The Old Republic: Nadzieja na koniec
 
1.

Alderaan, 14 BTC


R’un podbiegł pochylony do dowódcy oddziału. Wyczuwał w Mocy, że oddział wroga jest blisko, więc tym bardziej zachowywał zdwojoną ostrożność. Czterdziestodwuletni porucznik spojrzał na niego spod krzaczastych brwi. Kucał za naprędce skleconym przez żołnierzy wałem z gałęzi, liści i mchu, trzymając karabin. Ubrany był w wojskową czapkę, kurtkę i spodnie w kolorach maskujących oraz pojedyncze elementy durastalowej zbroi. Na jego twarzy widać było determinację i zdecydowanie.
– Jak sytuacja w obozie? – spytał Jedi.
– Żadnych nowości – odparł porucznik Kar. – Wiemy to samo, co dwie godziny temu, czyli że wróg jest około kilometra stąd i…? – spojrzał wyczekująco na R’una. Ten niechętnie kiwnął głową.
– Mają Sithów. Nawet nie próbują ukryć swojej obecności w Mocy. Jedenastu, w tym co najmniej jeden Lord. Do tego dziesięć kroczących droidów bojowych, czterdziestu żołnierzy w trzech oddziałach, trzech Mandalorian i do tego sprzęt: co najmniej cztery granatniki, cztery stacjonarne ciężkie karabiny i Mandalorianie mają miotacze płomieni. I pewnie jeszcze parę innych niespodzianek.
– Stang! – zaklął porucznik. Myślał przez chwilę, marszcząc brwi. – Dobra, ludzie są gotowi?
– Ani ilość sprzętu, ani morale nie będą już wyższe, poruczniku – odparł R’un. Wiedział, że dowódca sam sprawdził to jeszcze pięć minut temu, ale na froncie w ciągu pięciu minut wszystko mogło zmienić się diametralnie, tak w umysłach żołnierzy, jak i w wyposażeniu. A Jedi świetnie nadawał się do ocenienia nastrojów panujących w obozie.
Kar nasunął gogle na oczy i sprawdził swój ekwipunek. R’un także upewnił się, że zbroja dobrze na nim leży. Miał co prawda tylko osłonę klatki piersiowej oraz goleni, resztę stanowiło zwykłe żołnierskie ubranie polowe, ale wiedział, że inni żołnierze też nie mogą pochwalić się lepszym wyposażeniem. Jeszcze tego ranka widział, jak Kar osobiście oddawał swoje karwasze medykowi. Z pewnością był dobrym dowódcą. Ale czy równie dobrym żołnierzem?
– Dobra, czekamy na sygnał od Havoców – rzucił wreszcie porucznik do ogólnego kanału. – Wszyscy na ziemię, mordy w kubeł i przygotować się do akcji. Jak mi ktoś choćby pierdnie to po bitwie osobiście go zamorduję.
R’un poznał Kara pięć dni wcześniej, kiedy przybył na planetę. Minęły dwa tygodnie od wypełnienia jego ostatniej misji i nie robił nic ważniejszego od siedzenia na dupie na jednym z posterunków dalekich od linii frontu, więc jeden z członków Rady wysłał go, żeby wsparł Siły Specjalne Republiki w misji odbicia Alderaanu. Po długim locie na miejscu powitał go porucznik Kar, umieszczając go w niczym niewyróżniającym się namiocie dla szeregowych członków oddziału. Niedawno pasowany Rycerz musiał szczerze przyznać, że mężczyzna mu tym zaimponował. Jako twardo stąpający po ziemi Jedi, służący już pod rozkazami dowódców i walczący w kilku bitwach był przyzwyczajony do spartańskich warunków i nie oczekiwał, ani tym bardziej nie potrzebował, żadnych innych. Wyczuł też, że zmęczony już konfliktem Kar ucieszył się, że zyskał w swoim oddziale tak nieocenioną pomoc, jak użytkownik Mocy. Jego umiarkowany, dobrze ukrywany pod maską surowości entuzjazm wzrósł jeszcze bardziej, kiedy dowiedział się, że R’un Markl jest bardzo dobrym zwiadowcą, od dziecka szkolącym się w technikach ukrywania swojej obecności w Mocy i kamuflażu.
R’un wrócił przed chwilą właśnie z jednego ze swoich rozpoznań. Był bardzo ostrożny, z uwagi na obecność Mrocznego Lorda w obozie wroga, ale wydało mu się, że wszyscy imperialni są zbyt pewni siebie, żeby zmusić się do czegoś więcej niż czujniki i wystawianie tradycyjnych wart. Nawet Mandalorianie byli jacyś tacy rozleniwieni, tylko jeden stał, rozglądając się, reszta siedziała wokół zwyczajnego ogniska i popijała coś z manierek.
R’un zamyślił się. Czy naprawdę udział mandaloriańskich wojowników w tej wojnie był spowodowany tylko chęcią zemsty za przegraną sprzed trzystu lat i powiększenia swojego terytorium ekspansji, czy może kryło się za tym coś więcej? Pewnie to drugie. Młody Jedi nie był naiwny, wiedział, że jeśli ktoś nienawidzi Zakonu, na pewno ma do tego powody, a tym bardziej wojownicy Mandalora. Ale czy to czyniło dawne czyny użytkowników Jasnej Strony, stanowiące przyczynę tej nienawiści złymi? R’un nie wiedział. I nie zamierzał się nad tym zastanawiać. To, co powinno go interesować, działo się tu i teraz, a oczywistym było, że Sithów i Mandalorian należało powstrzymać przed sprowadzeniem terroru na Galaktykę. Terroru, który niezależnie jak świętymi celami będzie usprawiedliwiany, nie utraci swojej zbrodniczej, mrocznej natury. A Ciemna Strona nigdy nie śpi.
Nagle komunikator porucznika zaczął wydawać z siebie cichutkie piski. Dowódca sprawdził go i wyłączył dźwięk. Wymienił z R’unem porozumiewawcze, poważne spojrzenie i uruchomił ogólny kanał.
– Havoc rozpoczyna atak – powiedział cicho. – Ruszamy. Powtarzam, ruszamy do ataku. Przełączcie komunikatory na kanały swoich oddziałów. Od teraz działamy jak jeden organizm. Przetrwajcie dzisiaj, żeby móc walczyć jutro, dzięki nam Republika nie upadnie! – usłyszał jeszcze jak wszyscy powtarzają trzy ostatnie słowa i schował urządzenie. – Idziemy – rzucił do R’una i powoli wyszedł zza wału.

