greyerowi i ruszamy. Może jeszcze ich dogonimy - powiedział Marik zbierając się do wyjścia, gdy nagle poczuł lekkie szarpnięcie za nogawkę kombinezonu, odwrócił się i zobaczył siostrę porwanych dzieci.
- Sprowadzicie ich? Całych i zdrowych? - spytała z nadzieją w głosie dziewczynka.
- Masz moje słowo vod’ika - powiedział łagodnie Marik i wraz z resztą opuścił chatę.
- Twojej starszej siostrzenicy udało się znaleźć mapę porywaczy z zaznaczoną pozycją. Zakładamy, że zostawili tam swój statek. Nie wiem czemu zostawili go tak daleko od osady, ale to daje nam szansę. Mówiłeś, że śmigacz, którym przylecieli to był towarowy, wolniejszy model, tak? - spytał Gadima Fared.
- Tak, to prawda, na pewno nie mogli poruszać się nim zbyt szybko - potwierdził Gadim.
- Więc jest jeszcze nadzieja - powiedział Marik wsiadając na skuter.
- Chociaż niezbyt duża - mruknął Fared, a Woorwil warknął na niego ostro i również wsiadł na skuter. Kilka minut później skutery piątki towarzyszy leciały ku majaczącym na horyzoncie, wysokim pasmom górskim.

Kiedy byli około dwóch kilometrów od współrzędnych z mapy, postanowili zostawić skutery, żeby ich hałas nie zdradził ich obecności.
- Dobra Tira, pokaż jeszcze raz te współrzędne - poprosiła Veshana.
- Już - mruknęła falleenka, próbując odpalić datapad - Cholera jasna! - zaklęła.
- Co jest? - zapytał Fared.
- Datapad się rozładował, nie mogę wyświetlić współrzędnych - odpowiedziała wściekle Tira.
- Na Moc, no to świetnie - westchnęła twi`lekanka.
- Dobra bez marudzenia, wiemy w którym kierunku mamy iść i mniej więcej jak daleko, tak? - spytał Marik, a reszta przytaknęła. - No to rozdzielimy się żeby na pewno ich nie przegapić. Utrzymujemy stałą łączność między sobą. Powodzenia - dodał i zabrawszy swoją broń ze skutera ruszył ścieżką prowadzącą między skałami, wkrótce tracąc z oczu swoich towarzyszy.

Marik szedł ostrożnie, starając się nie zawadzać swoją zbroją i bronią o skalne odłamki i gałęzie nielicznych drzew. Słysząc grzmoty nadciągającej burzy ucieszył się, wiedząc, że może zapewnić mu dobrą osłonę. Po około 15 minutach marszu zauważył w oddali niewielkie światło, kiedy się zbliżył okazało się, że owo światło pochodzi z ogniska obozu. Marik wspiął się na jedną ze skał, skąd miał dobry widok na cały obóz. Obok obozu stał średniej wielkości transportowiec, otoczony lasem niewielkich namiotów o wojskowym wyglądzie. Pełno również było rozmaitych skrzyń, kontenerów, a także maszyn górniczych. Dzięki dalmierzowi w hełmie zobaczył kilkudziesięciu ubranych po cywilnemu ludzkich mężczyzn uzbrojonych w karabiny i pistolety blasterowe. Większość z nich miała hełmy lub maski, ale i tak zauważył, że są do siebie fizycznie bardzo podobni. Wreszcie udało mu się dostrzec owych “pielgrzymów” i dwójkę najwyżej 5-letnich dzieci, chłopca i dziewczynkę, siedzących obok największego z namiotów. Pamiętając opis przedstawiony przez Gadima i matkę dzieci bez trudu rozpoznał porwane bliźnięta. Chcąc podsłuchać o czym rozmawiają porywacze, wyciągnął z kieszeni przy pasie miniaturowego drona i wypuścił go w stronę obozu. Po kilku minutach, kiedy dron zajął dobrą pozycję, mógł ich w spokoju podsłuchać.

