Mandaloriańskie Zaświaty
 
Kiedy po śmierci spotkał swoich byłych mistrzów, zaraz udał się z Yodą i Kenobim z powrotem do świata żywych, by ostatni raz zobaczyć swego syna. Wszystko zapowiadało się dobrze; miał wrócić w Zaświaty, spotkać Padmę, być dobrym Jed i tym podobne. Tyle, że kiedy w końcu pojawił się tam, uznał, że coś nie jest w porządku.
Nie umiał tego określić, ale Moc wydawała mu się wytrącona z równowagi. Wpierw myślał, że to wina jego nagłej zmiany stron, lub przez sam fakt, że właśnie był martwy i jeszcze nie dostosował swej myśli do nowych warunków.
Same Zaświaty, jak sięgnął okiem wydawały się nie mieć końca. Niby był tu pierwszy raz, ale wszystko wydawało się być mu znajome. Ogromne, niemal bezbrzeżne królestwa – Jasności i Ciemności, stykały się ze sobą, dzieląc całość między swoje wpływy. Każda rasa miała swoich bogów i bożków, każda planeta rządziła się swoimi prawami. Świadomość ilości takich pomniejszych krain zmarłych wręcz przyprawiała o zawrót głowy.
On jednak miał ważniejsze zmartwienia na głowie – pragnął spotkać Padmę, wszystko jej wytłumaczyć, przeprosić.
Byłby zdziwiony, gdyby Jedi i Sithowie zaraz nie przywlekli się, namawiać go i manić jakimś tam wybraniem strony. Szczerze mówiąc, miał to gdzieś, nie słuchał; Padme była ważniejsza. Więc zanurzył swą myśl w Mocy, aby móc ją odszukać. Ruszył za swymi zmysłami, wiedziony złym przeczuciem.
Odnalazł ją, uwięzioną w krysztale, niczym w szklanej trumnie. Nie wiedział czemu, ale wiedział, że odpowiadali za to Jedi i Sithowie. Złość wzburzyła mu krew, ogień wypełnił trzewia i nim się spostrzegł, już był prawdziwym sobą. Rozłoszczonym smokiem.
Jego nieznany mu syn wierzył, że nadal istniało w nim dobro. Być może Luke był na tyle naiwny, aby sądzić, że Anakin Skywalker na powrót stanie się Jedi. W tej jednej chwili, nie zamierzał być ani Jedi, ani Sithem, ani nawet człowiekiem.
Właściwie, nie powinien spodziewać się czegoś innego, prawda?

Kilkanaście wielkich, teraz zniszczonych budynków później, bogom Jasności i Ciemności udało się go uspokoić. A przynajmniej tak sądzili, że sami go spacyfikowali. Tak naprawdę starał się nie popełnić drugi raz tego samego błędu, w niepohamowanym gniewie raniąc swą własną żonę. Kenobi próbował mu wszystko wytłumaczyć: dlaczego był smokiem, dlaczego Padme została zamknięta w krysztale i czemu wszyscy użytkownicy Mocy pragnęli, aby wybrał jedną ze stron. Osobiście, nie dbał o nic.
Nie zamierzał wybierać żadnej ze stron – po każdej spędził niemal pół życia i nie doświadczył zbyt wielkich różnic. Zasadniczo nie był zainteresowany dalszą walką między Jasnością i Ciemnością, ani byciem jakimś specjalnym bogiem wśród bogów. Miał ciekawsze rzeczy do roboty aniżeli użerać się z upierdliwymi biurokratami z zaświatów.
Toteż zamierzał pozostać z Padme.
Spotkanie z ukochaną żoną było na równi szczęśliwe jak i smutne. Miał jej wiele do opowiedzenia i równie wiele do błagania o przebaczenie. Tu, w zaświatach, mógł połączyć się z nią umysłem, otoczyć miłością i skruchą. Śmierć niezwykle zmienia perspektywę człowieka, ale Padme pozostała Padmą. Jedyną różnicą była niechęć do użytkowników Mocy, lecz w tym się jej nie dziwił. On sam ich nie lubił i na pewno nie ufał. Jednak był Wybrańcem Mocy i wiedział, że jej użytkownicy tak łatwo nie odczepią się od niego.
Bycie smokiem miało swoje wady.

Jako człowiek wrażliwy na Moc, nie musiał przechodzić „oczyszczenia”. Jedi i Sithowie nie musieli na nowo doświadczyć swych wspomnień i rozliczyć się z napotkanymi za życia istotami. Ale Anakin chciał tego – był ciekaw, co się stało z jego bliskimi. Był gotów pogodzić się ze wszystkim, co uczynił. Padme była dumna z jego postawy.
Swoją wędrówkę postanowił zacząć od sklonowanych żołnierzy, toteż udał się do Zaświatów Klonów. Jak się okazało, było to zwykłe pobojowisko, bo klony – jako organizmy sztucznie stworzone przez żywych, nie przez bogów – uchodzili za podrzędny gatunek. Ich bóstwem opiekuńczym była sklonowana owca, która tylko cicho pobekiwała, nie będąc w stanie nikogo ochronić. A skoro nie mogła zgłosić sprzeciwu, przeróżni osobnicy z wielu innych, „cywilizowanych” Zaświatów urządzili sobie tutaj miejsce polowań. Zwierzyną były klony, a jedyną zasadą był brak zasad.
Nie był pewny od jak dawna był martwy (dzień? Parę godzin?), ale krew znów się w nim zagotowała. Wątpił, aby kiedykolwiek stał się na nowo Jedi, z taką ilością gniewu. Nim się obejrzał już był smokiem, w ogniu którego wszelcy oprawcy i handlarze niewolnikami zniknęli bez śladu.
Przypomniał sobie dawne sny, gdy był jeszcze tylko dzieckiem, jednym z wielu niewolników na Tatooinie. Śnił ciągle o wyzwoleniu. Nie tylko własnym, ale także istot jak on sam spętanych, pozbawionych godności i mienia. Tych gorszych. Nie wiedział tylko, że sny te nie mówiły o życiu, a o jego śmierci.

