Więzy krwi: Jango i Boba
 
Tytuł oryginału: Blood Ties: A Tale of Jango and Boba Fett Zobacz też:
Zbiór cytatów z tej pozycji.
Scenariusz: Tom Taylor Pozycje w MME związane z tą pozycją:
Postacie: Jango Fett, Boba Fett
Broń: Miniaturowy miotacz Ognia ZX, Laser naręczny Dur-24
Organizacje/Rangi: Mandalorianie, Mandalor
Zbroje: Zbroja Mandaloriańska
Rysunki: Chris Scalf
Tłumaczenie: Maciej Drewnowski
Czas akcji: 22 BBY i około 2 BBY.
Premiera USA: Sierpień-Listopad 2010
Premiera PL: 2 marca 2012

Recenzja Nomi Do góry

Jak sam tytuł wskazuje, jest to opowieść zarówno o Jango, jak i o Bobie Fetcie. Podzielona jest na 4 części, z których 2 są poświęcone szkoleniu Boby przez ojca, a pozostałe 2, pewnym zleceniem, które jednak nie jest jednym ze zwykłych zadań Mandalorianina.
Już w tym momencie zacznie się wychwalanie tego komiksu przeze mnie. Rysunki. Zajął się nimi Chris Scalf. Mnie jak najbardziej odpowiadają. Kreska nie jest tak wyrazista, jak choćby u Duursemy, ale nie są też to obrazki rysowanie jak ‘na odwal się’. Barwy pastelowe, kolory trochę rozmyte i moim zdaniem jak najbardziej pasujące do klimatu komiksu. Postacie dość podobne do odpowiedników filmowych, co dla mnie jest dużym plusem. No i oczywiście okładki-ślicznie wykonanie, aż chętnie powiesiłabym je na ścianie jako plakacik.
Kolejne zalety, to szkolenie Boby przez ojca, takie jak powinno być. Jango nie oszczędza syna, wystawia go na niebezpieczeństwo, wiedząc, że ten sobie poradzi. Nie jest to szkolenie na zwykłego żołnierza, tylko na prawdziwego Mandalorianina. Mogłoby się wydawać, że Jango nie traktuje Boby jak syna, tylko jako materiał do wyszkolenia. Ale tak nie jest. Jest miejsce i na walkę i na uczucia. Kolejny plus, to ogóle ukazanie postaci Janga, spodobał mi się zwłaszcza sposób w jaki Fett, lecący wraz z synem na Atzerri udowodnił kontroli ruchu, że to naprawdę on. Dokładnie czegoś takiego się spodziewałam ;)
Na tej planecie Jango wykonuje zadanie, które ‘powróci’ do Boby w przyszłości. W wyniku zaplątnia się Boby w owe zadanie, możemy zobaczyć piękną walkę, dziesięciu na jednego, nieuzbrojonego Bobę Fetta. Nieuzbrojonego. Nieuzbrojonego w blaster oczywiście, bo Fett nigdy nie jest całkiem nieuzbrojony. Jeśli ktoś jeszcze nie miał sposobności zobaczenia do czego służą te wszystkie urządzonka na zbroi Fetta, to w tym komiksie ma do tego okazję. Jak dla mnie zostało to bardzo ładnie ukazane, w każdej ramce jedna funkcja zbroi i to na dodatek ładnie opisana. W komiksie mamy okazję zobaczyć innego, również znanego łowcę nagród. Dla niektórych mogło to być wciskanie na siłę, ale ja tego tak nie odebrałam. Wprawdzie pojawia się tylko na chwilę i wypowiada zaledwie kilka słów, ale mimo to uśmiechnęłam się na jego widok ;)
Podoba mi się również kreacja Connora Freemana, który to jest związany z Bobą w pewien sposób. Nie wiem, czy dobrze, czy źle, ale na myśl przychodzi mi młody Han Solo.
Wychwalanie się skończyło, teraz przejdę do minusów. Domyślam się, ze Liga Łowców Nagród miała być jakimś elementem humorystycznym, przynajmniej ja to tak odebrałam. Ale moim zdaniem pomysł nie do końca się udał. Chyba, że to po prostu ja mam tak wysokie wymagania. W wykonaniu tejże organizacji spodobała mi się jedynie wypowiedź o przesłaniu „Nawet jeśli rzucisz w Bobę Fetta garść detonatorów termicznych i zobaczysz jak one wybuchają, to dopóki sam nie ujrzysz martwego Fetta, nie możesz być pewny, że nie żyje.” To jest takie.. prawdziwe. Także postać Tayanda mnie nie przekonała. Może to przez tą rasę, gdyż dla mnie wygląda on jak jakiś Lucyfer, czy inny diabeł ;p
Podsumowując: fabuła komiksu jak najbardziej w porządku, kreską i kolorami można cieszyć oczy, kreacje większości postaci jak najbardziej na plus. Ogółem – 9/10