- Ile jeszcze będziemy czekać? Powinna już wrócić dwa dni temu. Ile jeszcze będzie zbierać te próbki? - spytał jeden z “pielgrzymów”, sądząc po głosie - ten młodszy.
- Cierpliwości, jej badania są równie ważne jak nasza misja, skończy je, wróci i zabierzemy się z tej planety - odpowiedział spokojnie starszy z “pielgrzymów”.
- Nie podoba mi się ta planeta… brudna i dzika - westchnął młodszy “pielgrzym”.
- Ale i na takich można znaleźć osoby z potencjałem - odpowiedział mu starszy i spojrzał na siedzące nieopodal wystraszone dzieci, po czym zwrócił się do jednego ze swoich ludzi. - Kapitanie, jutro weźmiecie oddział i sprawdzicie czy wszystko w porządku z komandor Laureen - rozkazał.
- Tak jest, sir - mężczyzna zasalutował i poszedł poinstruować swoich ludzi.

“Kapitan? Komandor? To żołnierze? Dlaczego zatem porwali dzieci?” - zaczął zastanawiać się Marik. Z dalszej obserwacji i podsłuchu wynikało, że porywacze zostaną tu jeszcze dzień lub dwa. Niestety dalsze szpiegowanie utrudniła mu rozpętująca się na dobre burza. Marik spróbował się połączyć z resztą towarzyszy, ale pogoda skutecznie zakłócała wszelką komunikację. Udało mu się jedynie przesłać swoją lokację, ale nie miał pewności czy wiadomość dotarła. Nagle jeden z piorunów trafił w drzewo obok transportowca porywaczy, rozniecając tym samym mały pożar. Wszyscy w obozie rzucili się zabezpieczać sprzęt i gasić pożar, nie zwracając uwagi na dwójkę przerażonych dzieci, które skuliły się w namiocie. Widząc w tym okazję, Marik postanowił nie czekać na resztę oddziału i cicho ruszył w kierunku obozu. Jako że straż również zajęła się ogarnianiem obozu, udało mu się dotrzeć do dzieci bez zwracania niczyjej uwagi. Szybkim cięciem wibroostrza rozciął tylną ściankę namiotu, w którym schowały się porwane dzieci.
- Ej, psst - syknął w ich kierunku, bliźnięta widząc obcego w czarnej zbroi przytuliły się do siebie mocniej ze strachem w oczach. Marik szybko zdjął hełm.
- Nie bójcie się, jestem od waszego wujka Gadima, zabiorę was do domu - powiedział najspokojniej i najłagodniej jak umiał. Wciąż przestraszone dzieci nie bardzo wiedziały co mają zrobić.
- Chodźcie, bo inaczej będzie za późno i tamci wrócą - powiedział Marik i machnął ręką w kierunku gaszących pożar porywaczy. W końcu jedno z bliźniąt, dziewczynka, podeszła do Marika, a za nią po chwili jej brat. Mandalorianin wziął dzieci na ręce i chciał dyskretnie opuścić obóz, kiedy jeden z gaszących zauważył go i krzyknął na niego. Marik z dziećmi na rękach popędził wprost w stronę skał, starając się mimo zakłóceń wywołać przez komunikator swoich towarzyszy. Słyszał, jak porywacze zostawiają pożar i ruszają za nimi w pogoń. Przerażone dzieci ściskały go mocno za szyję, dzięki czemu jedną z rąk mógł torować sobie drogę przez krzaki i gałęzie drzew. Mimo że biegł naprawdę szybko, to napastnicy byli tuż za nim, jednak nie chcąc zranić dzieci, nie otworzyli ognia. Kiedy dobiegł do skał, skoczył w kierunku jednej ze ścieżek, licząc, że uda mu się zgubić prześladowców między skałami. Jednak po kilku minutach okazało się, że owa ścieżka wprowadziła go w niewielki wąwóz, który stał się w tym momencie pułapką bez wyjścia. Słysząc, że przeciwnicy się zbliżają, postawił dzieci na ziemi.
- Schowajcie się - powiedział, wskazując dużą skałę, następnie chwycił w prawą dłoń swój miecz, a w lewą blaster. Po chwili z mroku wyłoniła się cała grupa mężczyzn ściskająca blastery z owymi “pielgrzymami” na czele. Starszy z nich wysunął się naprzód.
- Oddaj dzieci, Mandalorianinie - powiedział tonem pozbawionym emocji.
- Już lecę, zjeżdżaj, bo zarobisz strzał z blastera między oczy - warknął Marik, osłaniając skałę, za którą schowały się dzieci.
- Masz ostatnią szansę żeby zostawić dzieci i odejść w spokoju - powtórzył mężczyzna. Młodszy pielgrzym podszedł bliżej z gniewną miną.
- Rób co każe mistrz, albo źle się to dla ciebie skończy - powiedziawszy to, odpalił niebieskie, energetyczne ostrze. - Nierozważnie jest wchodzić w drogę Jedi - dodał ze złośliwym uśmiechem.
- No proszę, Jedi, a ja byłem pewny, że jesteście Sithami - zdziwił się Marik. - Od kiedy to porywacie dzieci wbrew ich rodzicom i im samym? - zapytał z pogardą, mocniej ściskając miecz.
- Nie porywamy, tylko ratujemy. Ani one, ani ich cóż… prymitywni rodzice nie rozumieją ich potencjału… my rozumiemy - powiedział starszy Jedi. - Kapitanie, odbierzcie Mandalorianinowi dzieci, tylko ich nie zrańcie - zwrócił się do jednego z żołnierzy.
- Tak jest, sir - odpowiedział kapitan i dał znak kilku swoim żeby ruszyli za nim. Teraz z bliska Marik zorientował się, że to klony - od razu wycelował blaster w ich dowódcę.
- Ani kroku dalej - wycedził. - Jedi czy nie Jedi, nie dostaniecie tych dzieci - warknął.
- I co zrobisz? Jesteś sam. Miejscowi cię wynajęli prawda? Ale żaden z nich nie miał odwagi pójść z tobą - zakpił młodszy Jedi. W tym momencie między klony spadła mała, pikająca, metalowa kulka.
- Najwyraźniej nie sam - powiedział Marik i osłonił dzieci przed wybuchem owej kulki, która zabiła kilka klonów, a resztę powaliła na ziemię. Sekundę później Marik usłyszał znajomy bojowy ryk Woorwila i równie znajomy jazgot jego wielolufowego blastera Z-6. Woorwil istną nawałą ogniową zmusił klony i Jedi do szukania osłon. Szybko do jego ostrzału dołączyły strzały Fareda, Tiry, Veshany i wielu innych członków “Vlam Vryheid”. Jeden z nowo przybyłych zeskoczył ze skał i wylądował obok Marika, który rozpoznał w nim Greyera.
- To, co robicie, nie jest drogą Jedi! Odstąpcie! - krzyknął Greyer, aktywując swój srebrny miecz świetlny.
- Jesteś Jedi?! - zapytał zszokowany padawan by po chwili dodać - To zdrajca! Mistrzu, zabijmy go! - krzyknął padawan Jedi i skoczył w kierunku Greyera, jednak nim jego ostrze dosięgnęło byłego Jedi, Marik zablokował je swoim mieczem.
- Zaskoczony? - spytał triumfalnie widząc szok na twarzy Jedi. - To ostrze z beskaru - dodał i kopnął Jedi w brzuch odrzucając go od Greyera.
- Ty zajmij się padawanem, a ja jego mistrzem - powiedział Greyer, widząc jak starszy z Jedi aktywuje swój miecz świetlny. Marik skinął mu głową i ruszył w kierunku wstającego z ziemi padawana.
- W sumie… zawsze chciałem zabić Jedi - powiedział z radością w głosie chowając blaster i mocniej ściskając miecz. W tym samym momencie Veshana i Fared ześlizgnęli się ze skał i osłaniani przez swoich towarzyszy wyprowadzili dzieci ze strefy walki.