Toteż zabrał Padme i klony poza mur Zaświatów, gdzie te stykały się z bezbrzeżną, niebezpieczną Pustynią. Ze swej myśli i woli zbudował małą twierdzę, co by wszystkich uchronić przed czyhającym tam „złem”. Zamierzał żyć tu, z dala od polityki oraz wszelkich upierdliwych Jedi, Sithów i bóstw. Tyle, że nie nacieszył się swym spokojem, bo dzień po jego odejściu, pojawili się u niego Mandalorianie – zaczynał podejrzewać, że Moc go nie lubi. Nowo przybyłe istoty zaraz wyzwały go na walkę. Ostrzegł ich, że nie mają szans, lecz ci i tak zaatakowali. Walka z całą gromadą opancerzonych wojowników, którzy ujeżdżali okryte złą sławą bazyliszki nie była mu straszna. Przemiana w smoka była już zwykłym odruchem, wręcz przyjemnością i choć miał potężne, śmiercionośne ciało, walczył uważając na swój nowy dom. Kiedy w końcu wszystkich pokonał, ci uznali, że od dziś jest ich nowym bogiem. Oczywiście, nie zgodził się, co jakoś nieszczególnie obeszło wojowników.
Postanowił wykazać się cierpliwością i wytłumaczyć im, że to jakieś nieporozumienie. W końcu ich bóstwa musiały gdzieś być, prawda? Ci z kolei zaczęli mu tłumaczyć, że nie mają własnych zaświatów i są absolutnie pewni, że to on jest ich bogiem. Bo przecież wszystko się zgadza z ich mitologią. Logiczne, prawda?
Niestety, nie dla niego.
Po długich kłótniach i wrzaskach, w końcu kazał im się wynosić. Obiecali pójść sobie, jeśli powie im, czemu nie chce adoptować Taungów i Mandalorian. Czy to dlatego, że nie są godni?
Dla świętego spokoju przyznał im rację (nawet jeśli Padme nie pochwaliła tego. Ale to Padme, ona zawsze miała stanowczo za dobre serce. Zresztą, to nie on sam wymyślił tą wymówkę. Wątpił też, aby jakiekolwiek inne argumenty przemówiły do wojowników, a nie zamierzał spędzić wieczności codziennie zabijając ileś tam milionów istnień, bo te uparły się ponawiać ataki w nieskończoność).

