Członek: Vaas Kaer
 
Imię: Vaas Kaer
Pseudonim artystyczny: Vaas Kaer
Kryptonim operacyjny:
Ranga: Mando`Evaar
Planeta pochodzenia:
Kolor oczu::
Kolor włosów:

Rozdział I : ,,Dzieciństwo Odebrane''


Biegnij... biegnij... przede mną i tak się nie ukryjesz...
Twoja niesubordynacja zostanie ukarana.
Vaas...!
Zdrajca...!
Nigdy nie będziesz strażnikiem...!
Wiemy, że to nie ty...!

Słońce wzniosło się nad górą, oświecając swoim niesłabnącym blaskiem bastion jednej z najbardziej znienawidzonych w sektorze Mandalory organizacji – Straży Śmierci. Niektórzy uważali ich za wyzwolicieli, inni za terrorystów, prawdą jest, że każdą rzecz można ocenić inaczej kiedy spojrzy się na nią z drugiej strony.
Oni zaś uważali się za prawdziwych Mandalorian, wyznających przede wszystkim Honor i rozprawiali się z każdym kto miał odmienne poglądy. Ich siedziba znajdowała się na Concordii, księżycu ojczystej Mandalory...

- Niech pani jeszcze wytrzyma! - krzyknęła położna – Jeszcze chwila i będzie po wszystkim!
Kolejny krzyk pełen bólu wydostał się z ust cierpiącej kobiety.
- Jeszcze raz! Ostatni raz i będzie po wszystkim – położna przetarła czoło kobiecie i uśmiechnęła się do niej przyjacielsko – Przyj!
Kobieta zebrała ostatnie siły jakie miała i wydała na świat chłopca. Położna wyszczerzyła zęby i podała dziecko matce. Gdy płacz już ustał, dziewczyna spojrzała wyczekująco na kobietę, wycierając w tym samym czasie swoje czoło z potu.
- Jak go pani nazwie? - Nie wytrzymała. Matka spojrzała na dziecko, nie mogąc powstrzymać uśmiechu.
- Vaas Kaer, oto mój syn i następca dowódcy sił zbrojnych Straży Śmierci! - podniosła delikatnie dziecko do góry.
Położna zaklaskała delikatnie wciąż ciężko oddychając. Nie miała nikogo do pomocy, Straż Śmierci nie uznawała droidów, według nich była to zbyt duża wygoda, a wygoda tylko osłabia. Gdy żona dowódcy - Annae Kaer zaczęła rodzić, jako jedyna miała dyżur w szpitalu. Bała się, że sobie nie poradzi, ale widok zdrowego chłopaka oraz uśmiech jego matki wypełnił ją dumą.

Zaczynał się wieczór, dzieciom wciąż kazano ćwiczyć na torach przeszkód rozstawionych w centrum ogromnej areny. Starsi zasiadali na trybunach w chwilach wolnych by poobserwować swoich wychowanków, dzieciom kazano szlifować swoje zdolności już od ósmego roku życia jeśli chciało się zostać prawdziwym ''Strażnikiem''. Najczęstszym gościem tej areny był sam Dowódca Vilaz Kaer, codziennie znajdował czas by dojrzeć jak radzi sobie ''przyszłość'' Straży. Wśród młodych jak i dorosłych wzbudzał szacunek. Był dobrze zbudowanym mężczyzną z wieloma bliznami na twarzy, zmarszczki jedynie potwierdzały jak wiele przeżył. Był surowy, wymagający, z reguły jednak widać było bijący od niego spokój. Miał siwe włosy i brodę, które jedynie jeszcze bardziej go postarzały, pomimo że miał jedynie pięćdziesiąt pięć lat. Rzadko chodził w zbroi, zazwyczaj nosił jedwabny czarny mundur z kilkoma ciemnoniebieskimi akcentami. Nie był typowym weteranem, nie nosił medali, ani ozdób, a pomimo tego, każdy z członków salutował mu kilkakrotnie..