- Nierozważnie jest sprzeciwiać się woli Zakonu Jedi… równie nierozważnie jest nas zdradzać - powiedział mistrz Jedi.
- Właśnie przez takich jak ty mistrz Altis opuścił Zakon Jedi. Uczyłem się od niego. Z twoim zakonem nie mam nic wspólnego… i wcale tego nie żałuję - odpowiedział Greyer mocniej ściskając swój miecz.
- Altis… imię kolejnego zdrajcy… - mruknął Jedi, po czym zaatakował Greyera. Greyer zręcznie zablokował uderzenie. Wkrótce obaj Jedi wymieniali się precyzyjnie zabójczymi ciosami. Walcząc spokojnie i bez pasji, jakby w kontraście do żywiołowego i momentami chaotycznego pojedynku Marika z padawanem Jedi.

Padawan z furią atakował Marika, który z rozbawieniem blokował jego ciosy.
- Nie brakuje ci zapału, ale masz braki w technice - zakpił Mandalorianin, rozcinając czubkiem miecza policzek młodego Jedi. Padawan zawył i cofnął się kilka kroków. Po chwili za pomocą Mocy złapał Marika za gardło.
- Na swoje usługi mam Moc, Mandalorianinie i to zawsze było przewagą Jedi - wydyszał z furią.
- A naszą… to... że czasem oszukujemy - wykrztusił Marik i wystrzelił strzałkę z karwasza w rękę Jedi, który natychmiast puścił Marika.
- Przeklęte sztuczki Jedi - warknął Mandalorianin i z furią zaatakował padawana, który ledwo zablokował cios napastnika.