Widok nadciągającej armii Jedi i Sithów, wspomaganych posiłkami mieszaniny rasowej galaktyki bardzo, ale to bardzo go zdenerwował. Tym razem nawet nie zamierzał się hamować w swej furii, tylko niszczył i niszczył i niszczył, aż jego wrogowie nie leżeli u jego smoczych stóp. Gniew palił jego żyły, a krew pulsowała tą niezapomnianą ekscytacją. Nie ważny był powód dla którego walczył, uwielbiał ten stan ponad wszystko inne.
Mimo to, zapytał lordów Sith i Jedi, czemu śmieli opuścić swoje ziemię i zaatakować jego dom. Jak się okazało, woleli go zgładzić, nim ten zaatakuje całą „galaktykę zmarłych” wraz ze swoją nową armią. Co nie miało sensu, bo trzy miliony klonów wobec całokształtu wszystkich zaświatów były śmiesznym ułamkiem całości.
W sumie, powinien się tego spodziewać, że to wina Mandalorian. Normalne istoty (którymi już na pewno wiedział, że Taungowie nie są), gdy usłyszą, że ktoś ich nie chce w swoim gronie albo zaatakują cię (od czego Mandalorianie zaczęli jakąkolwiek rozmowę z nim), albo poddadzą się i sobie pójdą. Taungowie zaś najwidoczniej nie znali słowa „poddać się”, a jego odmowę zrozumieli jako wyzwanie do udowodnienia swojej wartości. Toteż zaatakowali Sithów, Jedi i wszelkie dostępne zaświaty, aby mu się przypodobać. Co z kolei zmusiło wszelkich bogów do zawiązania sojuszu przeciw niemu. Typowe.
Bogini Sithów, która wydawała się jedyną sensowną osobą w gronie boskich półgłówków, zaproponowała mu układ: on zabierze Mandalorian ze sobą, daleko od cywilizowanych zaświatów, daleko w głąb Pustyni i nie przekroczy granicy ich królestw, a oni wszyscy będą się trzymać z daleka od niego. Miało to sens, bo im dalej od centrum Mocy, tym niebezpieczniejsze żyły kreatury, stworzone z odrzuconych przez mieszkańców zaświatów emocji i wspomnień. Nie były to żywe istoty, a raczej bezwiedne cienie niechciane przez zmarłych. Wiele krain posiadało swoje skomplikowane rytuały, by dusza mogła się odrodzić. Część z nich wymagała oczyszczenia – odrzucenia strachu, gniewu, potrzeby zemsty, swoje własne krzywdy. To co odrzucono, bezmyślnie grasowało po Pustyni i atakowało wszystkie napotkane dusze. Kiedyś, w zamierzchłych czasach, istnieli wojownicy, którzy strzegli granic Zaświatów, lecz od dawna nikt nie pełnił tego obowiązku. Nie zdziwiło go, że gra na jego poczuciu winy, by zmanipulować go do podjęcia się obrony galaktyki, skoro jest Wybrańcem samej Mocy.
Nie to, że pragnął żyć na pustkowiu, gdzie nie ma bezpiecznego miejsca, ale wolał już żyć tam i chronić zaświaty przed tymi kreaturami, aniżeli nie mieć ani chwili spokoju zarówno ze strony wystraszonych bogów, jak i natrętnych Taungów, którzy nie rozumieją, że nie znaczy NIE. Ci zresztą wcale nie wydawali się czuć winni zamieszaniu, jakie wywołały ich ataki. W ich pojęciu, wszystko miało sens.
Jeszcze parę lat, miesięcy, lub chociaż parę dni temu, nie wahałby się ich zgładzić. Wybuchnąć gniewem i nie przestawać zabijać, póki nienawiść nie ostygłaby w jego żyłach. Teraz jednak miał Padme, która zawsze łagodziła jego temperament. Z jej powodu też nigdy nie zamierzał powrócić na ścieżkę Jedi.
Ostatecznie więc zgodził się przyjąć Taungów i Mandalorian do swego domu, od razu zastrzegając, żeby zapomnieli o jakimkolwiek błaganiu go o przysługi. Nie zamierzał załatwiać żadnych ich próśb. Nie chciał żadnych modlitw, darów, niech sobie z tych zakutych łbów powybijają wszystkie dziwne obrządki, rytuały czy w co tam wierzyli. Przedstawiciele wymarłej rasy gorliwie mu przytaknęli, a za jego przykładem ówcześni im Mandalorianie. Ci bardziej współcześni i tak nie mieli gdzie się podziać (jakoś nie dziwiło go, że nikt ich nie chce), więc się dostosowali do wiary przodków.
Wieczność dla wszelakich Klonów nie miała za wiele wymogów. Być klonem i tyle. Problemy techniczne zaczęły się, kiedy Taungowie chcieli narodzić się na nowo, bo tak sobie wyobrażali zaświaty – to, że byli martwi od wieków jakoś umknęło ich uwadze. Ludzie zaś wyobrażali sobie jedną, wspólną egzystencję, jak małe komórki jednego organizmu. Już wolał odrodzonych Taungów, niż miliony nieposłusznych mu komórek.
Jak się okazało, to wcale nie był lepszy wybór, zważywszy na pokrętną logikę Taungów. Ona mniej więcej wyglądała tak: jest sobie smok (on), są sobie jajorodni Mandalorianie (oni), toteż słusznym jest myślenie, że pochodzą od swego smoczego boga. A skoro za życia zostali oderwani od jego świty, muszą się stać jego częścią.
Wszystkim Mandalorianom ubzdurało się więc, że aby stać się pełnoprawnym członkiem zaświatów, muszą się wpierw w nich odrodzić. By się odrodzić, muszę się wykluć z jajka. Bo przecież smoki się z nich biorą. Nie pomogło tłumaczenie, że on sam narodził się jako człowiek, a smokiem stał się dopiero po śmierci i nie było żadnego wykluwania się po drodze. Jednak to okazało się niemożliwym do wytłumaczenia Mandalorianom. Pal licho, Taungowie, bo oni akurat byli jajorodną rasą, ale ludzie odmówili zaakceptowania faktu, że nie biorą się z jajek. Było to na tyle absurdalne, że dał sobie spokój. I tak, koniec końców, na kilka dni (bo część uznała, że nie mogą się wykluć od razu i to przed Taungami!), zamiast armii wojowników utknął z całą armią jaj. I to nie jajek, takich... no, jajek, jak dla małych smoczków czy normalnych gadów, ale wielkich, ponad metrowych jaj, bo żaden z Mandalorian nie uwzględnił w swych wyobrażeniach rozwój od zupełnie małego. Za co akurat Vader był WDZIĘCZNY, bo myśl, że miałby opiekować się kilkunasto milionową gromadą małych dzieci była ponad jego siły.
Jednak kiedy już się wykluli, oczywiście nie raczyli uwzględnić idei ubrań. Traumy jak ta nie zapomni do końca... czegokolwiek. Chyba Mocy? Nieważne. Nauczony tym traumatycznym doświadczeniem, zmodyfikował kształt zaświatów, aby te posiadały wylęgarnię poza jego zasięgiem wzroku. Co nie pomagało, bo de facto każdy zaułek zaświatów był częścią jego umysłu, ale liczyła się sama idea nie gorszenia domowników już po wykluciu. Bo jak się okazało, współcześni ludzie (i przedstawiciele innych ras) mieli większe poczucie przyzwoitości. Co gorsze, każdy z wyklutych Taungów (i, jak zawsze, wzorujących się na nich Mandalorian) chciał dostać zbroję z jego łuski. Bo każdy wiedział, że łuska smoka to był beskar. On nie wiedział. Skończyło się na użyciu skorup jaj, które były na równi twarde (wołał utwardzić myślą skorupy, niż dzielić się swoimi łuskami...).
Oczywiście, nie wszyscy od razu zechcieli stać się jajkiem – co uratowało wiarę Vadera w rozsądek części Mandalorian. Niestety, częściej, niż rzadziej, wynikało to ze zwykłego zwątpienia lub niewiedzy, jak się stać jajkiem. Vader nawet nie zamierzał im tego wytłumaczyć, niech sobie sami radzą.
Jedyną osobą, która uznała całe to zamieszanie za głupotę i nie zamierzała przechodzić procesu wykluwania, był Tor Vizsla, który nie wierzył w żadnych bogów. Było to miłą odmianą, móc z kimś porozmawiać w normalny sposób. Ten, jak się okazało, nie uznawał idei rządzącego jego losem bóstwa, ale zgodził się z nim współpracować. Byleby mógł żyć (być martwym?) po swojemu. Vaderowi było to obojętne, co człowiek zamierza robić ze swoim jestestwem, jak długo nie zacznie sprawiać mu problemów.
Był jeszcze jego przeciwnik, Jaster Mereel, ale ten – w czasie swej śmierci nie mając możliwości wybrania Mandy – utknął w zaświatach planety Concord Dawn. Tak samo jak Jango Fett, za którym jakoś specjalnie nie tęsknił. Co tylko przypomniało mu, że jest wielu innych, zagubionych Mandalorian, których będzie musiał odzyskać z różnych zaświatów. To z kolei wiązało się z nowymi obowiązkami, bo jeśli Manda miała funkcjonować na równi z pozostałymi „krainami dusz”, musiała spełniać podstawowe normy. Jak sala tronowa dla rządzących bóstw, w której mogliby przyjmować posłów z pozostałych zaświatów tudzież prowadzić polityczne negocjacje. Sama sala tronowa nie była problemem, i tak bazował swój dom na wspomnieniach o pałacu z Naboo. Nie podobała mu się idea politykowania w jego własnym legowisku, ale nikt też nie mówił, że on sam musi się tym zajmować. Wolne żarty, umarłby z nudów, gdyby miał siedzieć na tronie i słuchać nudnych monologów innych bytów. Byłoby to gorsze, niż uczestnictwo w naradach Rady Jedi – a to się źle dla wszystkich skończyło. Szczęśliwie, rozwiązanie samo się pojawiło, dzięki Padme.

