FAQ Karen Traviss
 
Oto lista pytań, które słyszę najczęściej. Będę ją aktualizować od czasu do czasu. Niektóre z odpowiedzi to moje stare wpisy z blogów, niektóre to linki, a niektóre zostały napisane specjalnie na potrzeby tej strony.

* Spojrzysz na moją historię i powiesz mi czy jest dobra?
* Jak zakończyłabyś Komandosów Imperium 2, gdyby nie zostali oni anulowani?
* Dlaczego przestałaś pisać książki z uniwersum Star Wars?
* Jak mogę dostać posadę pisarza w ramach Star Wars albo innej franczyzy?
* W jaki sposób tworzysz swoich bohaterów?
* Jak tworzysz postacie?
* Ile czasu zajmuje Ci napisanie książki?
* Nie rozumiem z czego wynika długość książek. Jak książki mogą mieć taką samą ilość stron, ale różną ilość słów?
* Czym jest skrócona książka?
* Co sprawia, że książka jest dobra?
* Czy gry i komiksy nie są dla głupich ludzi? Gdyby byli mądrzejsi, czytali by książki.
* To prawda, że nie czytasz fikcji? Jak możesz pisać, jeśli nie czytasz książek?
* Dlaczego wess`har myślą w sposób w jaki myślą?
* Dlaczego wess`har tak bardzo nie lubią ludzi?
* Jak pisarz powinien się układać z edytorem?
* Zamierzasz dokończyć historię drużyny Delta i opowiedzieć co się stało z Sevem? (Drużyny Delta z Komandosów Republik, nie Gears of War)
* Czy to prawda, że nienawidzisz Jedi?
* Gdzie znajdę rzeczy związane z językiem Mandaloriańskim?
* Czy wzorowałaś Mandalorian na Spartanach?
* Czy to prawda, że w twoich książkach z serii „Dziedzictwo Mocy” część Mandalorian to geje?
* Dlaczego zgadzasz się pisać te franczyzowe książki skoro jesteś "poważną' autorką?
* Jak to się stało, że w Bezpośrednim Kontakcie jest Verpin? (moje przemyślenia na temat tego, jak działa spójność uniwersum z perspektywy świata realnego)

Spojrzysz na moją historię i powiesz mi czy jest dobra?Do góry
Przykro mi, nie.

Nie mam czasu, a nawet jakbym była dobra w analizowaniu tekstów, musiałabym pobierać za to opłaty. I, chłopcze, jestem droga. Jeśli chcesz opinii o swoim pisaniu, masz dwie opcje do wyboru: darmową jest dołączenie do "the Critters online writers' group", a płatną - zapytanie profesjonalisty zajmującego się tym zawodowo.

Rozmaici ludzie oferują swe usługi, ale nie wszystkich usługi są kompetentne i wartościowe, a wiec 'pisarzu, uważaj', jak mówią (sprawdź stronę SFWA - szczegóły także w "WRITERS' STUFF" - aby ustrzec się przed oszustami.)

Niektórzy pisarze oferują "krytykę" jako usługę, ale moim zdaniem do tego potrzeba profesjonalnego edytora. Spytaj pisarza, a dowiesz się jak on by to napisał, a to może nie być wcale najlepsza droga do poprawienia twoich umiejętności. (No i weź pod uwagę fakt, że odnoszący sukcesy pisarze, których opinię chciałbyś poznać, rzadko mają czas na takie coś). Dlatego mówię: skontaktuj się z Johnem Jarroldem. Informuję: nie dostaję żadnej kasy za kierowanie ludzi na jego stronę. Nie jestem w żaden sposób powiązana z Johnem, poza tym, że go znam i jest miłym, rozsądnym facetem. Mam po prostu wystarczającą pewność, że edytor z takim doświadczeniem jak on (obecnie pracuje także jako agent) dobrze tobą pokieruje. Jest też edytorem do szpiku kości, a nie chcącym-być pisarzem. Wyjaśni ci prosto, jak bardzo atrakcyjny rynkowo jesteś.


Jak zakończyłabyś Komandosów Imperium 2, gdyby nie zostali oni anulowani?Do góry
Odpowiedź: Obecnie w sprawach Star Wars jestem tylko zwykłym cywilem takim jak wy, więc to co napiszę nie ma ważności w świecie SW i nie jest spoilerami. To tylko rzeczy, które miałam w swoim notatniku. Publikuję to, ponieważ prawie wszyscy, którzy teraz do mnie piszą odnośnie Star Wars, chcą wiedzieć jak seria Komandosi Imperium by się skończyła. Cóż, byłoby to wszystko strasznie upakowane, ponieważ seria Komandosów bazowała na starym kanonie, i pierwotnie była zaplanowana jako o wiele dłuższa. Musiałabym zakończyć wiele rzeczy przedwcześnie w finałowej książce - wciąż w ramach starego kanonu, ale nie wiem w jaka stronę książka by się potoczyła w normalnych warunkach.

Poza tym, nie ma żadnych gwarancji, że ostatnia książka wyglądałaby właśnie tak. Gdy piszę, myślę, że wiem dokąd zmierzają bohaterowie, ale często mnie zaskakują. Zawsze podążam tam gdzie prowadzą, możliwe więc, że ich losy potoczyły by się inaczej. Ale, na ile jest to cokolwiek warte, oto kluczowe punkty, bez żadnej ustalonej kolejności. Mam nadzieję, że pozwoli to wam zamknąć sobie historię. Jeśli nie podoba ci się sposób w jaki to się kończy, zawsze masz ten komfort, że to się tak czy owak nigdy nie wydarzyło oficjalnie.