***

Var’den Rul stał pięć kroków od ogniska, uważnie obserwując okolicę. Trzymał w rękach swój karabin szturmowy, a w kaburze przy prawym udzie spoczywał nieodłączny ciężki pistolet arkaniański. Był w pełnej zbroi i co jakiś czas opuszczał dalmierz swojego czarno-niebieskiego buy’ce, żeby upewnić się, co zauważył. Nie ufał ani trochę warcie imperialnych, a od dziecka powtarzano mu, że jeśli chce, żeby coś było zrobione dobrze, musi zrobić to sam.
– Ha! Znowu przegrywasz! – krzyknął Murl, jeden z dwóch towarzyszy Mandalorianina, siedzących przy ognisku bez hełmów na głowach. Grali w pazaaka w wersji polowej, bo Murl był olbrzymim fanem tego typu zabaw i nigdzie nie wychodził bez swojej „szczęśliwej talii”. Dla Var’dena było to stratą czasu i miejsca w plecaku, ale gadatliwemu wojownikowi nikt nie przemówiłby do rozumu.
– Pięć minut temu widziałem coś dziwnego w krzakach na północy – odezwał się Rul do towarzyszy. – To mógł być zwiadowca.
– Nie, na pewno nie – Murl machnął ręką. – Alderaan jest już nasz, Republika nie ma nawet kogo tu wysłać, żeby nas zaatakował. Wyluzuj – rzucił, tasując karty.
– Też tak pomyślałem, ale nie daje mi to spokoju – odpowiedział Var’den, nie przerywając obserwacji terenu wokół bazy. – Chyba pójdę do Verlaxa.
– Nie idź do tego dupka, znowu będzie cię cisnął.
– Myślisz, że mnie to obchodzi? – rzucił na odchodne Var’den i skierował kroki do namiotu dowódcy oddziału Imperium.
Murl wziął kolejnego łyka z manierki.
– Dobry ten shig, z czego zrobiłeś? – zapytał Jainga, małomównego łowcę, z którym właśnie wygrał kolejne rozdanie.
– Nie chcesz wiedzieć – odparł lakonicznie Jaing. – Ważne, że dobre i że pobudza.
– Gar serim!
Var’den tymczasem dotarł już do namiotu lorda Sithów. Przed wejściem drogę zagrodzili mu dwaj zakapturzeni wojownicy w czarnych, durastalowych maskach. Popatrzyli sobie w wizjery.
– Muszę się widzieć z Verlaxem.
– Czemu zawdzięczam zaszczyt, łowco? – rozległ się nagle ironiczny, niski głos.
Z wnętrza namiotu wyszedł wysoki na metr dziewięćdziesiąt, otulony czarną szatą mężczyzna. Gdyby jednak Var’den nie wiedział, że Sith jest mężczyzną, nie byłby tego taki pewien. Verlax nie nosił maski, jak jego podwładni, ale za to jego twarz była tak pomarszczona i blada, że Mandalorianin równie dobrze mógł patrzeć na żywego trupa. Obaj wojownicy odsunęli się z lekkim ukłonem, a Lord Sithów stanął tuż przed Var’denem. Łowca czuł się, jakby mężczyzna przewiercał spojrzeniem swoich żółtych oczu jego hełm i wpatrywał mu się bezpośrednio w jego własne. Mimowolnie zadrżał.
Szybko się jednak opanował i powiedział rzeczowym, profesjonalnym tonem:
– Parę minut temu widziałem coś w krzakach, sto pięćdziesiąt metrów od granicy obozu. Podejrzewam, że mógł to być zwiadowca wroga.
– I musisz mnie wołać w takiej sprawie? – zniecierpliwił się Sith, jeszcze bardziej marszcząc twarz. – Szczerze wątpię, czy na tej planecie pozostał ktokolwiek zdolny do zaplanowanego ataku. Ale jeśli cię to usatysfakcjonuje, możesz sam iść to sprawdzić – ostatnie zdanie wręcz ociekało sarkazmem.
Mandalorianin w odpowiedzi po prostu odwrócił się i odszedł.
Di’kut – pomyślał, zmierzając do ogniska.
Nagle poczuł na sobie dotyk. Jakaś niewidzialna siła unieruchomiła mu kończyny, a kiedy miał upaść, niczym ogromna dłoń podniosła go pół metra nad ziemię i obróciła twarzą do Lorda Sithów. Twarz Verlaxa wyrażała wściekłość.
– Jeszcze raz – każde słowo wyznawca Ciemnej Strony wypowiadał powoli i z namaszczeniem. – Odwrócisz się do mnie tyłem…!
Niezależnie jak Var’den tego pragnął, nie potrafił się poruszyć. Poczuł, że niewidzialne macki sięgają ku jego szyi.
– Myślisz, że nie wiem, co o mnie myślisz, głupcze? – kontynuował Sith. Jego lewa dłoń ledwo się poruszała, kiedy powoli przysuwał Mandalorianina ku sobie. – Chyba pomylił ci się rozkład sił!
W poszerzonym polu widzenia swojego hełmu mężczyzna zauważył, że jego vode zauważyli sytuację i już biegli na pomoc. Verlax nawet na nich nie spojrzał, kiedy podbiegli i wycelowali w niego swoją broń. Stojący w pobliżu żołnierze Imperium zrobili to samo, celując swoje karabiny w Mandaloriańskich wojowników.
– Zostaw go, Verlax – powiedział Jaing, celując w głowę Lorda.
Ten wreszcie zwrócił na niego swoje żółte oczy. Var’den nie mógł nic powiedzieć.
– Jesteś głupi, czy co? – kontynuował Jaing. – Chcesz zerwać warunki umowy? Od takiego czegoś się zacznie, a potem już tylko krok do wycofania naszego poparcia dla waszego kochanego Imperium. Przypomnę Ci tylko, że zaledwie tysiąc kilometrów stąd jest Shae Vizla, a ja bardzo chętnie utnę sobie z nią pogawędkę na szybkim łączu.
Wyraz twarzy Verlaxa nie zmienił się ani odrobinę, ale puścił Var’dena, który upadł na ziemię, kaszląc. Szybko się jednak poderwał, patrząc Sithowi prosto w oczy.
– Jeszcze o tym pogadamy – rzucił i wszyscy trzej odeszli w stronę ogniska.
– Chakaar – rzucił gniewnie Murl, rzucając karabin obok swojego namiotu. – Gdzie idziesz? – zawołał za odchodzącym Var’denem.
– Na zwiad – odparł wojownik, wychodząc poza obręb obozowiska.