Kiedy więc został bogiem zaświatów Mandalorian, to Padme, jako jego żona, stała się akceptowalną boginią dla Nowych Mandalorian. Bo przecież oni nie chcieliby dzielić zaświatów z barbarzyńcami i byłym Sithem, ale skoro Padme miała poglądy pacyfistyczne i była znajomą Satine, to ci uznali, że dołączą (bez wymogu walki). Zgodził się, bo co mu za różnicę robiła kolejna grupa, byleby nie zawracali mu głowy swoimi pierdołami. Dzięki temu miał cały szereg osób, które mógł wystawić do politycznych dysput. Chyba, że szybko chciał zakończyć oficjalne spotkanie wojną – do takich chwil lepiej nadawali się Mandalorzy jak Nieposkromiony, lub Destruktor. Padme prędko zabroniła mu ich wysyłać gdziekolwiek poza walką.

Wszystko było fajnie, dopóki Bo-Katan i Satine nie urządziły sobie spotkania rodzinnego w jego kuchni. Jak się okazało, wojownik czy pacyfista, obie siostry miały zwyczaj rzucać w złości talerzami (JEGO talerzami. Które specjalnie dla Padme odtworzył na kształt jej rodzinnej porcelany). Wkurzyły go, więc je wywalił stamtąd z zakazem wstępu na najbliższe półwiecze. Do nich dołączyli Kenobi i Pre, którzy zamiast powstrzymać je przed demolką, pili sobie herbatkę. Jak Pre stwierdził: niektórzy w złości rzucają piorunami, inni talerzami, a są tacy co piją herbatę. Obaj wylecieli z wielkim hukiem (Padme nie pochwaliła jego metody. Dopóki sama nie zirytowała się na Jango Fetta. Ten to dopiero poleciał z hukiem!)
Gorzej było pozbyć się taungijskich Mandalorów. Ich myślenie było bardziej pokrętne niż liczenie u Huttów.
Sami z siebie zażądali, aby ich bóg osądził – na co specjalnie nie miał ochoty. Mieli w końcu swoje Sześć Zasad, nie było sensu bardziej komplikować sytuacji. Oczywiście, Taungowie nie mogliby być sobą, gdyby się z nim zgodzili. To, że był bogiem niespecjalnie miało znaczenie. Toteż uznali, że trzeba uważnie przyjrzeć się ich własnym osiągnięciom, aby nikt niegodny nie zasiadł u jego boku (co BYŁO problem, gdy mu setki Mandalorian dzień w dzień najeżdżało kuchnię. Co jak co, ale on swoją kuchnię lubił; niestety to w tym miejscu zakwitło życie towarzyskie różnych istot, choć wolałby nie widzieć żadnej z nich w jego prywatnej części zaświatów). W ten sposób wielu ludzkich Mandalorów stanęło pod poważnym znakiem zapytania. Głównie dlatego, że ich polityka nie spotkała się z uznaniem Taungów, a on wolał nie wnikać. I tak już było o tyle źle, że umysł każdego Mandalorianina niezależnie od statusu społecznego i okresu życia stawał się częścią jego własnego. Znał każdego, na wylot, od najchwalebniejszych czynów po te najbardziej wstydliwe. I szczerze mówiąc, spokojnie by się obszedł bez informacji w stylu „co kto z kim i dlaczego”. Co gorsza, musiał przywyknąć do szumiących mu w tle głowy milionach obcych myśli.
Jeśli chciał zachować swoje zdrowie psychiczne (którego i tak nie miał za wiele od początku, tym bardziej mu na nim zależało), musiał myśleć o Manda jak właśnie o komputerze. Wszyscy Mandalorianie, klony i dodatkowe osoby to pliki wgrane w pamięć, poukładane i posegregowane w folderach i łatwe do odnalezienia, jeśli by potrzebował jakieś informacji, ale tak poza tym nie wnikał w poczynania mieszkańców Zaświat. Dla samego bezpieczeństwa (i funkcjonalności) pozostawił tylko jedną myśl, co jak antywirus miała sprawdzać czy wszystko wszędzie jest w porządku. I tak sobie ten „otwarty kanał” pracował w zakątku jego własnego umysłu, alarmując tylko o ważnych wydarzeniach i problemach, służąc jednocześnie za kanał komunikacyjny, gdyby ktoś potrzebował go przywołać na pomoc. Nawet bez odczuwania cudzych emocji, wiedział, że Kenobi podśmiewał się z jego bycia kolejną „maszyną”.