* Jusik musi wyczyścić pamięć Arli, aby umożliwić jej poradzenie sobie z traumą. Nie pamięta ona po tym, że jest Arlą Fett i co się stało jej rodzinie, ale pamięta kim jest, po prostu nie odczuwa bolesnych wspomnień. Jusik żeni się z nią.
* Skirata i Altis zawiązują sojusz, a Zera pomagają Altisowi sfingować swą śmierć, aby mógł uciec. Scout zostaje adoptowana przez Gilamara i Uthan, ale pozostaje Jedi w ramach sekty Altisa.
* Skirata i Ny pobierają się, podobnie jak Gilamar i Uthan
* Maze i Zey (z nienaruszoną pamięcią) odchodzą i stają się kimś w rodzaju Starskyego i Hutcha w galaktyce, wraz z Altisem i Kina Ha (także z nienaruszoną pamięcią - Skirata osiągnął swoisty stan pogodzenia z kilkoma Kaminoanami)
* Uthan opracowuje kuracje blokującą przyspieszony rozwój klonów.
* Darman wraca, porywa Kada i ucieka. Niner dezerteruje i dołącza do klanu w Kyrimorut.
* Straż Śmierci odkrywa, że to Gilamar zabił Priesta i rozpoczyna polowanie na klan Skiraty.
* Rede okazuje się być lojalnym i nie-aż-tak-naiwnym żołnierzem, i Skirata jest zmuszony go zabić aby ocalić innych, co będzie go prześladować przez resztę życia.
* Klan zmuszony jest opuścić planetę w ramach ba’slan shev’la (strategiczne zniknięcie), aby uciec przed Imperium.
* Darman powraca wraz z Kadem i dołącza do reszty.


Dlaczego przestałaś pisać książki z uniwersum Star Wars?Do góry
Odpowiedź na to pytanie jest komplikacją trzech moich wpisów z bloga, jakie napisałam od Sierpnia do Grudnia 2009. Prawdę mówiąc, po prostu wkleiłam je tu całe, w kolejności chronologicznej, więc należy przeczytać całość. Najważniejszym jest to, że Legion 501 był moją ostatnią książką SW, a nie jak wcześniej pisałam, tylko ostatnią książką z serii Komandosi Imperium. Zrezygnowałam w grudniu 2009, z powodu sporów z wydawcą na temat braku płatności oraz kontaktów. Jeśli chcesz poczytać więcej mojej twórczości, musisz wyjść poza ramy "Star Wars". Spróbuj. Możesz być zaskoczony tym, jak bardzo polubisz to, co znajdziesz.

Poza tym, proszę, pamiętajcie o jednym prostym fakcie - wszyscy piszący w ramach franczyzy muszą podążać oficjalnym kanonem. Nie możesz kroczyć własną ścieżką i pisać tak jak uważasz, bo książka nie zostanie zaakceptowana i wydana. To takie proste. A więc, proszę, nie pytajcie mnie czy nie mogę pisać według starego kanonu, bo zwyczajnie mi nie wolno.


8 Sierpnia 2009

To był szalony rok w "Fabryce słów Traviss", ale to już prawdopodobnie wiecie z mojego (nieczęsto aktualizowanego) bloga. Przepraszam za to. Ale mam dobrą wymówkę, pracowałam nad masą nowych rzeczy.

To brzmi tajemniczo, wiem, ale taka natura tego biznesu, nie zawsze możesz mówić nad czym aktualnie pracujesz, z powodu tajemnicy handlowej. Na przykład, minie rok zanim jedna z rzeczy, nad którą pracuję zostanie upubliczniona. Do tego czasu mogę jedynie niecierpliwie podskakiwać na krześle i tłumić radość. Zniszczyłam wiele krzeseł biurowych w ten sposób.

W każdym razie, pozwólcie, że przejdę do meritum tego wpisu. Dostaje maile od fanów, którzy kupili przewodnik po drugim sezonie kreskówki Wojen Klonów, i byli zdziwieni informacjami, jakie tan znaleźli. Zauważyli zmiany w kanonie i piszą do mnie maile pytając, co się dzieje, bo wygląda na to, że narusza to rejony uniwersum, których dotyczą moje książki. Musze wspomnieć, że nie wiedziałam, że ten przewodnik wyjdzie tak szybko, ani nie miałam pojęcia co zostanie w nim wyjawione. Ale teraz, gdy macie książkę przed sobą i pytacie co się dzieje, byłoby naiwnością próbować was zwodzić, a zignorowanie tych pytań byłoby chamstwem.

Nie mogę dyskutować o sprawach związanych z kanonem z powodu klauzul poufności, które podpisują wszyscy pisarze. Nie mam zamiaru omawiać tych informacji, które zostały upublicznione, a poza tym i tak wiem niewiele o całości. Jedyne co mogę powiedzieć, to, że w styczniu poznałam dość detali, aby zrozumieć, że planowane zmiany w kanonie są na tyle poważne, że nie mogę prowadzić głównych wątków dalej taką ścieżką, jak sobie zaplanowałam. Wymagałoby to czegoś zdecydowanie więcej, niż standardowego retconu.