2.


R’un ruszył pochylony do swojego oddziału, złożonego z pięciu zwiadowców. Wszyscy byli bardzo dobrymi żołnierzami, przeszkolonymi na członków sił specjalnych i gotowymi na śmierć. Dowódca, sierżant Vixer, spojrzał na R’una swoimi zapadniętymi oczami, uśmiechając się lekko.
– To co, komandorze, zobaczymy wreszcie, jak pan wywija swoją świetlówką?
– Ta-a, Vixer, ty lepiej uważaj z tą swoją strzelbą, żebyś przypadkiem nie ustrzelił i mnie – odparł Markl, także się uśmiechając.
– Oj tam – rzucił żołnierz, potrząsając bronią z ponurą miną. – Raczej nie ma ryzyka, bo masz inny kolorek niż tamci, co nie? Zresztą, jeśli sam się nawiniesz…
R’un uśmiechnął się. Lubił przekomarzać się w podobny sposób z tymi ludźmi. Widzieli oni tyle śmierci, a mimo to zachowywali entuzjazm, bo wiedzieli, że tylko w ten sposób mogą cieszyć się z życia w obliczu wojny. I nie oszaleć.
Jedi rozejrzał się. Wszędzie dookoła szli żołnierze Republiki. Niektórzy należeli do niedawnych sił broniących Alderaanu przed Imperium, a po rozgromieniu swoich oddziałów dołączyli do stacjonujących na planecie Sił Republiki. Tych, które same przetrwały. Większość żołnierzy była ludźmi, ale widział też kilku Twi’leków i jednego Kaleesha. Cały oddział porucznika Kara liczył trzydzieści siedem osób, łącznie z R’unem. Byli dość dobrze uzbrojeni, choć wciąż ustępowali w tym względzie siłom wroga. Dużo gorzej było z opancerzeniem i środkami medycznymi. W tym momencie wszyscy liczyli tylko na element zaskoczenia, który dawał im jedyną przewagę nad oddziałem Imperium. Mężczyzna przeczuwał, że tak samo jest w większości oddziałów, przypuszczających właśnie synchroniczny atak na posterunki i oddziały Imperium. Z pewnością gorzej miały te, które teraz broniły własnych posterunków bądź toczyły nieprzerwane od kilku dni walki z napierającym bezlitośnie wrogiem.
Największą nadzieją wszystkich walczących tego dnia było zwycięstwo elitarnej Drużyny Havoc, dowodzonej przez Jace’a Malcoma. R’unowi jednak dodawało nadziei coś jeszcze – w obszarze działania Drużyny siłami Republiki dowodziła także Satele Shan. Młody mężczyzna słyszał o niej jako o nieustraszonej wojowniczce, która zawsze zrobi wszystko, żeby poprowadzić oddziały do zwycięstwa. Wielka Jedi i wielka obrończyni Republiki – to tylko kwestia czasu, kiedy dostanie rangę Mistrza. R’un szczerze jej tego życzył. Sam nie wiedział, czy dożyje do własnej promocji, tym bardziej, że dopiero rok temu przeszedł próby, a wojna trwała już dobre czternaście lat, zbierając krwawe żniwo po obu stronach konfliktu. Potrząsnął głową i skupił się. Byli coraz bliżej obozu wroga.