Koniec końców zbudował swój dom o wiele większy, niż pierwotnie planował – zamiast tylko dla siebie, Padme i (przynajmniej symbolicznie) dla ich dzieci, skończył z ogromną twierdzą dla swej rodziny i nadprogramowych domowników, jak klony, droidy, mandaloriańskich pacyfiści i Taungowie-Mandalorianie. Zapobiegawczo, by nikt więcej już się nie wprosił w jego zaświaty, wystawił przed granicami domostwa tabliczkę z informacją, że wszelkim użytkownikom Mocy wstęp wzbroniony.
Z dopiskiem: oprócz Jinna i Kenobiego.
Jakieś dwie godziny później, Mandalor Nieposkromiony dodał Ulica Qel-Dromę i Exara Kuna (jeśli temu kiedyś uda się uwolnić ze swego więzienia). Niedługo potem (jak, z 13 minut po pierwszym wpisie, gdzie i tak wszyscy wiedzą, że podpisującym był Canderous Ordo) pojawił się kolejny dopisek: „i Revan”. Co było o tyle kłopotliwe, bo gość był tak zrypany po tylu wiekach dzięki Jedi i Sithom, że czasem sam nie wiedział, którym z nich był. Toteż normalnie był całkiem w porządku, ale czasem miał swoje dark-sajdowskie odchyły. Ale, że Canderous nie dawał mu spokoju – Vader nabawił się migreny od tej w kółko powtarzanej myśli, że tak Revan też, Reven to, a Revan tamto, co ja nie przeżyłem z Revanem, Revan, Revan, Revan – dla świętego spokoju się zgodził. Zresztą, Ulic był bez zarzutu, głównie dlatego, że został odcięty od Mocy, toteż przez te wszystkie tysiąclecia żył na Pustyni, z dala od Jedi i Sithów, a Kun (gdy już jakoś udało im się nawiązać z nim kontakt z zaświatów), choć był z deka niestabilny, na pewno mniej niż Revan. Przy czym każdy z nich potrafił przemówić Taungom do rozumu, co było wielką pomocą. No i w końcu on sam miał swoich dawnych uczniów, którzy go odwiedzali. Wpierw Ahsoka, bo przecież tu są jej znajomi sklonowani żołnierze, potem Starkiller. No i nie mógł zapomnieć o swoich przyjaciołach, którzy zginęli w Wojnach Klonów, nim sam stał się Sithem. I Dooku. Co było winą Jango Fetta. Ale wszyscy oni nie byli problemem, tylko Jinn, który z jakiś niezrozumiałych dla nikogo powodów, zgadał się z Maulem. Którego oczywiście nie omieszkał przyprowadzać ze sobą do Mandy. Pre był wyjątkowo spokojny na widok swego zabójcy (to mandaloriańskie myślenie zaoszczędzało czasu i fatygi Vaderowi), lecz Bo-Katan (jak to Mandalorianki mają w zwyczaju) za każdym razem była gotowa zamordować i poćwiartować Zabraka. Satine w ogóle nie zamierzała się widzieć z Sithem. Nieważne, i tak mu nie zależało. Sens był taki, że pierwotny zapis – z powodu długości dopisków, został zamieniony na:
„Wszelkim nieupoważnionym użytkownikom Mocy wstęp wzbroniony”.
Shysa na wszelki wypadek dostawił kolejną tabliczkę, z karykaturą Dartha Sidiousa, w przekreślonym kółku. Jakiś żartowniś (choć akurat Vader był całkowicie poważny odnośnie tych znaków) dostawił podobny, ale z podobizną Yody.
Oczywiście, każdy z wrażliwych na Moc mógł przekroczyć granice Mandy, jeśli nie wiedzieli, czy upoważnienie obejmuje także ich. Najwyżej stróżujące tam smoki, bazyliszki bądź Mando, rozszarpaliby ich. To chyba powinno nauczyć ich na przyszłość, czy są mile widziani.