Jedynym rozwiązaniem jakie mogłam wymyślić, aby poradzić sobie z tymi zmianami był kompletny restart i naprawdę rozważałam tą opcję. Ale, zaczynać od nowa, gdy ma się "na tapecie" tyle innych książek? Efekt domina działający na inne moje książki byłby problemem, ponieważ większość moich wpływów nie pochodzi ze Star Wars. I jest jeszcze ryzyko alienacji czytelników. Pozbawienie ich stabilnej powierzchni, na której stoją - to by nie mogło się udać, a "Ja tylko wykonuje rozkazy" w dzisiejszych czasach nikogo by nie przekonało.

Kanon jest poza moją kontrolą, taka jest natura pracy nad SW. Ale mimo to, wciąż miałam możliwość dokonywania pewnych wyborów. Mogłam zrobić ogromny retcon. Albo skupić się na innych SW-książkach, na które nie miałyby wpływu te zmiany. Albo mogłam stwierdzić, że to koniec. To był duży dylemat, ale miałam narastającą górę pracy nie związanej z SW, którą musiałam się zająć, co było ważniejsze dla moich interesów.

Ostatecznie jedyną decyzją, jaką mogłam podjąć jest uczynienie 2 części Komandosów Imperium moją ostatnią książką Star Wars. Przykro mi z tego powodu, nie była to decyzja, którą było łatwo mi podjąć, proszę więc o wyrozumiałość, gdy będę wyjaśniać powody.

Oczywiście, w biznesie za decyzjami zawsze stoi wiele czynników. Niektóre z powodów były natury biznesowej, odnośnie umów, ale to jest nudne i nie interesuje klientów. Przejdźmy więc do tego, co was ciekawi.

Zamiast zająć się inną linią czasową, w której większość postaci, których losy śledziliście w ciągu ostatnich pięciu lat nigdy by nie istniała, albo przeskoczyć na kompletnie inny obszar SW, zdecydowałam, że to dobra pora, aby zrobić sobie przerwę. Nigdy nie poddawałam się łatwo i wiedziałam, że to rozczaruje moich czytelników, możecie być jednak pewni, że spędziłam dużo czasu szukając innej drogi, jakiejś możliwości wpasowania się w kanon. Ale to coś z czym nie umiałam sobie poradzić. Może ktoś inny by umiał, ale nie ja. Moja specjalność - powód dla którego jestem zatrudniana - to tworzenie militarnych/politycznych serii z długimi historiami postaci w szczegółowym świecie. Tego rodzaju pracy nie daje się łatwo poprawiać, ani tym bardziej dokonywać radykalnych zmian w głównym wątku.

Moje interesy muszą być planowane na wiele lat naprzód, ale mogę dopuścić możliwość nieoczekiwanych zmian. Gdy dostaję ofertę jakiegoś projektu, muszę zapytać siebie nie tylko czy to mnie ciekawi i ekipa pracująca nad tym będzie solidna, ale także czy ma to sens ekonomiczny oraz jaki wpływ będzie miało na resztę mojej twórczości. Spełnione muszą zostać wszystkie punkty. Pracuję dla wielu wydawców i w ramach różnej franczyzy, oraz nad swoimi własnymi projektami, ilość nieoczekiwanych zmian jakie moje plany mogą przyjąć jest więc ściśle limitowana, nim inne projekty zaczną 'tracić' z powodu efektu domina.

Teraz koncentruję się na mojej pracy w ramach innej franczyzy i mojej nowej militarnej serii. Wielu z was wie, że jestem mocno zaangażowana w serie Gears of War (tak, "Chainsaw Queen" to ja, dzięki za zauważenie...), pracuję też nad książką związaną z inną grą. No, a poza tym mam też dwie oryginalne serie, które są ostatnio dość zapomniane w moim harmonogramie, potrzebują więc poświęcenia im uwagi. No i jest jeszcze... myślę, że załapaliście. Jak się domyślacie nie planuję żadnych wakacji w najbliższych latach.

Niektóre zmiany sami inicjujemy. Ale inne po prostu nadchodzą i musimy sobie z nimi poradzić. Praca w ramach istniejących uniwersów jest, z racji swej natury, obiektem, w którym zachodzi więcej niespodziewanych zmian w stosunku do innych rodzajów pisania - to czyjaś własność, i pisarz musi nauczyć się z tym żyć. Rozchodzi się o terytorium. To dlatego profesjonalni pisarze tego typu nie wiążą się emocjonalnie z tym nad czym pracują. To nie tak, że podejmuję się tych zadań od niechcenia, ale to nie moja własność i moja władza nad tym, co tworzę jest zawsze tylko tymczasowa. Profesjonalista musi być w stanie przetrwać, przejść nad tym do porządku i stwierdzić "Dobra, nikt nie zginął, a czek nie został cofnięty - sukces! Co dalej?"

Ale jako pisarz, mam moralną umowę z tobą, czytelnikiem - jeśli zaciekawiła cię historia, moją częścią układu jest kontynuować ją i dać ci satysfakcjonujące zakończenie. Gdy zmiany będące poza moją kontrolą sprawiają, że nie mogę ci tego dać, wtedy nie wykonam swej roboty 'na pół gwizdka'. Zasługujesz na coś lepszego. A za pięć, dziesięć czy dwadzieścia lat, nikt sięgając po książkę nie będzie wiedział, że historia nagle zmieniła kierunek z powodu zmian w kanonie. Zobaczą jedynie książkę, która nagle zmienia kurs bez widocznych przyczyn i nie dostarcza im tego, co obiecała na początku.