***

Wśród żołnierzy zapanowało poruszenie. Murl spojrzał zaciekawiony na biegających coraz szybciej i zbierających sprzęt wokoło ludzi.
– Niespodziewany wymarsz? – zdziwił się, zbierając karty. Schował je do plecaka i sięgnął po swój hełm. Jaing zrobił to samo.
– Czyli jednak – mruknął Murl z niechęcią, po wysłuchaniu krótkiej wiadomości od Vizli do wszystkich Mandalorian na planecie: „Główny oddział został zaatakowany. Zniszczyć wroga”. Błyskawicznie spakowali resztę rzeczy do plecaka i mężczyzna założył go.
– Gdzie jest Var’den, do shab? – zniecierpliwił się.
– Na zwiadzie – odparł Jaing, patrząc w stronę, w którą udał się ich towarzysz. Droidy bojowe zostały włączone i już ustawiały się w szyku. Gotowi żołnierze, po utworzeniu kordonu wokół byłego już terenu bazy wyłączali właśnie emiter pola chroniącego przed strzałami z blastera.
Var’dena wciąż jednak nigdzie nie było widać.

***

R’un, czołgający się na przedzie, niemal niezauważalnie powoli uniósł prawą, zaciśniętą pięść. Porucznik zrobił to samo, żołnierze za nimi powtórzyli gest i po chwili cały oddział, czołgający się po cichutku po ściółce, zatrzymał się. Jedi czuł od każdego z nich gwałtowną mieszaninę emocji, takich jak strach, podniecenie, gniew czy zwykły niepokój. Obrócił się powoli do dowódcy.
Powodem, dla jakiego się zatrzymał było jakieś silne przeczucie, jakby ostrzeżenie. Delikatnie pozwolił swoim zmysłom Mocy wysunąć się, w poszukiwaniu niebezpieczeństwa. Coś było na rzeczy. Coś niejasnego, ale pewnego i to coś znajdowało się pięćdziesiąt metrów przed nimi. R’un upewnił się, że nie jest to istota mocowładna, po czym przekazał Karowi na migi, że wyczuł niebezpieczeństwo i że sam je sprawdzi. Pokazał jeszcze obie dłonie z rozcapierzonymi palcami na znak, że mają ruszać za dziesięć minut, gdyby nie wrócił i zaczął czołgać się po łuku w stronę tego, co wyczuwał.
Zwykły zwiadowca, obserwujący z zewnątrz działania R’una, powiedziałby z pewnością, że popełnia on masę błędów. Czołgał się szybciej niż zwykle, zamiast wolniej, inaczej rozkładał ciężar ciała i inaczej stawiał kończyny. Jednak ten sam zwiadowca, gdyby spojrzał na to z perspektywy podchodzonej ofiary, nic by nie zobaczył ani nie usłyszał. Jedi bowiem używali Mocy, kiedy przychodziło do skradania się i kamuflażu. Moc dawała ogromnie większe możliwości, pozwalając jednocześnie na zupełnie inne techniki poruszania się, szybsze i wydajniejsze pod względem zużycia energii.
Po trzech i pół minuty takiego podchodzenia R’un wyczuł wreszcie, a zaraz potem zauważył, z czym miał do czynienia.
Był to Mandalorianin. Ten sam, który stał wcześniej w obozie. Musiał wtedy zauważyć R’una w momencie, kiedy ten na ułamek sekundy zrzucił z siebie zasłonę Mocy. Z pewnością dla niego było to nie więcej, jak krótkie, niepewne mignięcie, ale widać, że wojownik był doświadczony i wykonywał swoją pracę na poważnie. Kucał w małej kryjówce, skryty między wielkim drzewem, a sporym krzakiem przylegającym do jego pnia, piętnaście metrów od Jedi. Był niemal niewidoczny, R’un podejrzewał, że gdyby nie Moc, nie dostrzegłby wroga. Teraz Mando siedział spokojnie z wycelowanym w gąszcz sporym karabinem, nie poruszając się i oddychając płytko. Jego serce biło normalnym tempem, a lufa broni wyglądała z tej odległości jak jedna z gałęzi krzaka stanowiącego kryjówkę łowcy.
Jedi poczekał jeszcze dwie minuty, ale wojownik nawet nie drgnął. Nawet R’unowi, który wiedział, gdzie wróg się znajduje, ciężko było dostrzec zarys jego sylwetki. Przez chwilę decydował, czy powinien zdjąć przeciwnika, czy wrócić do reszty. W końcu doszedł do wniosku, że próba pacyfikacji niesie za sobą zbyt duże ryzyko, więc bardzo powoli zawrócił i poczołgał się z powrotem w stronę oddziału, skrytego czterdzieści metrów dalej i całkowicie stąd niewidocznego.
Dał porucznikowi znak, żeby nikt nie wydawał żadnego dźwięku i przekazał mu na migi informację o skrytym wartowniku. Zasugerował, żeby poczekali jeszcze pięć minut. Jeszcze kwadrans temu wroga tam nie było, więc może była to tylko chwilowa warta, którą szybko zakończy. Porucznik był zirytowany, ale zgodził się.
Mandalorianin istotnie, po sześciu minutach powoli uniósł się i odszedł, pochylony. R’un wyczuł to w Mocy, tak jak lekki niepokój i zamyślenie mężczyzny. Musiał naprawdę dobrze znać się na swojej robocie, nawet jak na Mandalorianina.
Na znak dany przez porucznika po sygnale od młodego Jedi, cały oddział ponownie ruszył w stronę wroga. Pozostało im pokonać osiemdziesiąt metrów do granicy obozu.