Wbrew wszelkim znakom na niebie i ziemi, które zwiastowały tragiczny koniec dla tego miejsca bądź dla jego kruchego zdrowia psychicznego, zaświaty były na tyle wydajne, by funkcjonować bez większych zarzutów. Taungowie i Mandalorianie dominującą część swego życia po śmierci spędzali na radosnej destrukcji wszystkiego poza granicami domu, Pacyfiści z Padme na czele brali udział w międzyzaświatowych dysputach o przyszłości galaktyki, klony zaś eksplorowali dotąd odmówione im przyjemności (miał duże wątpliwości przed pozwoleniem komuś na kształt Skiraty opiekować się trzy milionową gromadą dzieci – na serio, ten człowiek sam potrzebował stałego nadzoru i szczęśliwie, Vau się tym dobrowolnie zajmował. W końcu czym byłaby wieczność, gdyby nie mógł [z błogosławieństwem boga] wyprowadzać z równowagi, drwić i prowokować Skiraty?).
Choć Leia nadal nie pragnęła dzielić z nim krwi, zaakceptowała fakt, że Vader był jej ojcem. Próbował się z nią porozumieć poprzez Moc, jednak większość tych prób była nieudana. Uznał, że pogodzi się z nią, gdy sama dołączy do martwych, gdyż śmierć mocno zmienia perspektywę człowieka. Z jakiś niewyjaśnionych przyczyn, pobrała się z Hanem Solo. Wizja zięcia-szmuglera mało go zachwycała, choć spojrzenie Padme go porządnie uciszyło. Leia była szczęśliwa i tak po prawdzie, Solo był lepszym wyborem, niż ten księciunio-piękniś od królowej Hapan. Gdyby nie jego własna miłość do Padme, ruszyłby do świata żywych i utłukł tą durną Mon Monthmę za ciągłe manipulacje wymierzone w jego córkę. No nic. Poczeka, aż w końcu umrze, wtedy ją opieprzy.
Luke zaś zaczął kręcić z Marą Jade, kolejną osobą, której nie lubił. Ręka Palpatine, helloł, Luke, pamiętasz? Ech. Jego syn miał jakieś altruistyczne skłonności i naiwną wiarę, że ludzie mogą się zmienić. Jasne, ta wiara Luke’a pomogła mu zerwać się z niewoli Ciemnej Strony Mocy (i Palpiego), choć wolałby podjąć decyzję bez torturowanego syna w tle. Zresztą, nie wrócił do bycia Jedi. Co to, to nie, już wolał użerać się z bandą jajorodnych ludzi, którzy wcale nie byli jajorodni, ale sobie ubzdurali, że są, skoro ich przodkowie tacy byli. A to, że między przodkami, a nimi nie było żadnego powiązania genetycznego, nie było żadnym argumentem, dziękuję bardzo, chcę być jajkiem! Nie, stanowczo nie mógł należeć do Jedi, bo nikt normalny nie powinien mieć żadnej cierpliwości wobec tego całego szaleństwa, które codziennie rozgrywało się w jego domu. Więc nie był Jedi, nie był też w zupełności Sithem, bo choć był skory do gniewu i destrukcji, miał pilniejsze sprawy na głowie, niż podbój galaktyki, czy potęga dla samej władzy. Zamiast tego musiał martwić się losami zaświatów zbudowanych z jego własnej myśli, ogólnym losem wszystkich zaświatów, które on i jego Mandalorianie chronili przed czającymi się na Pustyni kreaturami oraz swoją „żywą” rodziną, która stanowiła magnez na wszelkie kłopoty. Leia urodziła bliźniaki, Jacena i Jainę, Luke związał się z Marą Jedi. Lata mijały, galaktyką co rusz wstrząsał konflikt, jeszcze straszniejszy niż poprzedni (a wszyscy tak narzekali, że za czasów Imperium nie było ani chwili spokoju!).
Któregoś dnia na progu pojawił się Wookiee, który zginął w obronie jego najmłodszego wnuka. Jako, że Chewbacca strzegł jego rodziny przez tyle lat, uznał, że wypada mu chociaż podziękować (i zdobyć nowe informacje, co się działo w życiu jego dzieci. Bycie bogiem miało swoje plusy, jeśli chodziło o zdobywanie takich informacji, ale nawet on nie miał stałej możliwości ich nadzoru). Wookiee nie był jakoś zachwycony spotkaniem z Vaderem – nie to, że on był zachwycony jakoś bardziej. Ale Padme nie byłaby Padme, gdyby zaraz nie oczarowała Chewbaccy swoją osobą, do tego stopnia, że ten uznał ich za część swej honorowej rodziny od strony Solo i tak Manda doczekała się nowego członka.
Tyle, że nie było go wśród żywych raptem parę lat, a zaraz jacyś Vongowie przywlekli swoje zady znikąd. Koniec końców, jego najmłodszy wnuk, Anakin Solo zginął podczas ważnej misji Jedi, ratując swoje rodzeństwo i towarzyszy. Był przy nim, gdy ten umierał; wolałby go uratować, lecz Anakin, jak na wojownika przystało, wolał sam zginąć, niż pozwolić zginąć innym. Rozumiał to, znał aż za dobrze. Toteż był przy nim, gdy Moc przepełniała ciało chłopca, by móc szybko go pochwycić, nim wysłannicy Jedi i Sithów mogliby spróbować go przeciągnąć na stronę swoich królestw.