Byliście łaskawymi i lojalnymi czytelnikami, to dzięki wam moje książki stały się bestsellerami i jestem bardzo wdzięczna za wasze wsparcie. Niesamowite maile jakie mi wysyłacie zawsze są mile widziane, zazwyczaj zabawne, czasem bardzo wzruszające, czasem też bolesne. Ta życzliwość i szczerość oznacza dla mnie bardzo wiele. Wielu z was zostało także moimi dobrymi znajomymi. Oczywiście, w księgarniach (i innych punktach sprzedaży) wciąż będziecie mogli znaleźć moją twórczość w nadchodzących miesiącach i latach, ale to będą inne opowieści Traviss.

Tak więc, trzymajcie się ze mną, gdy będę kontynuować swą podroż w innych uniwersach, zarówno licencyjnych jak i autorskich. Mogę wam zagwarantować napakowane akcją historie z wieloma wciągającymi postaciami.


2 Grudnia 2009

Jak prawdopodobnie wiecie, jestem starą dziennikarką, i jak wszyscy dziennikarze (tak, takie zwierzęta istnieją) preferuje proaktywność, nie reaktywność.

Ale dziś muszę zareagować, bo ktoś wrzucił coś na forum i zaczęły się plotki. Tak, jedna z plotek jest prawdziwa, wycofałam się z pisania kontynuacji Komandosów Republiki - Legionu 501, który tym samym zostanie moją ostatnią książką SW. Miałam problemy ze sprawami związanymi z kontraktem i praktyką pracy, i wciąż nie widać żadnych oznak, żeby mogły być rozwiązane, po kilku już latach, a więc powiedziałam wydawcy, że nie napiszę tej książki.

Szybkie odejście od głównego tematu; zdaję sobie sprawę, że wielu z was nie wie co właściwie "Umowa" oznacza dla pisarza, a więc mały przewodnik po branży pisarskiej napisany prostym językiem. Przez "umowę" rozumiem wszystko, co nie jest książką samą w sobie. Jest to wygodny skrót na sprawy biznesowe - twoje codzienne kontakty z wydawcą. Zawiera to w sobie umowę samą w sobie (jakie tytuły, jak dużo, na kiedy, za ile, i kiedy zostanie wypłacona kasa) oraz praktyki pisarskie, które rzadko są określane w kontrakcie i są rzeczami, które trzeba ustalać nieformalnie. Różnią się one w zależności od wydawcy i edytora. Jest wiele spraw związanych z tym jak ma być zrobiona praca, i jak jesteś traktowany. Od bycia kompletnie odsuwanym od swojego projektu, po dostawanie możliwości sprawdzenia składu książki zaraz zanim zostanie wydrukowana. Niektórzy chcą manuskryptu w formie elektronicznej, inni w wersji papierowej, jeśli to drugie, to ustalany jest nawet jaki kolor pisania preferują ludzie zajmujący się produkcją. Jedna z rzeczy, które zazwyczaj nie pojawiają się w kontrakcie jest format (twarda/miękka okładka), nawet jeśli ta różnica zazwyczaj poważnie wpływa na to, jaką dostaniesz zapłatę. Publikowanie nie jest w żadnym stopniu jak żaden inny model biznesowy jaki znam.

A więc, jeśli masz ambicję, aby być profesjonalnym pisarzem, nieważne czy chodzi o książki, komiksy, filmy, gry, telewizję czy nawet treści nie-fikcyjne, pamiętaj, że jedynym co posiada Twój biznes jesteś Ty sam. Jednoosobowe firmy są najbardziej cenione w biznesowym świecie, ponieważ jesteście najmniejszym planktonem w korporacyjnym łańcuchu żywieniowym. Rzeczy, które tylko zadrasnęłyby korporację - długie opóźnienia, projekty, które zostają zawieszone w nieokreślonej otchłani, wraz z twoim zarobkiem, opóźnienia w wypłacaniu pieniędzy, niepłacenie, totalne zmiany wprowadzane na ostatnią chwilę, kontrakty, które nigdy nie dochodzą do skutku, maile, na które nikt nigdy nie odpowiada, edytorzy i producenci, którzy zmieniają prace i pozostawiają twój program/książkę/film sierotą, choroby, powodzie, odwołania sieci - mogą być katastrofalne dla małych biznesów.
To są wyzwania, przed którymi trzeba stawać na co dzień, i które mogą zagrozić twojemu biznesowi i zazwyczaj są kompletnie poza twoją kontrolą. Dlatego powinieneś podzielić swoje ryzyko. Pisanie jest najłatwiejsza częścią. Część chcących-być pisarzami obawia się codzienności, ale większość pisarzy nie rezygnuje ze swej codziennej pracy, a świat robi się o wiele groźniejszy, gdy zostajesz pełnoetatowym, profesjonalnym pisarzem. Może okazać się, że pewnego dnia wylatujesz z pracy z powodu czyjegoś nieznanego widzimisię, bez żadnego ostrzeżenia czy wyjaśnienia, nie ważne jak wiele sukcesów odniosłeś, zawsze powinieneś mieć nie tylko plan B, ale i C oraz D. (Osobiście, mam plany aż do Z. Ale pracuję pisząc prawie całą moją zawodowa karierę i nie wierzę w szczęście.)