W tym czasie mający lepszą pozycję i element zaskoczenia członkowie “Vlam Vryheid” rozprawiali się z klonami, w czym prym wiódł Woorwil, dosłownie kosząc przeciwników. Tira, dzielnie mu sekundując, zdejmowała ze swojej snajperki oficerów i podoficerów, potęgując chaos w szeregach przeciwników. Mistrz Jedi, widząc jak jego ludzie przegrywają walkę, zarządził odwrót. Jednak ta chwila nieuwagi drogo go kosztowała. Greyer wykorzystał chwilowy brak skupienia przeciwnika i ciął go mieczem świetlnym prosto w szyję. Mistrz Jedi osunął się martwy na ziemię. Jego padawan odepchnął Mocą Marika i zebrał zdziesiątkowane klony do obozu. “Vlam Vryheid” ruszyli w pościg za uciekającym przeciwnikiem, nie przerywając swojego ostrzału. Kiedy jedni i drudzy dotarli do obozu, czekała już tam na nich grupa klonów z młodą Jedi na czele.
- WYSTARCZY! - jej donośny głos przebił się przez dźwięki walki i burzy. Obie grupy ciężko dysząc zatrzymały się zaskoczone, ale gotowe do dalszej walki.
- Wystarczy już tej bezsensownej rzezi - powiedziała spokojniej, wychodząc naprzeciw Greyera i Marika, którzy prowadzili pościg.
- Kolejna Jedi, świetnie - powiedział Marik. -Ty też porywasz dzieci z rodzinnych domów? - zapytał drwiąco, celując do niej z blastera.
- O czym on mówi, Seyn? - Jedi zapytała padawana, ignorując wycelowaną w siebie broń.
- On kłamie, Laureen. Mandalorianin i ci piraci nas zaatakowali - syknął Seyn.
- Ty kłamliwa gnido - warknął wściekle Marik i chciał rzucić się w stronę padawana, ale zatrzymał go Greyer.
- Jestem Greyer, z organizacji bojowników “Vlam Vryheid”. Przybyliśmy na tę planetę kilka dni temu, aby uwolnić mieszkańców od lokalnych bandytów najeżdżających ich osady - powiedział spokojnie, dezaktywując swój miecz świetlny.
- A więc to wy? - zdziwiła się Laureen i dała znać swoim żołnierzom, by opuścili broń. - Jestem Laureen, rycerz Jedi i komandor Wielkiej Armii Republiki. W imieniu Zakonu Jedi jestem wdzięczna, mieszkańcy już dość wycierpieli ze strony tych rabusiów - dodała, a Marik parsknął rozbawiony słysząc jej słowa. Greyer zgromił go wzrokiem i również dał znak swoim ludziom by opuścili broń.
- Szkoda tylko, że dwóch przedstawiciel twojego zakonu porwało z pobliskiej osady dwójkę dzieci - powiedział Greyer, przypatrując uważnie się reakcji młodej Jedi.
- Seyn, to prawda? Zabraliście dzieci wbrew woli rodziców? - spytała autentycznie zaskoczona padawana.
- Oni kłamią. Ten cały Greyer to były uczeń tego zdrajcy, Altisa - wycedził Seyn.
- Poznałam kiedyś mistrza Altisa, to wielki Jedi - skinęła z szacunkiem Greyerowi. - Powiedz co z tymi dziećmi. Wiem, że tobie i mistrzowi Hanerowi zarzucano podobne rzeczy, właśnie dlatego Rada kazała mi was pilnować - powiedziała ostro do Seyna.
- Dzieci są wrażliwe na Moc, Zakon ma do nich prawo, nieważne co mówią ich rodzice - powiedział z naciskiem padawan.
- Zakon nie ma prawa porywać dzieci wbrew woli ich rodziców! - powiedziała oburzona Laureen. - Dlaczego to zrobiliście, ty i mistrz Haner?! - zapytała z wyrzutem. - Przez takie działania ludzie przestają w nas wierzyć! - dodała.