- Dowódco, kiedy zamierzasz wpuścić tu swoje dziecko? - zapytał Jaing Vau, doradca wodza. Vilaz oparł się o barierkę, spojrzał w niebo i westchnął.
- Moja małżonka pragnie by dziecko zostało przy niej, nie chce bym szkolił go na prawdziwego Mandalorianina. Jaing podniósł brwi.
- Ależ Dowódco, jakże to?
- Uważa, że nasze dziecko powinno stać się kimś innym, mówi, że nie pasuje tutaj.
- Vilaz, przyjacielu, jeśli twój syn nie zacznie trenować, nie będzie godny nazywania twoim następcą – Jaing zebrał powietrze – jeśli nie będzie on nazywany następcą, to po twoje miejsce wyciągnie łapy ktoś inny... a co za tym idzie, pozbędzie się tego chłopca. Vilaz odwrócił się do swojego doradcy. Jaing był dziesięć lat młodszy od niego, nosił emblemat zdobionego Mitozaura na znak swojej posady w Straży Śmierci. Nie miał zarostu i był strasznie chudy. Vilaz spojrzał w jego szare oczy.
- Jaing... wiesz dobrze, że zawsze ceniłem twoje rady, jednak dobrze wiesz, że moja małżonka także ma coś do powiedzenia...
- Vil, mi chodzi jedynie o dobro Straży. Vilaz skinął głową.
- I dobrze, tego masz się trzymać. Moja krew rozpocznie naukę, gdy matka wyrazi na to zgodę.
- Dowódco, popełniasz błąd, jeśli nie zabije go starszyzna, to zrobi to jego nieprzygotowanie na nadchodzące zmiany.
- Jeśli moja żona uważa, że on nie jest stworzony by stać kimś takim jak my, to najpewniej tak jest.
- Zrozum, że wielu pragnie przejąć twoją posadę, jeśli twój syn nie zostanie następcą, to wkrótce rozpocznie się wojna domowa.
- Zobaczymy jak potoczy się los, Jaingu.

Vaas leżał w półśnie.
Noc była piękna i spokojna. Chmury oddały swoje miejsce księżycowi, którego promienie wpadły przez okno do pokoju syna wodza. Chłopak zasypiał i budził się, co chwila zmieniając pozycję do snu. Od pewnego czasu po prostu nie mógł usnąć od razu. Miewał dziwne sny, czasami nawet koszmary, które rozbudzały go na resztę nocy. Gdy wreszcie czuł, że nachodzi go błogi sen, usłyszał kroki. Drzwi do pokoju się otworzyły, a w nich stał jego ojciec.
- Wstawaj chłopcze. - powiedział spokojnym głosem.
- Tak tato – odrzekł chłopczyk, wstając z łóżka i przecierając oczy.
Vilaz cierpliwe czekał, aż syn wykona wszystkie czynności, które sugerował mu spojrzeniem się w dane miejsca. Gdy Vaas się już ubrał, Vilaz skinął głową i kazał mu iść za sobą. Szli korytarzem na którym był widok na główną arenę treningową dla dzieci. Vaas spoglądając przez okno zobaczył liczne patrole na murach. Weszli do ogromnej sali, gdzie najczęściej się bawił i skręcili do sypialni. Drzwi były pilnowane przez dwóch elitarnych wojowników, widząc powracającego dowódcę zasalutowali. W środku leżała jego matka, jej twarz była bez wyrazu, zanim nie zobaczyła Vaasa. Posłała mu zmęczony uśmiech i pokazała gestem by podszedł do niej. Vilaz stał zaraz za nim, obserwując każdy jego krok. Vaas przytulił się do niej.
- Mamusia musi odejść, skarbie. - szepnęła – Nie martw się o mnie, tatuś się tobą zajmie.
- Ale mamusiu, nie zostawiaj nas.
- Muszę odejść skarbie, nie ma dla mnie innego wyjścia.
Chłopczyk był zdezorientowany.
- Gdzie idziesz, mamusiu?
- Daleko – pocałowała go w czoło. – Twoja mamusia umiera.
Oczy dziecka się zeszkliły, zaczął się jąkać.
- A... ale... ale jak... to?
- Jestem bardzo chora, dzisiaj najpewniej umrę – uśmiechnęła się do płaczącego malca i przycisnęła go do swojej piersi – ale nie płacz, kochanie, będzie dobrze, obiecuję...
- Nie możesz, nie pozwalam ci! – łkał Vaas. Vilaz przykucnął przy synu.
- Pożegnaj się z mamą i wracaj do łóżka – szepnął. Vaas wybuchnął płaczem, zaczął się miotać na wszystkie strony.
- Kochanie, weź go...
- Ale chciałem się z tobą pożegnać – szepnął Vilaz, jego oczy lekko się zaszkliły, widać było, że próbował odrzucić od siebie to uczucie.
- Już się pożegnałeś, wiem, że sobie poradzisz mój umiłowany mężu. Wychowaj go mądrze – uśmiechnęła się smutno.
- Kocham cie Annae, kocham cię ponad życie...
- Wiem, ale ktoś musi prowadzić dalej Straż, i to będziesz ty... - wskazała gestem by wziąć chłopaka. Vilaz wziął Vaasa na ręce, zanim wyszedł pocałował swą wybrankę serca. Na jej policzek spadła jedna pojedyncza łza. Annae, czując to uśmiechnęła się jeszcze raz.
- Otrzyj łzy, miłości ma, wodzowie nie płaczą – rzekła.
Vilaz przetarł oczy i wyszedł bez słowa, trzymając rzucającego się chłopca w rękach. Chmury powróciły i zasłoniły księżyc. Noc przestała być piękna jak wcześniej.