Ale dość dygresji. Wracając do meritum, gdy zostałam zalana istnym tsunami mailów po publikacji sierpniowej notatki, uświadomiłam sobie, że wielu z was nie rozumie całej sytuacji i przegapiło pewne ważne szczegóły. A więc oto podsumowanie, w którym odpowiadam na najczęściej przysyłane pytania, aby zaoszczędzić wam konieczności wysyłania do mnie maili, albo opierania się na informacjach z piątej ręki na stronach fanowskich.

1. Tak, jak już pewnie słyszeliście, książka o Bobie Fettcie została anulowana przez wydawcę, aby uniknąć potencjalnych konfliktów w kanonie z powodu nadchodzącego serialu TV. Nie, naprawdę nie mam pojęcia, jakiego rodzaju konflikty to by mogły być. Przepraszam.

2. Nie, nigdy nie miałam możliwości zajęcia się losem Seva, jest on poza moim zasięgiem. Mówiłam o tym przez cztery lata, napisałam nawet wyjaśnienie tej sytuacji w FAQ.

3. Nie, nie przemyślę tego ponownie. To miłe, że wciąż o to pytacie, ale podjęłam swoją decyzję prawie rok temu. Gdy w styczniu tego roku kończyłam pisać Legion 501, powiedziano mi o znaczących zmianach w kanonie, które wprowadzą nadchodzące docinki kreskówki Wojny Klonów (wspomniano o tym w kilku książkach, które wyszły latem, nie jest to już wiec poufna informacja). Powiedziano mi, że Mandalorianie zostaną odnowieni jako nacja będąca od długiego czasu pacyfistami, a Mandalore jest post-apokaliptycznym pustkowiem zdewastowanym przez wojnę. Powiedziano mi, żebym nie odnosiła się do (nowej) historii Mandalorian z tego powodu, co oczywiście stało w konflikcie z biegiem wydarzeń moich książek. To dość powszechna sprawa w przypadku franczyzy, ale w praktyce nie jest takie proste. Dwie serie "Komandosów" i kilka starszych książek i komiksów było opartych na założeniach oryginalnej historii, i logika mówi, że podstawowy wątek serii nigdy by nie zaistniał, gdyby było to pacyfistyczne społeczeństwo. Nie istniałyby również żadne postacie, ani ich motywy, ponieważ opierały się na planetarnej kulturze wojowników żyjącej na nie-zdewastowanej Mandalorze. W styczniu dyskutowałam z edytorem nad możliwymi drogami obejścia tego problemu, ale później nie usłyszałam nic, co by wskazywało, że założenia ulegną zmianie, mój plan zakładał więc zakończenie istniejących wątków w dwóch książkach, które były zaplanowane. Na przepisanie 501 Legionu było już za późno, nawet jeśli zmiany nie sprawiały by, że to niemożliwe.

4. Nie, nie sprawi żadnej różnicy jeśli w przyszłości kanon zostanie ponownie zmieniony. Odpowiadając na pytanie 'co-jeśli?" zadawane przez wielu z was, jeśli ten nowy kanon zostanie zmodyfikowany (nie, nie mam żadnych sygnałów na to wskazujących, nie ekscytujcie się więc...) to dla mnie i tak jest już za późno o dziesięć czy jedenaście miesięcy. To wtedy musiałam podjąć swoją decyzje. Żaden pisarz nie może wstrzymać reszty swych projektów, aby sprawdzić co się może stać w nieokreślonej przyszłości, mając znikomą szansę, że od czasu do czasu dostanie do napisania jakiegoś paperbacka. Takie są realia pracy na zlecenie, i pisania ogólnie, musisz okładać swą sieć pomiędzy wszelkimi mediami. Jakkolwiek lubiłam pisać książki dla was, fanów Star Wars, i byliście dla mnie wspaniali, to nie było całą moją karierą, i nawet jeśli bym chciała, nie mogło by być. Jak mawiał niezależny reżyser, którego poznałam podczas pracy w TV "Nie mogę usiąść i czekać na następny sezon Sottyego*." Zmiany w kanonie były kluczową sprawą, która zdecydowała o moim zakończeniu pisania SW, ale sprawy związane z umowami i praktyką pisania miały największy wpływ na moją decyzje.

Niektórzy z was już pytali co się stanie z książką, ale ja zwyczajnie nie mam pojęcia - aktualnie nie wiem w sumie więcej niż wiedziałam w styczniu. Wszystko co mogę wam powiedzieć, to to co planowałam opisać w Imperial Commando 2 - luźno podsumowując - główne postacie uciekły Imperium w ramach ba'slan shev'la, co wiecie z serii Dziedzictwo Mocy. Zostawiłabym historię w stanie, gdzie można by ją zamrozić już na zawsze, lub reanimować i kontynuować z nowym autorem i nowym kierunkiem. Nie zostawiłabym za sobą spalonej ziemi, końcówki, której nie mógłby rozwinąć i kontynuować dalej żaden autor, ponieważ to bezsensu i nieprofesjonalne, a jedyną osobą, która na tym traci jest czytelnik.

A więc wiecie, mam nowy harmonogram, dużo nowej pracy do wykonania, muszę dokończyć rozpoczętą prace, i mam kilka nowych telefonów komórkowych. (Nie pytajcie...) I mam nieprzyzwoite wręcz ilości zabawy z używania umiejętności, których nie ćwiczyłam od bardzo dawna, jak również z nauki nowych, o których nie sądziłam, że je posiadam.