***

– Ruszać się, najemnicy! – warknął Verlax, przechodząc obok Murla i Jainga w towarzystwie reszty postaci w czarnych płaszczach. – Idziemy dobić tę żałosną namiastkę Republiki. Ruszamy na południe, dołączymy do Darth Tradda i zniszczymy resztki naiwnego oporu.
Widocznie Sitha bardziej absorbowała chęć zabijania Republikanów i Jedi niż wściekłość na trójkę Mandalorian. Murl i Jaing ustawili się w szyku głównych sił, prawie gotowych do wymarszu.
– Gdzie jest Var’den? – zniecierpliwił się Murl. Otworzył ich wewnętrzne łącze. – Var’den, gdzie jesteś?
– Jestem tutaj, di’kut! – rozległ się głos tuż za jego ramieniem.
– Gar shabuir! – Murl podskoczył lekko. – Ile razy mam ci mówić, żebyś się tak do mnie nie skradał?
– Zrobiłem zwiad i posiedziałem chwilę w ukryciu – powiedział Var’den. – Nic nie zauważyłem, ale jestem pewien, że coś tam jest.
– Może po prostu wypiłeś za dużo tego shigu od Jainga? I teraz jesteś zbyt pobudzony – mruknął Murl.
– Instynkt mówi mi, że ktoś nas obserwuje – odparł Mando, nie zważając na jego słowa. – Po prostu miejcie oczy dookoła głowy i włączone wszystkie czujniki w hełmach, okej?
Oddział powoli ruszył. Najpierw droidy kroczące, potem Sithowie, sprzęt i piechota. Trzej wojownicy uważnie patrzyli dookoła, wodząc wzrokiem po linii, gdzie kończyła im się widoczność w gęstym poszyciu lasu. Var’den trzymał swój karabin luźno i pewnie, wodząc palcem wskazującym prawej dłoni wokół spustu. Co kilka chwil jakieś mniejsze zwierzę poruszało się między liśćmi, powodując u niego leciutki skok adrenaliny. Był przyzwyczajony do takich misji. Brał udział w kilkunastu pomniejszych i kilku większych bitwach tego konfliktu i mógł sam przed sobą przyznać, że przywykł do sposobu, w jaki to wszystko działa. Znowu jakieś zwierzę poruszyło listowiem. Chwila…
– Padnij! – krzyknął, obracając się i pchnął z całej siły obu towarzyszy na ziemię, po chwili upadając obok nich.
Odgłos ciężkich kroków imperialnych droidów bojowych przecięły dwa niemal jednoczesne świsty. Źródłem obu okazały się strzały z broni blasterowej. Jeden otarł się o tył hełmu Var’dena, powodując krótkotrwałe ogłuszenie. Po chwili jednak trójka Mandalorian podniosła się i kucnęła, celując z broni w leśny gąszcz. Var’den dostrzegł kontem oka, że Darth Verlax trzyma w dłoni zapalony miecz świetlny i wykrzykuje rozkazy. Widać to na niego przeznaczony był drugi strzał. Szkarłatna klinga stała się jedną z wielu, kiedy dołączyły do niej klingi mieczy pozostałych Sithów.
Ułamek sekundy później z krzaków potoczyły się granaty, z których większość zatrzymała się pod brzuchami idących wciąż droidów.
I rozpętało się piekło.


3.


R’un wybiegł zza drzewa. Kilku wrogich żołnierzy padło od razu, z zaskoczenia nie potrafiąc zareagować. Kilka droidów bojowych zostało zniszczonych granatami, ale pozostałe od razu rozpoczęły ogień zaporowy przeciwko napastnikom. Także dwóch Sithów zginęło niemal natychmiast, przygwożdżonych ogniem z karabinów blasterowych. Niestety, ten Mandalorianin zauważył ruch Fenice, która miała go idealnie na muszce swojego karabinu snajperskiego. Ale to błąd, który łatwo naprawić.
Kilku republikańskich żołnierzy upadło pod wybuchem naboju z granatnika tuż obok Jedi. Nie podnieśli się. R’un jeszcze nie włączał swojego miecza świetlnego. Nie chciał, by wiedzieli, że jest w oddziale Jedi. To była jedna z jego taktyk, którą z powodzeniem stosował.
Raz po raz zwinnie unikając blasterowych błyskawic, rozejrzał się w poszukiwaniu Mrocznego Lorda. Nie zdziwił się zbytnio faktem, że odbił on przeznaczony dla siebie strzał. Rangi Lorda nie dostawało się za dobre oceny. Młody Jedi wiedział, że jeśli nie znajdzie go szybko, będzie on dziesiątkował szeregi Republiki i bardzo szybko przechyli szalę zwycięstwa na stronę Imperium. Czy się bał? Oczywiście, bał się, jak cholera. Ale źle nakierowany strach prowadzi do gniewu, więc niedawno pasowany Rycerz wykorzystał go, by wzmocnić chęć zwycięstwa i determinację.
Kiedy dostrzegł cel piętnaście metrów dalej, płynnie odpiął miecz od pasa i włączył go tuż przed dwoma zaskoczonymi wojownikami Sithów. Jednego od razu przeszył na wylot przez brzuch, po czym przeciągnął miecz w poziomie, rozcinając mu wnętrzności i tym samym ruchem blokując ostrze jego towarzysza. Z tym musiał walczyć dłużej. Sith z wściekłością napierał na R’una potężnymi, wzmacnianymi Mocą atakami, tak, że niektórych Jedi nie był w stanie nawet zablokować, więc odsuwał się po prostu z ich drogi. Kiedy wyczuł moment, rzucił się naprzód, wykonując lawinę prostych, szybkich cięć i pchnięć, celujących mniej więcej w punkty witalne na ciele. Wróg zablokował cztery pierwsze ataki niespodziewanej serii, ale piąte trafiło go w opancerzone przedramię, a luka w gardzie pozwoliła R’unowi na szybkie cięcie w nogę. Pozostawił Sitha padającego na ziemię ze spalonym kikutem i pobiegł dalej, odbijając raz po raz blasterowe strzały.