- Vaas – naczelnik zmrużył oczy nie mogąc doczytać nazwiska – ...Kaer.
Brunet wysunął się z szeregu nieudolnie próbując zasalutować.
- Dwanaście lat, syn wodza Vilaza Kaera, zero doświadczenia bojowego...
- Tak.
- Barak szesnasty, witamy w Straży Śmierci rekrucie - rzekł naczelnik, podając mu kartę dostępu. Vaas skinął głową i ruszył korytarzem w poszukiwaniu swojego łóżka.
Straż Śmierci miała bardzo zorganizowany system, jeśli chodzi o rekrutów. Całe koszary były podzielone na sekcje. Sekcja pierwsza obejmowała dzieci w wieku 12-16 lat, sekcja druga od 16-20, sekcja trzecia od 20-30. Dopiero gdy zdało się wszystkie testy, można było nazywać się Strażnikiem. Każdy barak był koedukacyjny i przeznaczony dla 25 osób. Wraz ze zmienianiem sekcji liczba ta malała. Seks był niedozwolony do lat 17, jeśli którykolwiek z mężczyzn złamał ten zakaz, był publicznie kastrowany. A kobiety były najczęściej odarte z godności, wydziedziczone i stawały się niewolnicami. Vaas minął kilku rekrutów, skręcił w lewo i zaczął szukać miejsca gdzie spędzi kolejne lata.
Trzynaście, czternaście... jest szesnaście, myślał.
Otworzył drzwi, barak był pełny. Wszyscy spojrzeli się na nowo przybyłego i ustawili się w szereg, tworząc prowizoryczną ścieżkę do, jak przypuszczał Vaas, jego pryczy. Wszyscy uśmiechali się do niego. Wszystko jednak zmieniło się kiedy wszedł pomiędzy nich. Vaas szedł powoli i spokojnie oglądając tym samym ogromny barak. Nagle ktoś podłożył mu nogę. Upadł, ale szybko się pozbierał i wstał. Poczuł, że ma coś mokrego na włosach, ktoś na niego napluł. Z szeregu wyszedł starszy od niego może o dwa lata chłopak i uderzył go w twarz z całej siły. Po czym splunął mu między oczy. Vaas próbował oddać cios, ale został uderzony przez kogoś innego. Z wargi pociekła mu krew. Znowu został opluty, znowu uderzony, nie wiedział co się dzieje, dlaczego to robią... postanowił, że przedostanie się do swojego łóżka, które było już niedaleko. "Może to jakiś chrzest?" - mówił sobie w myślach. Gdy był już dwa kroki od swojego łóżka, dwaj najwyżsi z nich zastąpili mu drogę i zniszczyli pryczę na jego oczach.
- Drodzy państwo mamy nową latrynę! - krzyknął jeden z nich i oddał mocz na resztki łóżka, drugi poszedł za jego przykładem.
Vaas poczuł, że ktoś go podnosi. Osiłek, który go trzymał uśmiechnął się.
- Podoba ci się twoje nowe łóżko? Vaas nie mógł mówić, był zbyt przestraszony. Skinął tylko głową. Osiłek odstawił go na ziemie, poklepał go po ramieniu i wrzucił go w miejsce nowej latryny, na co wszyscy obecni zareagowali śmiechem. Vaas skulił się i nic nie robił.
- Nie masz tu czego szukać, wszyscy wiemy, że jesteś zakałą, Kaer! - usłyszał głos należący do dziewczyny.
- Patrzcie go, jaki twardziel! Nie płacze!
- To może pora zrobić coś żeby zaczął?
- Świetny pomysł, Vis!
Vaas jeszcze bardziej się skulił i dostał drgawek, czując jak jest otaczany przez pozostałych. Dźwięk syreny oznajmiającej, że czas na trening wypełnił barak szesnasty. Vaas jeszcze długo kulił się, aż w końcu otworzył oczy i zobaczył, że barak jest pusty. Pobiegł pędem na plac ćwiczeń, na szczęście zdążył przed swoim nowym nauczycielem. Dołączył do szeregu, stanął na baczność i jak pozostali, czekał. Podszedł do nich młodo wyglądający mężczyzna. Miał na sobie charakterystyczną zbroję - beskar`gam. W lewej ręce trzymał głownię wibroostrza schowanego w pochwie. Przejechał wzrokiem po wszystkich obecnych. Jego kąciki ust lekko się podniosły.
- Witamy w piekle, młodzi gniewni. Dzisiaj zrobimy coś prostego. - zatarł ręce – Sprawdzimy czy pamiętacie jeszcze jak się biega... DWADZIEŚCIA OKRĄŻEŃ WOKÓŁ TORU WY BANDO NIEDOROBIONYCH IDIOTÓW!
Wszyscy ruszyli jak z bata. Na początku było w porządku, Vaas nawet myślał, że da radę. Po dwunastym zaczął dostawać zadyszki, a w oczach mu pociemniało. Upadł na ziemie, nie mogąc się podnieść. Nauczyciel podszedł do niego i przyklęknął.
- Wszystko dobrze? Chcesz odpocząć?
- Tak, proszę pana... błagam – wydał z siebie resztkami sił chłopak.
- Błąd ! - wydarł mu się do ucha i kopnął go w brzuch. - Biegaj!
- Nie mogę...
Nauczyciel wyciągnął wibroostrze i przystawił mu je do szyi.
- Możemy to załatwić w inny sposób, jeśli wolisz chłopczyku... w bardziej bolesny i krwawy sposób... Vaas zaczął płakać, pomimo tego jednak zerwał się i próbował biegać dalej, upadając co chwila. Potem nakazano im pokonać jeden z najprostszych torów przeszkód. Vaas był ostatni... jak i w bieganiu. Każdy wybuchał śmiechem kiedy chłopak wpadł twarzą w błoto, uderzył w coś głową, nie mógł się podciągnąć. Na to wszystko z kamienną twarzą patrzył nauczyciel. Gdy Vaas skończył i chciał wrócić do baraku mężczyzna zagrodził mu wejście.
- Jesteś Kaerem?
- Tak – odparł bez zawahania chłopak. Mężczyzna uderzył go w twarz.
- Jeśli ty masz być następcą Vilaza, to z chęcią zastrzelę przy pierwszej okazji.
- Ale...
- Co "ale"? Byłeś, jesteś i będziesz zerem. Tacy jak ty nigdy nie będą godni miana Strażnika. - uderzył go znowu, aż chłopak upadł na ziemię – Dzisiaj będziesz spał tutaj, zasada prosta, opuścisz to pomieszczenie, zostajesz zabity jasne?
Vaas skinął głową.
- No i tak ma być, dobranoc chłopcze...
Mężczyzna zamknął drzwi, zamykając chłopaka na mrozie...