Leia nazwała najmłodszego syna na jego cześć – był cholernie szczęśliwy na jej gest pojednania (na równi z przerażeniem, bo już dawno uznał, że jego imię musi być przeklęte. Na serio. W końcu był Jedi, potem Sithem, by umrzeć, mieć więcej problemów z obiema wspomnianymi grupami, by tylko skończyć z bandą niereformowalnych Mandalorian). Niestety, to komplikowało jego życie, bo szybko pojawiła się niezręczność wołania ich tym samym imieniem, kiedy nawet inicjały były jednakowe. Toteż odstąpił od swego imienia na rzecz wnuka, bo chłopak zasłużył na nie, o wiele bardziej, niż on sam. Koniec końców znów stał się Vaderem, nawet jeśli Padme odmówiła kiedykolwiek tak go zwać. Co nie zmieniało faktu, że w znacznej ilości zaświatów, tak właśnie był znany. Mandalorianom nie robiło to żadnej różnicy, bo większość i tak uparła się nazywać go Niszczycielem, Wojownikiem, Kad Harangirem bądź Wybranym (tego ostatniego nie znosił z całego serca). Oczywiście, Taungowie nie byliby sobą, gdyby zaraz nie dostrzegli kolejnej zgodności między jego rodziną, a swoją mitologią (podejrzewał, że wymyślają ją na bieżąco, ale chociaż próbował przyłapać ich na tym, jeszcze mu się nie udało).
Skoro w ich mniemaniu, istniały trzy siły działające na świat – Hod Ha’ran, którego utożsamiali z Sithami, Arasuum, odpowiednik Jedi i on, Kad Ha`rangin, to trójka jego wnuków idealnie pasowała do roli Wizji, Prawdy i Honoru. Anakin Solo został okrzyknięty kolejnym mandaloriańskim bóstwem i żaden z Taungów nie chciał słyszeć, że może być inaczej. On sam już dawno temu dał sobie spokój z próbami przemówienia im do rozsądku. Ulic i Revan całkowicie zgadzali się z nim w tej kwestii...
Niedługo później – trudno było określić czas żywych, martwym wiek mijał równie szybko co dzień – w zaświatach pojawiła się wkurzona Ailyn Vel. Ponieważ urodziła się na Concord Dawn, mogła wybrać, które zaświaty uzna za swój nowy dom. Jako osoba wielce uprzedzona do obecnego Mandalora, Boby Fetta, odrzuciła Mandę. Vader nie ubolewał nad tym jakoś szczególnie, zwłaszcza, gdy kobieta przybyła odwiedzić jego dom. Jak się okazało, zabił ją Jacen – wiadomość ta zasmuciła Padmę, tak samo jak opowieść Ailyn o jej trudnym życiu. Jego osobiście już od dawna nie poruszały żadne ckliwe opowieści. Raz, że sam przeszedł długą drogę od bycia człowiekiem, niewolnikiem, Jedi, generałem, Sithem, masowym mordercą, destruktorem do ponownego bycia smokiem. Zresztą, była kiepską łowczynią głów, jeśli dała się złapać i nie umiała się wyłgać od własnej śmierci. Za jego czasów, to byli dopiero łowcy! Nie wspominając faktu, że będąc bogiem Mandalorian, znał ich wszystkie dobre i złe wspomnienia, toteż historia Ailyn Vel nie robiła żadnego wrażenia. No i pomagał fakt, że na miejscu Jacena, także wyeliminowałby każde zagrożenie czyhające na jego bliskich. W tej kwestii, jak i jej podobnych, trudno mu było osiągnąć porozumienie z Padme. Ale wolał się z nią nie zgadzać, aniżeli pozwolić jej poznać wszystkie, najgorsze i najbardziej przerażające sekrety Mandalorian.
Mimo wszystko, Ailyn pozostała u nich przez jakiś czas, gdy okazało się, że jej matka ciągle jest gdzieś tam, w świecie żywych. I chociaż starał się wykrzesać dla niej odrobinę zrozumienia, szybko go zirytowała swymi próbami morderstwa każdego napotkanego klona. Tego nie zamierzał akceptować, lecz czarę przelało spotkanie kobiety z jej dziadkiem, Jango Fettem. To wydarzenie było bardziej widowiskowe, niż mała apokalipsa. Nie pomagał fakt, że oboje pochodzili z Concord Dawn, o którym od dawna nie miał dobrego zdania. Manda była kolebką istot o patologicznym uosobieniu i historii pełnej przemocy. On sam się tam świetnie odnajdywał! Ale choć kodeks decydujący o akceptacji duszy zmarłego miał raptem sześć zasad dla „zwykłych” osób (więcej dla Mandalorów, Taungowie bardzo dbali o swoje standardy), wszyscy przejawiali się niezwykłą lojalnością wobec swoich klanów, pobratymców czy ogólnego dobra społeczności. Zaświaty Concord Dawn, pomimo historycznego powiązania planety z Mandalorianami, były zaś jakimś przykrym nieporozumieniem, gdzie ludzie chętnie gotowali innym prawdziwe piekło. Mieszkańcy tegoż zakątku byli ogólnie mówiąc uprzedzonymi, pełnymi społecznych fobii wieśniakami i Vader najogólniej ich nie lubił. Aylin była przepełniona nienawiścią do wszystkiego i wszystkich, którzy przypominali jej o ojcu. Dlatego nie omieszkała wyładować swoją złość (wraz z wszelką nietolerancją Concord Dawn) na swoim dziadku. Do tego stopnia, że Fett zmienił się w jajko. W jajko! A ona próbowała je rozbić! Aż złość się w nim zagotowała! ...dobra. Zaczynał podejrzewać, że może Taungowie jednak nie kłamali z tymi jajkami i smokami. Ostatnio stał się wrażliwy na widok jajek. W każdym bądź razie, z hukiem ją wyeksmitował ze swego domu, przerażony myślą, że kiedyś Boba Fett w końcu umrze, a wtedy rodzinne spotkanie Fettów zrujnuje jego kuchnię bardziej, niż kłótnia sióstr Kryze.