***

– Gdzie oni są?! – wykrzyknął Murl, wyciągając oba pistolety. Rozglądał się gwałtownie, pochylony, a nad głową śmigały mu blasterowe błyskawice.
– Wszędzie – mruknął Jaing i ustawił swój karabinek na ogień ciągły.
– Po prostu ich zastrzel – powiedział Var’den, zabijając dwóch Republikańskich żołnierzy trzema szybkimi strzałami ze swojego karabinu szturmowego. Głowa wciąż trochę go bolała i szumiało mu w uszach po tym trafieniu. Na szczęście hełm miał całe wszystkie obwody. Jeszcze tego by brakowało, żeby nie mógł walczyć w swoim buy’ce.
– Rozdzielmy się – rzucił do towarzyszy. – Ja poszukam dowódcy, Jaing… – dostrzegł zieloną poświatę między gałęziami dużego krzaka. – Zdejmij tego shabla Jetii.
Ruszył biegiem, pochylony, strzelając raz na jakiś czas do wrogich żołnierzy.
– A ja? – zapytał Murl, strzelając serią z dwóch pistoletów w obsługę Republikańskiego granatnika.
– Hukaat’kama! – krzyknął Var’den, choć wcale nie musiał, bo rozmawiali na łączu w hełmach.
– Osłaniać, pewnie… – mruknął Mandalorianin w czerwonej zbroi, chowając się za drzewem, w które po chwili uderzyło kilka blasterowych boltów. – Nic nowego.

***

W momencie, kiedy R’un był trzy metry od Lorda, rażącego właśnie kilku żołnierzy błękitnymi błyskawicami Mocy, przestał odczuwać strach. Był pewny swoich umiejętności, teraz pozostało jedynie przekonać się, czy wystarczą. Kiedy będąc padawanem zdecydował, że jako Rycerz Jedi chce być wojownikiem, żołnierzem i służyć na froncie Wielkiej Wojny, mocno nakierował swój trening na realia walki na froncie, gdzie koniecznym jest jak najszybsze pokonanie wroga, by stawić czoła następnemu. Najważniejsze są więc ofensywa, szybkość i siła. Dlatego zrezygnował z częstych, wielogodzinnych treningów Form Drugiej i Trzeciej, by zamiast tego wytrwale doskonalić Formy Piątą i Siódmą, z niektórymi elementami Formy Czwartej. Na wojnie okazało się to bardzo rozsądne i przydatne.
Zielony blask miecza odbił się w ciemnobrązowych oczach R’una, kiedy skoczył do przodu, chcąc skrócić Lorda Sithów o głowę. Ten jednak błyskawicznie obrócił się wokół własnej osi, odbijając miecz Jedi i odrzucając go potężnym pchnięciem Mocy. Spojrzał na młodego mężczyznę, zaintrygowany. Uśmiechnął się lekko, zdejmując kaptur i płaszcz. R’un, który musiał zamortyzować upadek rękami i ledwo utrzymał się na nogach, spojrzał teraz na bladą, pomarszczoną twarz Sitha, niczym trupią maskę. Niezrażony, ruszył do ponownego ataku, tym razem nieco ostrożniej.
– Jesteś młody – mówił z upiornym uśmiechem Sith, blokując pozornie bez wysiłku grad szybkich ciosów. – Ale masz już doświadczenie i nie brak ci zapału.
R’un wykonał fintę, celując w gardło, po czym zrobił obrót, chcąc podciąć przeciwnika. Lord Sithów przeskoczył nad nim saltem w przód i jeszcze przed upadkiem poraził Jedi błyskawicami Mocy. Ten ledwo miał czas, by przekierować je na swój miecz świetlny.
– Jaka szkoda, że jesteś po złej stronie barykady – kontynuował Sith, nie przerywając rażenia wroga błyskawicami. – Byłbyś świetnym materiałem na ucznia.
R’un zaczął się chwiać. Nie miał dużego doświadczenia z takimi atakami i nie potrafił utrzymać na mieczu wszystkich wyładowań, przez co część z nich uwalniała się i raziła jego ciało. Próbował przekierować błyskawice za pomocą Mocy na samego Lorda, ale Sith zbyt mocno napierał. Ból, jaki powodowała każda trafiona w niego błyskawica był spory i niesamowicie nieznośny, a dodatkowo Jedi zaczął czuć nacisk na swój umysł. Jakby Sith był tak potężny, że potrafił w trakcie walki wykorzystać Moc również do ataku mentalnego. Jego myśli zaczynały bezwiednie krążyć wokół poddania się bądź zwrócenia ku Ciemnej Stronie po pomoc. Starał się jednak odpychać je wszystkimi siłami, jakie mu zostały. Wreszcie dostrzegł, jak jeden z imperialnych żołnierzy, prowadząc nieprzerwany ostrzał ze swojego karabinu przebiega tuż obok. Błyskawicznie chwycił go z całej siły Mocą i rzucił na drogę błyskawic. Rozległy się głośne trzaski wyładowań, kiedy zbroja żołnierza niszczała pod energią Ciemnej Strony.
Jedi nie czekał i od razu podbiegł do przeciwnika, wyprowadzając najpotężniejsze i najszybsze ciosy, na jakie było go stać. Uderzał z boków, z góry, z dołu i po skosach, podcinał i dźgał, ale Sith wszystkiego unikał, blokował, bądź zbijał. Jednak na jego twarzy zaczęło być widać ślady wysiłku, kiedy próbował kontrować, a w czasie takiej próby Jedi wykonywał trzy swoje ataki, zmuszające go do cofania.
Niestety, to wszystko wciąż było za mało, by pokonać Mrocznego Lorda Sithów. Mimo, że R’un robił wszystko, by nie osłabnąć i utrzymać tempo ataków, przeciwnik w końcu wyczekał odpowiedniego momentu i zranił go serią płytkich cięć w kilku miejscach na ciele. Kiedy mężczyzna musiał uklęknąć z powodu bólu, Sith posłał w jego stronę potężną falę niebieskich błyskawic. Te odrzuciły go daleko w tył. Jedi, po wyciskającym powietrze z płuc upadku bezwiednie skulił się na ściółce leśnej, w środku trwającej wciąż bitwy, targany bólem promieniującym na całe ciało. Przez kilka sekund leżał, przetaczając się z boku na bok. Po chwili ból zaczął słabnąć.