Rozdział II : ,,Nadeszła Chwila...''


Minęły cztery lata, Vaas nie rozmawiał z ojcem od kiedy trafił do koszar. Przyzwyczaił się już do tego, że wszyscy z niego szydzili. Mimo wszystko chłopak nie poddawał się, ból przestał mu już dokuczać. Nie miał żadnych przyjaciół, kolegów, nikogo. Postanowił, że musi przeżyć, nie odzywał się do nikogo ani słowem przez cztery lata. Gdy w końcu nadszedł dzień testów do przeniesienia do drugiej sekcji. Vaas przygotowywał się, samotnie jak zawsze. Testy miały się odbyć z samego rana. Blady świt pobudził wszystkich rekrutów. Testy miały odbyć się na największej arenie, co więcej sam Dowódca sił zbrojnych miał ich obserwować. Gdy zabrzmiał sygnał, ustawili się w jednym szeregu i cierpliwie czekali aż na loży pojawi się sylwetka znanego im wszystkim Vilaza Kaera. Trybuny zapełniały się z każda chwilą. Serce Vaasa waliło jak opętane. Nie widział się z ojcem cztery lata, dlatego też cały czas ciężko oddychał i zaciskał ręce. "Może wreszcie porozmawiamy..." - myślał.
Usłyszał znajomy tupot nóg i od razu skupił się na loży. Vilaz stanął na środku loży, pomachał wszystkim i spojrzał na rekrutów. Nawet nie spojrzał na Vaasa. Uśmiech znikł natychmiastowo z twarzy chłopaka.
- Witajcie rekruci – zaczął. – Dziś jest wasz wielki dzień, dziś udowodnicie, czy postawiliście pierwszy krok na drodze do zostania Strażnikiem... Zacznijmy więc!
Tłum krzyknął z zachwytu, rozbrzmiały bębny, a wszyscy zebrani zaczęli śpiewać wojenną pieśń Mandalorian...

