Ślady na śniegu
 
Zawsze lubiłam śnieg. Pokazywał jasną granicę między porami roku. Nie bawił się w żadne delikatne przejścia. Czasami dał znać wcześniej, że wkrótce przyjdzie jego czas, ale to było tylko przypomnienie. Kiedy już się pojawiał, to nie miało się wątpliwości.
Za to ja miałam. Jak zawsze. Stojąc po kostki w białym puchu nie wiedziałam gdzie iść dalej, więc stałam w miejscu. Warstwa śniegu na moich ramionach stawała się coraz wyższa. Nie czułam zimna. Szczerze mówiąc to nie czułam też czegokolwiek innego.
Wpatrywałam się w powoli znikające ślady na śniegu. Ślady ubite butami pełnymi złości i goryczy. Butami, które miały nas zaprowadzić w zupełnie inne miejsce. Butami, które jeszcze nie powinny były nas opuścić, choć wiele raz już się rozpędzały do ucieczki. Butami, które zawsze wierzyłam, że odejdą w wielkiej chwale. To nie miało tak wyglądać.
Wbrew pozorom nie jestem znana z delikatności. I nie chodzi tu o siłę fizyczną, bo to nigdy nie był mój preferowany sposób walki. Najczęściej uderzam sprytem i słowem… niestety nie zawsze w tych, którzy sobie na to zasłużyli. To drugie często wraca do mnie niczym miecz rzucony przez sprawnego Jedi i obija się po mojej czaszce nie pozwalając go już nigdy zapomnieć.
— Czekaliśmy tylko na twój sygnał. Wszystko było gotowe. — Nawet nie patrzyłam w jego stronę. Poczucie klęski sprawiało, że moje palce niebezpiecznie drgały w okolicy przedmiotów, którymi mogłam rzucić. — Potrzebowaliśmy tej nagrody, wiesz jaka jest sytuacja. Mamy cały obóz do odbudowania, a…
— Wiem. — Przerwał mi zniecierpliwionym głosem. — Myślisz, że nie muszę patrzeć codziennie co z nas zostało? Myślisz, że gdybym tylko mógł to nie zbudowałbym wszystkiego od nowa? — Zamilknął na chwilę przyglądając się jednej ze swoich starych zbroi. — Nie prosiłem o tę pozycję.
— Ale ją przyjąłeś! — Wiedziałam, że podnoszenie na niego głosu w takiej sytuacji tylko pogorszy atmosferę, ale nie umiałam pohamować emocji. — Wiedziałeś w co się pakujesz.
— Nie wiedziałem w jakiej sytuacji się znajdę. Nie tylko Mandalora potrzebuje mojej pomocy.
Spojrzałam w jego stronę, ale jak zwykle unikał kontaktu wzrokowego. Od dłuższego czasu odmawiał sobie ulepszeń do zbroi, a czasami nawet dobrego trunku. Do tego przyjmował praktycznie wszystkie zlecenia. Nikt jednak nie wiedział do czego były mu potrzebne kredyty. Jedyne co mogliśmy wywnioskować to to, że potrzebował ich dużo i najlepiej szybko.
— Wiem, że masz inne rzeczy na głowie — zaczęłam, wkładając resztki swojej siły na udawanie zrozumienia — ale masz też swoje obowiązki i nie możesz ich tak po prostu odkładać w kluczowym momencie.
— Ta holowiadomość była dla mnie ważna! — warknął.
— Skoro jest taka ważna to może nam o niej łaskawie opowiesz? — rzuciłam. — Kosztowała nas powodzenie misji! — dorzuciłam coraz bardziej zniecierpliwiona.
— Nie twój shabla interes! — krzyknął, wychodząc z namiotu.
— No tak, bo to jest to, co zawsze robisz. Kiedy tylko sprawy się trochę komplikują, to od razu sobie idziesz. — Rzuciłam, idąc za nim. — Całe życie będziesz tak uciekał? Może w końcu weźmiesz na siebie odpowiedzialność za to co deklarujesz.
Zatrzymał się tak gwałtownie, że prawie na niego wpadłam. Liczyłam, że odwróci się w moją stronę, ale rzucił swoje słowa tak tak jakby mówił do obsypanych śniegiem gór.
— Zrobiłem to, co uznałem za najlepsze dla moich ludzi. Wiem, że nie zgadzasz się z wieloma moimi decyzjami, ale wszystkie były uzasadnione.
— Chyba twoim lenistwem! — Nie wytrzymałam.
Zobaczyłam, że jego dłoń zaciska się w pięść. Odruchowo ruszyłam swoją w stronę kabury.
— Myślisz, że znasz całą sytuację. Ale nie znasz. A nawet jakbyś znała, to i tak byś nic z tego nie zrozumiała. W końcu nie jesteś prawdziwym wojownikiem.
Moja dłoń przesunęła się jeszcze bliżej kabury, ale zanim zdążyła jej choćby dotknąć, złapał mnie za nadgarstek i pociągnął go do góry. Następnie w końcu spojrzał mi w oczy.
— I nigdy nim nie będziesz.
Próbowałam wyrwać swoją rękę, ale był dużo silniejszy niż ja. Szarpanie się było bezskuteczne.
— A co ty niby możesz o tym wiedzieć? Wojownik to coś więcej niż zbroja, a ty nie masz absolutnie nic więcej. — Rzuciłam, korzystając z chwilowego kontaktu wzrokowego.
Puścił moją rękę, tak jakby brzydziło go trzymanie czegoś takiego i ponownie ruszył w stronę zasp.
— Tchórz! — Krzyknęłam tak głośno, że aż echo powtórzyło moją obelgę.
Odwrócił się przez ramię, nie wyglądając jakby go to w ogóle ruszyło.
— Słusznie uważałem, że nie ma dla was nadziei. Nawet ja nie jestem w stanie wam pomóc.