- Jedi potrzebują nowych uczniów! Tylu z nas ginie na wojnie! Musimy uzupełnić szeregi! Mistrz Haner to rozumiał! A ten zdrajca go zabił! - krzyknął z furią Seyn wskazując Greyera - Przez takich jak on przegrywamy! Żeby wygrać wojnę, musimy być twardzi. Musimy stłumić słabość! Musimy zabić takich jak on! - dodał z pasją i rzucił się z mieczem w kierunku Greyera. Drogę jednak zastąpił mu Marik, który przebił Jedi swoim mieczem, ten padł na ziemię, krwawiąc obficie.
- Masz teraz swoją wojnę Jedi - mruknął Marik i jednym ruchem miecza dobił padawana, nim ktokolwiek zdążył coś zrobić. Laureen popatrzyła w szoku na Mandalorianina i martwego Seyna, ale po chwili skinęła głową.
- On stracił poczucie tego, czym jest Jedi, chciał w gniewie i nienawiści zamordować inną osobę. Sam na siebie to sprowadził. Nie ma emocji jest spokój - powiedziała.
- Ech, ta wasza żałosna filozofia - mruknął Marik z pogardą, zdejmując hełm. Laureen przyjrzała mu się uważnie, ale nic nie odpowiedziała na jego zaczepkę.
- Dzieci powinny wrócić do swojej rodziny. To wszystko… to jedno wielkie nieporozumienie. Bardzo drogo opłacone. Dalsza walka jest zbędna - powiedziała ze smutkiem do Greyera.
- I mnie się tak zdaje - powiedział ugodowo Greyer.. - Można wiedzieć czego Zakon Jedi szukał na tej planecie poza dziećmi? - zapytał zaciekawiony.
- Jesteśmy misją naukową. Poszukuję kryształów Mocy w jaskiniach niedaleko stąd. Mistrz Haner i jego padawan przyłączyli się w ostatniej chwili, właśnie szukając wrażliwych na Moc osób. Rada Jedi kazała mi mieć na nich oko. Cel naszej wyprawy nie jest już tajemnicą, bo nic nie znaleźliśmy - wyjaśniła. - Więc co teraz? - zapytała wskazując pobojowisko.
- Teraz zabierzcie swoich zabitych i rannych i opuście tę planetę, a my pójdziemy w swoją stronę - powiedział Greyer.
- Mimo wszystko będę musiała to zgłosić… - zawiesiła głos Laureen.
- No to zwalcie to na bandytów, albo piratów, albo na mnie - wtrącił się Marik. - Albo też was wszystkich wybijemy i oszczędzimy sobie kłopotów - dodał, ku rozbawieniu kilku osób z “Vlam Vryheid”.
- Coś wymyślę… a ty, Mandalorianinie, widzę, że bardzo nienawidzisz Jedi - powiedziała, przyglądając się badawczo.
- Nie nienawidzę… ja ogromną większością z was gardzę - powiedział spokojnie Marik.
- Tyle w tobie żalu i złości - spojrzała na niego podchodząc bliżej. - Przypominasz mi z wyglądu moją mistrzynię - zamyśliła się.
- Nie ciągnij tego tematu, Jedi - warknął Marik, odsuwając się od Laureen. - Dobra, ludzie zbierajmy się, ładować rannych i sprzęt i wracamy do osady - powiedział do przysłuchujących się całej rozmowie członków i członkiń “Vlam Vryheid”, którzy ruszyli za Mandalorianinem.
- Powiedziałam coś nie tak? - zapytała Laureen Greyera, który został w tyle.
- Ech, jego matka była, albo dalej jest Jedi, oddała go jego mandaloriańskiemu ojcu jak był niemowlakiem. Do dziś ma do niej ogromny żal o to - wyjaśnił cicho Greyer.
- A więc to dlatego… a więc moja mistrzyni… - wykrztusiła zaskoczona Jedi.
- Tak, i lepiej tego nie odgrzebywać. To już przeszłość - powiedział ostro Greyer. - Niech Moc będzie z tobą - dodał, i ruszył za swoimi kompanami.
- Niech Moc będzie z tobą - odpowiedziała Jedi. Chwilę jeszcze przypatrywała się znikającym w mroku niedawnym przeciwnikom, by w końcu zająć się rannymi i zabitymi Jedi i klonami.