Ale to inna historia, na kolejny rok.

(*Sotty & Sweep. Musicie sobie o tym poszukać. Jeśli nie jesteście w odpowiednim wieku.)


3 Grudnia 2009

Ludzie, jesteście absolutnie kochani. Zawsze byliście, już od wydania pierwszej książki, żaden pisarz nie mógłby marzyć o lepszych, kochających czytelnikach. Ale myślę, że przypisujecie mi coś, na co nie zasługuję. Nie lubię być uważana za kogoś kim nie jestem. Jak Cromwell, wolę być ukazywana taką, jaką jestem ("Z brodawkami i wszystkim").

To jasno wynika z poczty, jaką dostaje z powodu wczorajszego wpisu, wielu z was uważa to, co zrobiłam za jakiś akt męczeństwa. Przykro mi, że was rozczaruję, ale tak nie jest. Starałam się wyjaśnić wam skomplikowane zawiłości przemysłu pisarskiego krok po kroku, ale w przypadku wielu z was zawiodłam. Jeśli przeczytacie wczorajszy wpis powoli i ostrożnie, zrozumiecie, że to wyjaśniłam. To nie ma nic wspólnego z tym, co myślę o aktualnych ścieżkach rozwoju historii - to kwestia częściowo techniczna, częściowo biznesowa. Nie chodzi o lubienie lub nielubienie zmian. Chodzi o to czy mogę wykonać jakąś prace, czy nie.

Część biznesowa - nie musicie znać detali. Ale jestem biznesem, takim jak twój lokalny piekarz, hydraulik, supermarket czy salon samochodowy. To praca jak każda inna. Podejmuję tego rodzaju decyzje z podobnych przyczyn. (Swoją drogą, nie pracowałam dla LFL - pisarze prawie zawsze pracują dla wydawców, nie bezpośrednio dla właścicieli franczyzy. Wiem, że to skomplikowane, ale tak jest na ogół.)

Aspekt techniczny - chodzi o detale tworzenia historii. Starałam się pomyśleć o jakimś naprawdę jasnym przykładzie i najlepsze co wymyśliłam to Druga Wojna Światowa.

Wyobraźcie sobie, że Druga Wojna Światowa to tylko fikcja i mała cześć większej historii. (Nie chcę żebyście ugrzęźli w sporach o prawdziwość historii - proszę.) Robicie serial telewizyjny nazwany "Szeregowiec Smith" (przyp tłum.: Autorka używa nazwy "SAVING PRIVATE SMITH", co jest nawiązaniem do znanego filmu "Saving Private Ryan", w Polsce znanego jako "szeregowiec Ryan' właśnie.) o garstce żołnierzy podczas wojny wywołanej przez jakiegoś gościa w kraju zwanym Niemcy. Jesteś z historią już daleko, i nagle ktoś mówi ci "Musimy zmienić kilka rzeczy. Ten gość, Hitler, nigdy nie zrobił tego, co zrobił. Ktoś go zastrzelił na schodach przed Reichstag tuz przed tym jak objął stanowisko."

Więc podnosisz rękę i mówisz "E... okej, ale co się stało z wojną, jeśli Hitlera nie było? Jeśli wojna się nie rozpoczęła... co ci żołnierze robią tutaj? Jak mogą walczyć we Francji lub Niemczech, jeśli wojna nigdy się nie rozpoczęła?" I wtedy każdy ma się zastanowić, czy któraś z tych rzeczy związanych z wojną może jeszcze funkcjonować. Nie może. Historia musi opierać się na solidnych fundamentach i nagle usunięcie Trzeciej Rzeszy i Hitlera - jakkolwiek dobrym wątkiem by to było lub nie - sprawia, że reszta historii, jeśli nie zostanie zmieniona, nie ma dla oglądającego sensu. Pamiętacie krótkie opowiadanie Balladra o podróżniku w czasie i motylku, na którego stanął ? To coś w tym stylu. Dzień dzisiejszy został zmieniony.

Tak działa przyczynowość historii. To wszystko. Taka jest logiczna kolejność. Franczyzy stykają się z tym każdego dnia, ponieważ gdy się nie zmieniają, stają się skostniałe i trącą klientów. Czasem zmiany są bezbolesne, czasem przeciwnie. A więc musisz działać z informacjami, które znasz w danym dniu i dokonywać wyborów.

Wracając do Star Wars. Ponieważ wy, czytelnicy, to kochacie, automatycznie myślicie, że pisarz też to kocha i angażuje się w rzeczy, w które wy jesteście zaangażowani. Uważacie, że to co denerwuje was, denerwuje też pisarzy. Ale ja nie jestem wami, choć całkiem dobrze wiem co moi klienci polubią, a czego nie. Nie mogę mówić w imieniu żadnego innego pisarza, ponieważ wszyscy jesteśmy inni, ale nie jestem zaangażowana emocjonalnie w historie i postacie - nawet w mojej własnej serii Wess`har. To dla mnie bardzo przejściowe. Łączę się emocjonalnie z postacią na czas kiedy piszę w ramach jej punktu widzenia, ale potem przełączam się na inną postać w innej scenie, czasem nawet innej franczyzie. Gdy książka jest skończona, wracam do bycia sobą. I nie umiem pracować inaczej, to sposób w jaki nauczyłam się pracować jako dziennikarka, nie angażować się w prace zbyt mocno, wykonywać ją racjonalnie i beznamiętnie.