Recenzja Mahiyany Do góry

Komiks zaczyna się od króciutkiej sceny, do której tak naprawdę zmierza cała akcja. Mimo to komiks nie jest retrospekcją. Napisany / narysowany jest z punktu widzenia Boby Fetta. Na początku mamy pokazane jak był szkolony przez ojca w prawdziwy mandaloriański sposób. Pokazane jest tam też bezgraniczne zaufanie ojca do syna, od spraw błahych takich jak pilotowanie statku przez wiarę w jego umiejętności aż do przeprowadzania ważnych rozmów w jego obecności. Oczywiście sprawa jest też przedstawiona z drugiej strony, Boba darzy swojego ojca wielkim szacunkiem, nawet lata po jego śmierci.

Następnie akcja przenosi się o kilka lat do przodu. Widzimy Bobę wykonującego kolejne zlecenie, ale tym razem nie dla nagrody ale z czystej ciekawości. Okazuje się że tuż przed śmiercią jego ojciec założył fundusz spadkowy dla niejakiego Connora Freemana i nic o tym synowi nie powiedział. Sam Connor sprawia wrażenie sieroty życiowej; podczas swojego pierwszego pojawienia się w komiksie, śpi na ladzie w barze swojego znajomego – Quinnego, z którego słów wynika, że to nie pierwszy raz. Pierwsze wrażenie zaciera troszkę fakt szybkiego zastrzelenia przez niego łowcy nagród, który chciał go dopaść. Jest to jedna z kilku scen, które wprowadzają humor do komiksu. To samo można powiedzieć o „Lidze Łowców Nagród”, która również ostrzy sobie na niego ząbki. Jednak jak dobrze wszyscy wiemy Boby Fetta nie da się pokonać. Dobitnie udowadnia to jego walka z Ligą. Idealnie są tu pokazane przeróżne funkcje jego zbroi, pokazując po kolei że nawet bez blastera „Boba Fett nigdy nie jest nieuzbrojony.” Pięknie to pokazuje ostatni opis: „pięść”.

Samo pojmanie Connora nie sprawiło oczywiście Bobie żadnych problemów. Pojawiają się one jednak przy rozmowie o śmierci ojca Freemana, choć mało prawdopodobnym wydaje mi się żeby Fett dał się aż tak rozproszyć żeby nie zauważyć zbliżającego się niebezpieczeństwa. Ponownie pojawia się „Liga”, tym razem w mocno okrojonym składzie. Jej przywódca w ramach zemsty zabija Bobę Fetta, a przynajmniej tak mu się wydaje. Wytyka mu to Freeman, co według mnie jest co najmniej nierozsądne, w końcu jest przez niego porwany (no chyba że to miała być scena humorystyczna…). Samo zakończenie próbuje udowodnić że Boba jednak ma serce, jednak Connor stwierdza: „Nie wiem, czemu mi pomógł. Wątpię, by wynikało to ze współczucia czy poczucia winy. Wątpię, by tacy ludzie jak on w ogóle coś czuli”. Mimo to zakończenie pięknie nawiązuje do początku, kiedy Boba był szkolony przez swojego ojca.

Trudno byłoby nie napisać czegoś o kresce, która zdecydowanie wyróżnia ten komiks spośród innych. Nie są to klasyczne pokolorowane kontury z cieniowaniem poszczególnych płaszczyzn, to po prostu małe arcydzieło, sprawiające wrażenie namalowanego pędzlem a czasami nawet prawdziwego zdjęcia. Wykonanie jest naprawdę staranne i gdyby nie dymki z wypowiedziani większość kadrów nadawałaby się na okładkę, a nawet na plakat. Właściwie trudno tą kreskę nazwać kreską, bo wszystko jest tak dobrze narysowane że nie widać żadnych linii.
Biorąc pod uwagę fabułę, kreskę i wszystko inne co można wziąć pod uwagę daję 10/10
 
 

Społeczność
  *Newsy
*Nadchodzące wydarzenia
*Ostatnie komentarze
O nas
About us
Über uns
*Członkowie
*Struktura
*M`Y w akcji
*Historia Organizacji *Regulamin
*Rekrutacja
*Logowanie
M`y na Facebooku
Copyright © 2009-2018




Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2019 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3. 12,244,470 unikalne wizyty