“Vlam Vryheid” wrócili do Vart nad ranem, witani przez rozentuzjazmowany tłum, który widząc powrót siostrzeńców Gadima, porzucił swoją nieufność do obcych. Siostra Gadima płakała ze szczęścia tuląc swoje dzieci, które dopiero w domu zaczęły mówić i uśmiechać się.
- Kawał dobrej roboty - powiedział Greyer do Marika. - Ale czy naprawdę musiałeś zabijać tego młodego Jedi? Wiem, że jeśli byś chciał, mogłeś go rozbroić albo okaleczyć. Nie zrozum mnie źle, jestem wdzięczny za ratunek… ale czy to zabójstwo było naprawdę konieczne? - spytał przypatrując się uważnie Marikowi.
- Greyer… skończ z tą filozofią Jedi. Już nie jesteś u tego swojego mistrza Altisa. Dobrze wiesz, że we “Vlam Vryheid” nie cackamy się z wrogami. Ciesz się, że tą Jedi i resztę jej klonów puściliśmy żywych - powiedział Marik. - A co do tego, czy musiałem go zabić… to chciałem. To był zły człowiek. Tacy jak on wykorzystują swoją władzę i pozycję by gnębić i rządzić innymi, by narzucać im swoją wolę. Sam go słyszałeś. On chciał zniszczyć te dzieci. Zrobić z nich maszyny do zabijania w tej ich przeklętej wojnie. Więc nie żałuję, że go zabiłem. Bez takich jak on Galaktyka jest lepszym miejscem - dodał, i zostawił Greyera samego z jego myślami i wątpliwościami. Kiedy szedł do swojego skutera, usłyszał, że ktoś go woła, odwróciwszy się zobaczył starszą siostrę uratowanych bliźniąt, tą samą, która przekazała im znalezioną mapę porywaczy.
- Ja… ja chciałam podziękować za uratowanie mojego rodzeństwa. Ci ludzie mówią, że to pan wyciągnął ich z rąk porywaczy - powiedziała cicho, wskazując zbierających się do odjazdu bojowników. - Chciałam to dać panu, na pamiątkę - dodała trochę zawstydzona i podała Mandalorianinowi niewielką, drewnianą figurkę jednego z lokalnych drapieżnych ptaków.
- Dziękuję, vod`ika - powiedział lekko zakłopotany Marik. - Ja również mam coś dla ciebie - dodał, i podał jej swój długi wibroonóż pokryty beskarem.
- Ten nóż może kiedyś bardzo ci się przydać. Jest bardzo mocny. Dbaj o niego i ucz się jak nim walczyć - powiedział. - Jak ci na imię? - spytał po chwili.
- Verales - odpowiedziała dziewczynka, oglądając sztylet.
- A więc re'turcye mhi, Verales, może nasze drogi jeszcze się skrzyżują -powiedział Marik i chciał odejść, kiedy usłyszał jeszcze pytanie dziewczynki.
- Dlaczego to zrobili? Słyszałam, jak inni mówili, że to byli Jedi… ale słyszałam opowieści, że Jedi są dobrzy… że pomagają takim jak my. A tacy jak wy napadają na takie osady jak nasza. Dlaczego okazało się, że jest na odwrót? - zapytała.
- Galaktyka nie jest czarno-biała, vod`ika. To jedna z pierwszych dorosłych lekcji - odpowiedział Marik i odszedł w kierunku skuterów. Wkrótce wszyscy członkowie “Vlam Vryheid” opuścili osadę, a kilka godzin później planetę, ruszając w dalszą podróż.



autor: Marik

 

Społeczność
  *Newsy
*Nadchodzące wydarzenia
*Ostatnie komentarze
O nas
About us
Über uns
*Członkowie
*Struktura
*M`Y w akcji
*Historia Organizacji *Regulamin
*Rekrutacja
*Logowanie
M`y na Facebooku
Copyright © 2009-2021




Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2021 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3. 15,402,548 unikalne wizyty