No i, robię to żeby zarobić na życie. To wszystko tutaj jest po to. Nie dbam o to jakie decyzje podejmą właściciele franczyzy w kwestiach kreatywności, tak długo jak nie popadną w obraźliwe stereotypy, ponieważ wszyscy wiemy, że kiedy idzie dzwonią do drzwi, to idziemy im otworzyć. Ale jeśli nie mogę sprawić, żeby puzzle pasowały do siebie, albo Hitler został zastrzelony zanim zaczął wojnę, to nie mam chęci aby zajmować się dalej tym co robiłam.

To nie jest kwestia lubienia lub nielubienia, ale tego co można, a czego nie.

Podczas swej pracy z SW, we wszystkich swoich książkach czerpałam z bogactwa tej franczyzy tak bardzo jak mogłam i pisałam o postaciach, którymi nikt inny nie wydawał się interesować. Trzymałam się z dala terytoriów, na których działali inni, tak bardzo jak było to możliwe, ponieważ to najbezpieczniejsza rzecz, jaką można zrobić gdy jest się nowym i nie chce wchodzić nikomu w drogę i ryzykować konfliktów z kontinuum. Zazwyczaj skupienie się na małym skrawku świata wystarczy, żeby zapobiec nieuniknionym problemom z kanonem. W tym przypadku okazało się, że tak nie jest, takie parszywe szczęście. Musisz się z tym zwyczajnie pogodzić. A jeśli poza kwestiami technicznymi w grę wchodzą także szersze kwestie, musisz ocenić przyszłość swojego biznesu i podjąć decyzje.

Nie przypisujcie mi więc, proszę, szlachetniejszych pobudek niż te, którymi się kierowałam. Wyjaśniłam wam powody swoich decyzji tak dokładnie jak byłam w stanie. I w większości są to rzeczy, o których już wam pisałam. Jestem pragmatyczką - racjonalistką, nie kieruje się emocjami.

Ale wciąż doceniam waszą życzliwość. Po prostu chciałabym żebyście nie mieli iluzorycznego obrazu mej osoby.

("Wróć, Oliverze. Twój kraj Cie potrzebuje. Chciałabym zobaczyć jak poradziłbyś sobie z parlamentarzystami bezsensownie wydającymi pieniądze)


Jak mogę dostać posadę pisarza w ramach Star Wars albo innej franczyzy?Do góry
Odpowiedź: Franczyza, bardziej znana jako fikcja licencjonowana czy "Tie-ins" - piszesz ją samodzielnie, ale prawa autorskie pozostają w rekach właściciela franczyzy. Historie, gdzie uniwersum jest Twoje, zwane są "creator-owned" albo "own-copyright"; staram się nie używać zwrotu 'oryginalne' bo wiele z tych "oryginalnych" fikcji jest daleka od oryginalności, a sporo franczyzy jest bardziej oryginalne niż rzeczy autorskie. Różnica jest, ogólnie mówiąc, w tym ile dostaniesz za to kasy. Chodzi o posiadanie praw autorskich i nic więcej. Ah, no i jako osoba, która pisała książki zarówno w ramach własnych światów, przyjęte pozytywnie przez krytyków, jak i na licencji, posiadam zawodową i moralną przewagę, a więc mogę powiedzieć, że każdy pisarz czy profesor literatury niedoceniający franczyzy, ponieważ uważa, że wymaga mniej kreatywności, jest z leksza głupcem i nie całkiem rozumie na czym polega pisarstwo. Jeśli o kreatywność chodzi, jest to znacznie trudniejsze.

Tak czy owak, w każdym tygodniu dostaję maile od fanów Star Wars, którzy chcieliby profesjonalnie pisać książki Star Wars. Niektórzy mają nawet skończone książki i chcą wiedzieć jak mogą je przekazać wydawcy.

Jeśli napisałeś już książkę SW, mimo że nie zostałeś o to poproszony, i chcesz ją opublikować, obawiam się, że nigdy nie ujrzy ona światła dziennego, chyba że jako fanfic. Nie ma możliwości napisania książki SW jeśli nie podpisałeś kontraktu z LucasFilmem, a Del Rey nie przyjmuje żadnych niezamówionych manuskryptów. To wszystko jest praca na zlecenie. Decydują czego chcą, i pytają pisarzy czy on/ona chce to napisać. Nie patrzą nawet na to, co się im przysyła, jeśli o to nie prosili (wliczając w to pomysły) z powodów prawnych. Gdy dostajesz propozycje napisania książki SW, czasem dostajesz dużą swobodę i możesz robić co chcesz w ramach bardzo ogólnych ustaleń jakie ci narzucają (jak w przypadku książek z serii Komandosi Republiki), a czasem dostajesz zlecenie na coś w rodzaju nowelizacji filmu, gdzie historia jest już ustalona. Może być też oczywiście coś pośredniego między tymi dwoma. Ale na ogół właściciel franczyzy wybiera ogólną arenę wydarzeń, a ty tworzysz historię, albo określa konkretnie czego poszukuje, a ty proponujesz mu pomysły, z których może coś wybrać. Tak to działa dla większości, jeśli nie wszystkich popularnych franczyz.