Taung sa rang broka!
Mand`alore ka`rta!
Dha Werda Verda a`den tratu!
Manda`yaim kandosii atu!
Duum motir ca`tra nau tracinya!
Gra`tua cuun hett su dralshy`a!

Kom`rk tsad droten troch nyn ures adenn!
Dha Werda Verda a`den tratu!
Manda`yaim kandosii atu!
Duum motir ca`tra nau tracinya!
Gra`tua cuun hett su dralshy`a!

Dha Werda Verda a`den tratu!
Manda`yaim kandosii atu!
Duum motir ca`tra nau tracinya!
Gra`tua cuun hett su dralshy`a!
Dha Werda Verda a`den tratu!
Manda`yaim kandosii atu!
Duum motir ca`tra nau tracinya!
Gra`tua cuun hett su dralshy'a

Pieśń trwała przez całe testy, nie zmieniając tempa, tonu, cały czas bezustannie była śpiewana bez nawet jednego zacięcia. Vaas znał ją bardzo dobrze, nie raz słyszał ją podczas swojego treningu. Mijały godziny, aż w końcu przyszła jego kolej. Spojrzał jeszcze raz na trybuny, ojciec spojrzał mu w oczy, nie widać było jednak uśmiechu na jego twarzy, żadnej choćby najmniejszej emocji... nic... Ten sam surowy wyraz twarzy, jaki zapamiętał sprzed czterech lat.
Sygnał odezwał się.
Biegiem, biegiem, dam radę!
Uda mi się, nie zawiodę ojca!
Biegł najszybciej jak umiał, pragnął tylko jednego, dumy ojca. Starał się pokonać przeszkody jak najszybciej. Robił co mógł..
Walcz do końca!
Tak nakazuje ci honor!
Już prawie koniec!
Ostatni skok dzielił go do ukończenia testu. Zebrał ostatnie siły, wziął głęboki wdech i skoczył...Czas na chwilę zwolnił, spojrzał znowu w oczy ojca, lecz dalej nie widział na nich uśmiechu. Wtedy uświadomił sobie, że zaczął spadać, złapał się, ale było za późno. Spadł. Muzyka przestała grać, ludzie w jednej chwili zamilkli.

Czerwony promień zachodzącego słońca wyrwał go ze snu. Zobaczył przed sobą dwóch strażników trzymających ostrza uniesione ku górze, tworzyło to swoistą bramę. Vaas zerwał się z łóżka i ruszył przed siebie. Wychodząc ze swojej sali napotkał kolejnych dwóch, ustawionych w taki sam sposób. Szedł powoli, trzymając się za zabandażowany bok i kulejąc. Kolejne drzwi, kolejni strażnicy. W końcu został doprowadzony na lożę. Tam czekał jego ojciec, zastępca i doradca. Wojownicy ustawili się w szeregu i stworzyli bramy, takie jak wcześniej. Vaas zauważył, że za wojownikami są wszyscy z baraku szesnastego, stali na baczność, nie uśmiechali się, ich twarze były bez wyrazu, jak jego ojca. W końcu stanął przed ojcem i uklęknął. Vilaz kazał mu gestem wstać. Patrzyli sobie w oczy tak przez pół minuty, w loży zapadła totalna cisza, nie było słychać choćby najmniejszego szmeru. Ojciec wyprostował się i spoliczkował syna. Według tradycji straży coś takiego było równe z wydziedziczeniem z rodu.
- Wojowniku! - zaczął Jaing. – Jesteś hańbą dla naszego ludu, tradycji. Twój ojciec odtrącił cię i już więcej nie będzie traktować cię jako syna. Co więcej, na twojej twarzy zostanie wycięty znak hańby, który będzie ci przypominał o tym, kim jesteś. - powiedział doradca i wyciągnął zdobiony nóż z czaszką Mitozaura – trzymajcie go!
Dwóch wojowników go złapało, o dziwo, niepotrzebnie, chłopak nie stawiał oporu. Jaing wykonał jedno precyzyjne cięcie po lewej stronie twarzy. Vaas zasyczał z bólu. Zastępca wyciągnął swój nóż i wykonał drugie cięcie obok pierwszego. Teraz usłyszeli wrzask. Do Vilaza podszedł jeden ze strażników przekazując mu złoty ozdobny sztylet z wygrawerowaną czaszką Mitozaura na głowni. Vaas nie widział nawet chwili zawahania w tym co jego ojciec zrobił. Rozciął mu twarz najbliżej oka. Strażnicy upuścili go momentalnie. Vaas krzyczał i zwijał się z bólu.
- Od tej pory Vaas Kaer nie istnieje! I nigdy nie istniał! Ten tu osobnik jest hańbą dla swojego rodu! Zostanie tu jednak dla przykładu, dla was rekruci, byście nie skończyli jak on! Zostaje też przeniesiony, do drugiej sekcji by nie mógł ich zdegenerować! Straż! Odprowadzić go!
- Tak jest!
Czuł, że jest wleczony, nie wiedział przez kogo..widział przez mgłę, mgła, ciągła mgła....