Niedługo po pojawieniu się Aylin Vel, w zaświatach pojawiła się jego synowa, Mara Jade. Sytuacja pośród żywych była cholernie skomplikowana i nawet się nie łudził, że to koniec rodzinnych spotkań. Tak jak sądził, za jakiś czas musiał opuścić swoją twierdzę (co nigdy nie było dobrym rozwiązaniem, bez niego Manda była bezbronna. Szczęśliwie armia Mandalorian czasem się przydawała), aby zgarnąć duszę Jacena nim którakolwiek ze stron go porwie. Ostatecznie Jacen został Wizją – bogiem odpowiedzialnym głównie za Mandalorów, którzy działali zgodnie z jakimś swoim „objawieniem” lub planem, mającym przynieść im i ich podwładnych chwałę bądź uznanie. Anakin w tym czasie już był zaprawionym w bojach smokiem (to okazało się dziedziczne), który spędzał dużo czasu na pograniczu Pustyni z bezrozumnymi Cieniami, strzegąc w ten sposób galaktyki. Uchodził za bóstwo wszystkich Mandalorian, a mianowicie był Honorem. Jaina miała być Prawdą. Aż się bał pomyśleć, kim zostanie Leia i Luke. Co do swej córki, nie zdziwiłby się, gdyby Taungowie okrzyknęli ją Chwałą. Bał się za to z kim jego syn – jako mistrz Jedi – zostanie utożsamiony. Nie mówiąc o Solo, czy o młodym Benie.
W każdym bądź razie, życie w jego Zaświatach na pewno nie można było określić mianem stagnacji. A przecież wiedział, że za jakiś czas reszta rodziny dołączy do ich grona. A wraz z nimi Boba Fett i młoda Mirta i wiele innych osób, którym będzie trzeba wyperswadować ideę walki i szukania zemsty. Trzeba będzie znaleźć sposób, aby pogodzić klan Fettów bez ofiar śmiertelnych (zwłaszcza u klonów) i aby Boba nie wyleciał stąd na zbity pysk. Wszyscy Taungowie byli oburzeni istnieniem Mandalora, który nie znał własnego języka i obyczajów, co też nie pomagało samemu Jango Fettowi. Cassus Fett, jeden z najbardziej wpływowych członków tego klanu już od dawna był cięty na tą dwójkę swych dalekich potomków. A, że Cassus był zaufanym Mandalora Ostatecznego, a ten z kolei był starszym bratem Nieposkromionego, z którym z kolei był spadkobiercą Pierwszego... oj tak, ojciec i syn mieli obaj przechlapane. Nie to, że zamierzał ich ratować z bagna. Sami są sobie winni.
Pewnie pomogłoby, gdyby Jango w końcu ogarną się ze swoim życiem, ale utknął na wspomnieniach z Concord Dawn i tak, jak umarł pół wieku temu, tak nie udało mu się tego przebrnąć. Jaster Mereel wcale nie był lepszy, podobnie jak większość współczesnych Mandalorian. Prawdziwym rekordzistą zaś okazał się Tor Vizsla, który swoje pół wieku życia uporządkował w niecałe osiem godzin. Zasadniczo wszystkim napotkanym osobom (które najczęściej sam zabił) mówiąc, że nic go nie obeszli. Proste. Lubił to podejście – mało problemów, a jakie korzyści, gdy Tora można było wysłać na polityczne spotkania z Jedi i Sithami, którymi potrafił zmanipulować.
W każdym bądź razie, Manda była silna – miała aż trzy smoki, kilkanaścioro użytkowników Mocy w tym takich, z wyższego szczebla i całą armię chętnych do walki Mandalorian. Po co komuś byli Jedi i Sithowie, gdy można było istnieć wolnym pośród niebezpiecznych piasków Pustyni?
W końcu jako smok, należał do niej, tak samo, jak ona należała do niego.


Hashhana



 

Komentarze
 
#1 | Dhadral dnia 20 grudzień 2014 21:58:41
Naprawdę wspaniale się ubawiłam. :D Dawno nic nie wprawiło mnie w tak dobry nastrój.
 

Dodaj komentarz
 
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
 
 

Społeczność
  *Newsy
*Nadchodzące wydarzenia
*Ostatnie komentarze
O nas
About us
Über uns
*Członkowie
*Struktura
*M`Y w akcji
*Historia Organizacji *Regulamin
*Rekrutacja
*Logowanie
M`y na Facebooku
Copyright © 2009-2014




Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2017 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3. 6,990,270 unikalne wizyty