***

Czerwona błyskawica z karabinu Var’dena dosięgła wreszcie brodatego mężczyznę, który musiał schować się za grubym drzewem. Mandalorianin strzelił dwa razy do żołnierza, który próbował go zatrzymać. Zginął, zanim upadł i Mando poszedł dalej.
Walka miała się już ku końcowi. Coraz rzadziej słychać było strzały, a częściej krzyki rannych i jęki dobijanych, a także odgłosy walki wręcz. W tej walce zwycięstwo przypadło siłom Imperium. Var’den musiał jednak przyznać, że Republikańcom nie brakło odwagi ani wytrwałości. Przez dobrych kilka minut ostrzeliwał się z tym dowódcą i jego obstawą, zanim udało mu się ich zabić, a samego oficera trafić gdzieś w korpus. Wzbudzało to w nim uczucie, jakie sam określiłby „prawie szacunkiem”. Ale „prawie” robi wielką różnicę. Powoli okrążył pień, trzymając się z dala od niego.
Siedział za nim dowódca, zbroczony krwią, zabrudzony i wyczerpany. Widząc wroga, zadziwiająco szybko podniósł pistolet i wystrzelił serię w Var’dena. Ten po prostu zrobił krok w tył, gdzie znowu zasłaniał go pień. Bolty rozgrzanego gazu przecięły powietrze, nie czyniąc nikomu krzywdy. Var’den podszedł do drzewa, wychylił się zza niego i szybko wyszarpnął broń z dłoni oficera. Odrzucił ją daleko, po czym przeszedł i stanął przed brodatym dowódcą sił Republiki.
– Nigdy… – mężczyzna próbował coś powiedzieć, ale zamiast reszty słów, z jego ust wydobył się tylko bełkotliwy charkot.
Var’den oddychał głęboko. Walka naprawdę go zmęczyła. Na zbroi miał pełno osmolonych śladów po trafieniach, czuł promieniujący ból w kilku miejscach na ciele. Kolejny powód, by okazać nieco więcej szacunku temu śmieciowi.
– Ostatnie słowa? – zapytał ironicznie.
– Nigdy… nie… uda się wam… – mężczyzna coraz częściej kasłał i ciszej mówił.
Var’den wyjął arkana z kabury.
– Zabić… nas… wszystkich…
Var’den stał przez chwilę bez ruchu, po czym płynnie wzniósł pistolet i strzelił żołnierzowi w głowę. Ciężki pistolet arkaniański słynął z tego, że jego nazwa była w stu procentach zasłużona. Głowa dosłownie eksplodowała, została może połowa czaszki.
– Lżej ci teraz? – spytał Mandalorianin trupa, chowając broń z powrotem do kabury. Wyminął drzewo i pobiegł truchtem w stronę środka pola walki.
Jaing nie żył. Wiedział to już wcześniej, bo widział, jak dostaje z karabinu snajperskiego prosto w wizjer hełmu. Jego ciało leżące na mchu tylko przywołało ten obraz z powrotem przed oczy, więc odwrócił wzrok.
Pod jednym z drzew blisko przegrupowującego się oddziału Imperium leżał Murl. Leżał na plecach i nie ruszał się. Var’den podbiegł do niego i bardzo powoli ściągnął mu hełm. Sam także zdjął swój. Towarzysz okazał się przytomny.
– I co… – jęknął, trzymając się za bok. – Znowu się udało, co nie?
– Nie masz uszkodzonego kręgosłupa? Możesz usiąść? – spytał Var’den, podtrzymując lekko jego głowę i przytrzymując pierś, żeby się nie ruszał.
Murl zachichotał.
– Nie tym razem… – jego ciałem wstrząsnął spazmatyczny kaszel. Z ust pociekła strużka krwi.
– Jestem tutaj, wytrzymaj – towarzysz chwycił go za dłoń. – Pójdę po apteczkę polową…
Murl z całej siły przytrzymał jego rękę i pociągnął. Var’den został więc.
– Jaing… Czy żyje?
– Jaing odszedł na wieczne łowy, ner vod – odpowiedział mężczyzna. Nie widział sensu w okłamywaniu umierającego. Ten uśmiechnął się blado.
– A jednak nie zdążyłem… Ale zabiłem tę sukę, co go zastrzeliła… – wykrztusił… – Zabiłem ją…!
– Dobrze, ner vod – Var’den mocniej ścisnął dłoń Murla. – Bardzo dobrze. Pozwól mi pójść po…
– Nu… kyr’adyc… shi taab’echaaj’la... – wyszeptał wojownik ostatnim tchem. „Nie martwy, zaledwie odchodzący daleko”. Ostatni raz ścisnął z całej siły dłoń swojego brata, po czym ręka rozluźniła się i zawisła bezwładnie. Jego oczy zaszły mgłą. Wojownik odszedł.
Var’den jeszcze chwilę ściskał dłoń Murla, po czym pozwolił, by upadła na ziemię.