Obudził się w baraku numer 10, nie był otoczony przez ludzi, choć wielu z nich wciąż siedziała i rozmawiała. Wstał, rozejrzał się. Nikt nie zwrócił na to uwagi. Dosłownie nikt. Podszedł do jednego z pobliskich młodych, podniósł rękę i chciał się przywitać. Nie reagował... w ogóle się nie odzywał. Tak jakby Vaas był niewidzialny. Dopiero teraz Vaas poczuł się wyrzutkiem, wyrzutkiem który nie powinien żyć... Syrena wypędziła wszystkich z baraku. Został tylko Vaas. Zrozumiał jedno, już wiedział co musi zrobić, wiedział jak to zakończyć...
Poszedł do magazynu, wziął linę, przerzucił ją przez żyrandol oświetlający asortyment Straży. Był gotów, gotów by zakończyć swój żywot. Wszedł na krzesło, zamknął oczy po czym wziął głęboki oddech i zeskoczył...
Spadł na podłogę uderzając się w twarz. Spojrzał na linę, była przecięta.
- Ty idioto, nie strasz mnie tak! - ozwał się piękny, melodyjny, kobiecy głos.
Przed Vaasem stała piękna dziewczyna. Miała kruczoczarne włosy i ciemnoniebieskie oczy. Oddychała głęboko patrząc się mu prosto w oczy. Podbiegła do niego i przyklęknęła przy nim.
- Co ci odbiło? O matko... - wzdrygnęła się i przejechała po ranie. – Więc to ty jesteś tym wydziedziczonym. Nie przejmuj się, wszystko będzie dobrze, poradzimy sobie we dwoje. Chodź, opatrzę ci tę ranę.
Wstała i wyciągnęła rękę w jego stronę uśmiechając się przyjaźnie. Vaas się wahał, ale przyjął pomoc. Powoli podniósł się. Dziewczyna delikatnie prowadziła go do sali medycznej. Obejrzała się i po raz kolejny wyszczerzyła swoje perłowe zęby.
- Nazywam się Cynthia, a ty?
Vaas milczał.
- Co, wstydzisz się mnie?
- Nie.
- Więc jak się nazywasz?
- Vaas.
- Vaas Kaer?
- Już nie...
- Ach no tak, zapomniałam, nie przejmuj się. Pomogę ci... - stanęła w miejscu i go objęła – Nie martw się, mówię ci, zbyt długo patrzyłam przez co przechodzisz, żeby teraz tak cię zostawić.
- Obserwowałaś mnie?
- Oczywiście, nie wiedziałam dlaczego nie odzywałeś się ani słowem, nie wiedziałam dlaczego pozwalasz sobie na spanie podczas gdy inni cię kopali, opluwali i tak dalej... Ale... bałam się podejść, próbowałam cię zrozumieć. Aż w końcu wczoraj do mnie dotarło kim tak naprawdę jesteś. Jesteś wojownikiem, bo nigdy się nie poddałeś... aż do dzisiaj... Dlaczego chciałeś się zabić?
Vaas odwrócił się do niej.
- A co ty byś zrobiła na moim miejscu? Zawsze byłem dwa kroki po innych, dlatego mnie tak traktowali. Nikt mnie nie znał... nikt mnie nie chciał znać. Jedynie co mi zostało to wiara w ojca... i po co? Po to żeby zobaczyć jak rytualnie wydziedzicza mnie z rodu? Równie dobrze mógł mnie zabić... oszczędziłby tobie i mnie zachodu..
- Nie mów tak, posłuchaj... jeśli nie masz dla kogo żyć to..
- To co?
- Żyj dla mnie..