Patrzyłam w milczeniu jak jego biała zbroja coraz bardziej wtapia się w otaczający ją śnieg. Poprzedniemu Mandalorowi przynajmniej zdążyłam podać rękę na pożegnanie. Tym razem nie było mi dane rozstać się w zgodzie.


Wiatr wiał swoją pożegnalną pieśń, a ja tylko patrzyłam jak jego ślady znikają pod puchem. Kolejna strata, w tak krótkim czasie. Może naprawdę nie ma już dla nas nadziei?


Po chwili usłyszałam pospieszne kroki kierujące się najpierw do jego namiotu, a następnie w moją stronę. Lekkie i jeszcze troszkę niepewne. To musiała być nowa rekrutka.
— Mahiyano? — usłyszałam nieśmiały, kobiecy głos.
— Tak, Mara? — dalej stałam w tym samym miejscu.
— Słyszałam krzyki — zaczęła cichym głosem. — Bałam się, że coś się stało, ale wszędzie jest pusto — kontynuowała idąc w moją stronę. — Mah? — spytała zaniepokojona brakiem odpowiedzi.
Pokiwałam tylko przecząco głową. To nie była sprawa dla rekruta. Choć może jej łatwiej byłoby zachować zimną krew i chłodno ocenić sytuację. Nie była z nami aż tak mocno związana. Nie czuła potrzeby ratowania czegoś, co było ogromną częścią jej życia.
W końcu Mara podążyła za moją linią wzroku i spojrzała w stronę zanikających śladów. Usłyszałam jak bierze głęboki oddech.
— Czy on…? — Nie dokończyła pytania.
—Poszedł swoją drogą — odpowiedziałam cicho.
Mara zmarszczyła brwi.
— Tak po prostu nas zostawił? W takiej chwili? — zaczęła powoli podnosić głos. — Nie spodziewałam się tego po nim. Przecież dopiero co tłumaczył mi i Larwie różnice pomiędzy rodzajami naramienników. Przecież… — Widać było, że dla rekrutki cała sytuacja nie miała sensu. Trudno było mi ją winić. Mi też wydawała się zupełnie nierealna.
— Miał swoje powody — powiedziałam czując rosnące poczucie winy.
Ślady na śniegu stały się już praktycznie niewidocznie. Poczułam jak Mara kładzie swoją rękę na moim ramieniu.
— Trzeba powiadomić resztę kedinu — powiedziałam. — Musimy niezwłocznie wybrać nowego Mandalora.
— Myślę, że mamy dobrą kandydatkę. — Mara uśmiechnęła się delikatnie.
— Słucham? — spytałam.
— Chodźmy już z tego zimna — odpowiedziała zmieszana rekrutka.
— Słusznie, chodźmy — powiedziałam, w końcu obracając się w jej stronę. Dopiero wtedy zauważyłam jak bardzo jest blada. — Wszystko będzie dobrze — rzuciłam. Choć nie wiem czy bardziej pocieszałam siebie, czy ją.


autor: Mahiyana

 

Społeczność
  *Newsy
*Nadchodzące wydarzenia
*Ostatnie komentarze
O nas
About us
Über uns
*Członkowie
*Struktura
*M`Y w akcji
*Historia Organizacji *Regulamin
*Rekrutacja
*Logowanie
M`y na Facebooku
Copyright © 2009-2021




Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2022 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3. 17,632,153 unikalne wizyty