4.


R’un otworzył oczy. Ból wciąż się utrzymywał, ale zelżał na tyle, żeby Jedi mógł trzeźwo myśleć. Jego miecz świetlny gdzieś zaginął. Nie znajdzie go w takim pobojowisku. Chwila, pobojowisku?
Podniósł się na czworaka i rozejrzał. Wszędzie leżały ciała i zniszczony lub porzucony sprzęt. W odległości jakichś dwudziestu metrów gromadziła się resztka oddziału… Imperium. Czyli przegrali. Mężczyzna stłumił wszelkie negatywne emocje i usiadł.
Po spojrzeniu na Imperialnych ocenił, że zginęła ponad połowa żołnierzy wroga, wszystkie droidy bojowe zostały zniszczone, a Mandalorian nigdzie nie mógł zobaczyć, więc możliwe, że też nie żyli. Sithów zostało trzech albo czterech, w tym…
Nagle poczuł silne kopnięcie w plecy, które przewróciło go na brzuch. Obrócił się na plecy, by wstać, ale obuta ciężkim metalem stopa przygwoździła jego klatkę piersiową do ziemi.
– Wiesz, Jedi… – rzekł Mroczny Lord Sithów luźnym tonem. – Może zabrzmię tandetnie, ale zaimponowałeś mi. Nie to, żebyś był dla mnie jakimkolwiek wyzwaniem… – Sith rozejrzał się po polu bitwy, jakby rozkoszował się widokiem śmierci zarówno wrogich, jak i swoich żołnierzy. Zwrócił wzrok na leżącego. – Dam ci wobec tego jedną szansę. Przyłącz się do mnie i poznaj tajniki Mocy, o jakich nawet ci się nie śniło. Wtedy wszyscy razem zawładniemy Galaktyką.
Mówiąc, nacisnął lekko na umysł Jedi. Napotkał jednak opór.
– Nieważne… – odezwał się Jedi. Ciężar na klatce piersiowej utrudniał mu nieco oddychanie. – Nieważne, co chcesz osiągnąć… Ważne… jakimi środkami…
Cóż, trudno. Verlax zapalił szkarłatną klingę swojego miecza świetlnego.
– Co ci po najpiękniejszym celu… – mówił dalej Jedi. – Jeśli osiągasz go… najobrzydliwszymi środkami? Czy kiedykolwiek go osiągniesz?
Verlax skrzywił się z obrzydzeniem. Niereformowalny Jedi to martwy Jedi. Uniósł miecz, ale ułamek sekundy przed ciosem dostrzegł, że Jedi uśmiecha się, patrząc na coś za ramieniem Sitha. Odwrócił się z wściekłością.
Na ciemniejącym, wieczornym niebie zobaczył pojedynczy, jaskrawy punkt, przemieszczający się w górę i ciągnący za sobą smugę dymu. Po chwili zauważył kolejny, kolejne dwa, a potem więcej i więcej. Widać było co najmniej siedem rac, ale Lord Sithów przeczuwał, że na całej planecie było ich znacznie więcej. Nagle usłyszał pod sobą strzał i syk, a przed twarzą przemknął mu identyczny nabój. Spojrzał z niepohamowanym, dzikim gniewem na Jedi, trzymającego w prawej ręce pistolet na flary.
– Widzisz? – powiedział młody mężczyzna. – To nadzieja na koniec waszych środków… – podczas wypowiadania ostatniej sylaby czerwona klinga przeszyła serce Jedi, kończąc jego żywot.
Darth Verlax zszedł z ciała i ruszył ku pozostałym członkom swojego oddziału. Po drodze zrównał się z nim Rul. Sith zauważył, że obaj towarzysze mężczyzny nie żyją. Nie wyczuwał w nim jednak silnych emocji, jedynie mieszaninę lekkiego gniewu i zamyślenia. Lord uśmiechnął się pod nosem, wkładając płaszcz z kapturem, który przyniósł mu jeden z trzech pozostałych przy życiu pobratymców.
– Jak sytuacja? – spytał go.
– Darth Tradd nie żyje, Lord Merra prawdopodobnie też – zameldował Sith w naznaczonej świeżym śladem po blasterowej błyskawicy masce. – Zostaliśmy odcięci od głównego dowództwa, mój Lordzie. Prawdopodobnie siły Republiki już lądują w stolicy.
Tak wiele złych wiadomości. Verlax chętnie zmiażdżyłby podwładnego, by uwolnić gniew, ale to uszczupliłoby tylko liczebność już i tak żałośnie małego oddziału. Zamyślił się. Niezależnie jednak, jak się wysilał, nie potrafił znaleźć dobrego wyjścia z sytuacji, w jakiej wszyscy się znaleźli.
– Idziemy – powiedział, ruszając na północ. Była szansa, że ktoś odbierze ich z awaryjnego punktu zbornego Imperium. Mandalorianin w swojej czarno-niebieskiej zbroi szedł tuż za nim.

Behot

 

Komentarze
 
Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
 

Dodaj komentarz
 
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
 
 

Społeczność
  *Newsy
*Nadchodzące wydarzenia
*Ostatnie komentarze
O nas
About us
Über uns
*Członkowie
*Struktura
*M`Y w akcji
*Historia Organizacji *Regulamin
*Rekrutacja
*Logowanie
M`y na Facebooku
Copyright © 2009-2018




Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2018 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3. 9,610,938 unikalne wizyty