Mijały lata, nikt nie patrzył na związek Cynthii z Vaasem. Ludzie ignorowali go. Piętno Hańby było jak kamuflaż, ale jego to nie obchodziło. Liczyła się tylko ona i nikt poza tym. Od tego czasu Vaas ćwiczył sam, trzy razy więcej od innych rekrutów. Aż w końcu stał się najlepszy. Nabrał siły, zręczności, zaczął przychodzić na treningi z tymi, którzy niegdyś go wyśmiewali, i ci widząc jak ''opiętnowany'' przechodzi tory przeszkód jak błyskawica, a także walczy jak nie jeden z najlepszych wojowników wodza, byli w szoku... Pewnego wieczoru gdy trening jeszcze trwał podszedł do niego Nedu Visla – dowódca straży przybocznej Wodza.
- Świetnie walczysz, Opiętnowany... dlaczego twój ojciec pozbawił cię nazwiska? Byłbyś jego godnym następcą.
Vaas milczał, nie mogąc zrozumieć dlaczego jeden z najlepszych wojowników traci czas na rozmowę z NIM.
- Wojownik twojego pokroju nie powinien zadawać się z opiętnowanym Nedu`Vislo, dowódco straży przybocznej.
- To ode mnie zależy z kim się zadaję, a z kim nie. Poza tym nie przychodzę tu z własnej woli.
- Więc dlaczego tu jesteś?
- Chciałem przekazać ci wiadomość od twojego ojc... Wodza...
Vaas skinął głową.
- Wódz pragnie się z tobą spotkać za dwa dni o świcie. Nie spóźnij się... - Nedu odwrócił się i już postawił pierwszy krok. - Nigdy nie uważałem cię za osobę, którą oni z ciebie zrobili.
Vaas spojrzał na niego i przetarł oczy.
- Trzymaj się Vaas, obym nigdy więcej nie musiał nazywać cię opiętnowanym... - po tych słowach odszedł szybkim marszem.
Cynthia wyszła zza rogu, była zdziwiona i podekscytowana.
- Podsłuchiwałaś?
- Ależ skąd.. - zrobiła minę niewinnej dziewczynki.
- Jak możesz tak myśleć, kochanie?
- Bo cię znam – wstał, przytulił ją i pocałował.
- Co teraz będzie?
Vaas wzruszył ramionami.
- Zobaczymy jak potoczy się los..
Chmury zniknęły odsłaniając piękną błękitną barwę nieba...

- Sam kopiesz sobie grób Vilazie! - Słysząc znajomy głos z gabinetu ojca, Vaas wytężył zmysły...
- Nie mów mi co jest dobre dla mojego rodu...
- To hańba! Twój syn został opiętnowany – słychać było uderzenie w biurko - i będzie z nim chodził do końca swoich dni!
- Nie masz prawa by o tym decydować..
- Twój syn skaził MÓJ ród dotykając moją starszą córkę!
Jaing Vau...przypomniał sobie Vaas.
- I winisz za to mnie?
- Tak! Ponieważ to owoc twoich lędźwi Vilazie!
- To ty uważałeś, że należy go wydziedziczyć Jaingu, nie ja...
- To hańba dla rodu Kaerów! To jest... jest...
- Milcz Jaingu, chyba że wolisz pożegnać się z tytułem doradcy...
- Jak śmiesz Vilazie!
- Oskarżasz mnie o uczucie twojej córki do mojego syna... obrażasz mój ród...
- DOŚĆ! Jeszcze tego pożałujesz Vilazie! Vaas ukrył się, usłyszał jedynie szybkie tupanie butami w pobliżu drugich schodów. Odetchnął jeszcze raz czy dwa, a potem wszedł do gabinetu swojego ojca... Vilaz patrzył się w okno obserwując arenę, jak zawsze zresztą.
- Vaas... - zaczął.
- Wodzu... - wykonał pełen szacunku ukłon.
- Ile masz lat Vaas..?
- Dziś kończę osiemnaście... Wodzu..
- Czyli dobrze pamiętałem... - odwrócił się spokojnie i spojrzał na piętno.
- Po co mnie wzywałeś Wodzu?
- To nie ja cie tu wzywałem... to moja świadomość... - opuścił lekko głowę – Świadomość, że jestem... byłem najgorszym ojcem na świecie...
Vaas stał niewzruszony.
- Wydziedziczyć własne dziecko... - kontynuował patrząc się na jedno ze swoich zdjęć, gdzie był on, jego żona i syn – Wydziedziczyć własne dziecko...
- Nie przejmuj się... Wodzu.. - szepnął Vaas – tak było najlepiej dla Straży...
- Nieprawda... wina jest tylko moja chłopcze...
- Nie rozumiem...
- Nie szkoliłem cię, kiedy mogłem to zrobić... a mimo to wysłałem cię do tego piekła, z którego wyszedłeś... wyszedłeś z piętnem hańby... i z piękną dziewczyną... - Vilaz wstał i spojrzał się byłemu synowi w oczy. - Synu... przebacz mi...
Oczy Vilaza zeszkliły się, a po policzku poleciała jedna... dosłownie jedna łza... wtedy Vaas wiedział, że żałował... żałował tego, co zrobił mu kilka lat temu...
- Przebaczam Ojcze...
Vilaz podszedł do niego i objął go z całych sił.
- Synu... błagam wróć do mego rodu... wróć do rodziny, która cię porzuciła...
- Ale.. .ale piętno...
- Chcę z powrotem swojego syna, przejdę wszystkie piekła byleby znaleźć przebaczenie w twoich oczach...
- Tato, ja...
- Nic nie mów... Będę zaszczycony jeśli powrócisz do rodu Kaerów i staniesz się moim synem ponownie...
- Nie ojcze, to ja będę zaszczycony... Uścisk zelżał, Vilaz odsunął się od niego i pierwszy raz od wielu lat się uśmiechnął.
- Witaj w domu, synu.
Odwrócił się i ruszył w stronę biurka. Otworzył jedną z szuflad i wyciągnął złoty naszyjnik.
- Daj to jej, synu... twoja matka prosiła mnie żebym ci to przekazał gdy się zako...
Dźwięk tłuczonego szkła zagłuszył słowa ojca. Vilaz stanął jak wryty. Z jego piersi zaczęła sączyć się krew. Jego wzrok odpłynął natychmiastowo, a sam zrobił się blady. Legł bezwładnie na ziemi.
- Ojcze! - krzyknął Vaas i podbiegł do okna. Zobaczył postać odzianą w czerń uzbrojoną w karabin snajperski. Postać widząc go stanęła jak wryta i upuściła broń. Vaas zobaczył jej niebieskie oczy i już wiedział kto zastrzelił jego ojca. Upadł na kolana i zamarł, tak samo jak postać, którą kochał, dla której żył kolejne kilka lat, dla której chciał zrobić wszystko. Gdy zabrzmiał alarm postać zniknęła w cieniu. Nie... myślał.
Do gabinetu wpadła cała gwardia przyboczna. Wśród nich był Nedu Visla.
- Chakaar! - krzyknął...

Rozdział III : ,,Kim jestem?''


Zdrajca...
Nie mógł tego zrobić...
Krew zdrajcy nie może wsiąknąć w ziemie naszych przodków...
Krew zdrajcy...
zdrajcy...
Śmierć...

- Obudź się, chakaar, piekło czeka... Poczuł, że ktoś go kopnął. Kilka razy... z kilku stron. Otworzył oczy i zobaczył pustkowie. W promieniu jego wzroku nie było nic... tylko statek i ogromny wykopany dół. Powoli wstał, jeden ze strażników pokazał mu pistoletem gdzie ma stanąć.
- Tyłem – powiedział znajomy głos - obym nie musiał się prosić ponownie, chakaar...
- Nedu...
- Nie odzywaj się chakaar, módl się do swojego boga, o ile takiego masz...
Vaas zdrętwiał gdy poczuł chłód lufy na swojej głowie.
- W gabinecie twojego ojca był monitoring. Wszystko było widać. Strzał padł z zewnątrz budynku więc to nie ty zabiłeś Vilasa.
- Jeżeli chcesz wiedzieć kto...
- Nic nie mów. Zasłużyłeś na pancerz, pokazałeś co jesteś wart, nawet jako opiętnowany, ale nie możesz pozostać w tym klanie. Ojciec oficjalnie nie cofnął opiętnowania, chyba rozumiesz...
- Tak, rozumiem.

Społeczność
  *Newsy
*Nadchodzące wydarzenia
*Ostatnie komentarze
O nas
About us
Über uns
*Członkowie
*Struktura
*M`Y w akcji
*Historia Organizacji *Regulamin
*Rekrutacja
*Logowanie
M`y na Facebooku
Copyright © 2009-2021




Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2021 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3. 15,702,996 unikalne wizyty