Jedyną drogą, aby być zaproszonym na "SW-imprezę" jest bycie pisarzem, który ma jakąś pozycję, to znaczy musisz mieć już opublikowane jakieś książki, które da się zdobyć w księgarniach, i wydane przez komercyjnego wydawcę, nie własnym sortem czy jako POD (Druk na żądanie). Zasady, które spełnić może tylko profesjonalny pisarz obowiązują, ponieważ profesjonalista pokazał już, że potrafi stworzyć materiał określonej jakości i rozumie zasady i terminy w tej pracy. Jest też grupa wyspecjalizowanych psiarzy licencyjnych, piszących książki różnych typów - to wymaga pewnych umiejętności, które nie wszyscy profesjonalni autorzy umieją dostarczyć, i wymaga też szybkości. Nie będziesz miał lat na napisanie książki. W przypadku wielu franczyz, są to tygodnie.

Jak ja w to weszłam? Del Rey zainteresował się mną przy okazji mojej pierwszej książki, City of Pearl. Nie miałam bladego pojęcia o Star Wars i nie byłam fanką. Nie wiedziałam nawet czym licencjonowane książki są, jeśli mam być szczera, ale wiedziałam jak napisać książkę, i oni to widzieli, bo właśnie sprzedałam serie ważnemu wydawcy. A więc najlepsza rada jaką mogę dać osobie chcącej pisać Star Wars jest, aby nie pisała Star Wars, ale skupiła się na książkach w ramach samodzielnie tworzonych pomysłów i wyrobiła sobie w ten sposób nazwisko, a wtedy Del Rey/LucasFilm mogą ich zauważyć. Cała praca licencyjna jaką wykonałam przyszła do mnie w taki sposób, edytorzy odzywali się do mnie, ponieważ wiedzieli co mogą otrzymać. Widzieli co mogę zrobić i co jest moimi silnymi stronami, a także, że mogę zrobić to szybko.

Zawsze jest ciężko to powiedzieć fanowi SW, który chce pisać Star Warsowe książki, ale bycie fanem franczyzy nie zawsze jest najlepszą kwalifikacją do pisania. Fani myślą, że skoro kochają konkretną franczyzę i myślą, że wiedzą dużo o niej, automatycznie oznacza to, że będą umieli pisać dobre książki. Niestety, nie o to chodzi, ponieważ dobra książka to głębokie charaktery i sposób, w jaki jest napisana - nie fabuła, obiekty, kwestia ciągłości czy nawet miłość do danego uniwersum. To może nawet sprawić, że pisanie będzie cięższe, ponieważ pisarz-fan może nie być zadowolony, gdy będzie musiał pozwolić odejść ulubionym przez niego pomysłom czy postaciom, oraz może napisać coś, co ma znaczenie dla prawdziwych fanów, ale nie dla rzeszy przypadkowych czytelników, na których opiera się ten biznes.

W sumie, jeśli napisałeś książkę, która wymaga aby czytelnik posiadał jakąś wiedzę o uniwersum, żeby mógł ją zrozumieć czy cieszyć się z czytania, to zawiodłeś w swoim zadaniu, książki fantasy - właściwie wszystkie książki - muszą umieć obronić się samodzielnie i być przyswajalne bez wymagania od czytelnika kwalifikacji czy dodatkowych nieprzewodników. (Science fiction generalnie często alienuje zwykłego czytelnika albo oglądacza przez barierę wątków zrozumiałych tylko dla wtajemniczonych, ale, na szczęście, BSG pokazuje nam, że to nie musi być tak robione. Science Fiction jest świetnie przystosowane do ukazywania ludzkich dramatów, jak wielu ludzi mówiło.) Moim celem jest, aby każdy był w stanie wziąć którąś z moich książek i wciągnąć się w nią, nawet jeśli nie ma pojęcia o danym uniwersum. Robię to poprzez tworzenie wyrazistych bohaterów, a nie doprowadzanie ich do stanu, gdy są zbyt tajemniczy.

Jeśli chcesz zarabiać na życie wyłącznie pisaniem - a tylko 2% pisarzy tak robi - wtedy zbytnie skupienie na Star Wars albo innej franczyzie, którą kochasz nie jest dobrym sposobem, aby to uczynić. Musisz mieć zdecydowanie większy zakres możliwości, i jeśli nie będziesz miał niesamowitego szczęścia odnośnie książek pisanych w ramach swoich własnych światów, będziesz musiał pisać książki dla innych franczyz, i powinieneś pisać je z taka sama pasja z jaką pisałbyś SW. A to jest trochę trudne. Kilku profesjonalnych pisarzy to potrafi, to dlatego są specjalistami, którzy potrafią zabrać się za pisanie w ramach każdego uniwersum. Szukamy w danej franczyzie czegoś co nas interesuje na tyle, aby móc skończyć książkę. Lubienie uniwersum, w którym się zaczyna pisać nie jest na początku wymagane. Zauważyłam, że im mniej wiem o danej franczyzie tym lepiej wykonuję w ramach niej swoją pracę.

Jest różnica miedzy hobby - fanficami - a pracą. Jeśli wszystkim czego chcesz jest pisanie SW, Treka albo BSG, to są szanse, że nigdy nie będziesz robił tego profesjonalnie. Musisz mieć do opowiedzenia więcej historii niż tylko te. Jeśli nie czujesz w sobie pasji - albo przynajmniej entuzjazmu - do pisania wielu powieści poza twoim ulubionym uniwersum, to nie będziesz pisał dobrze, a to oznacza, że i tak nie będziesz robił tego co chcesz.

©Karen Traviss 2008


W jaki sposób tworzysz swoich bohaterów?Do góry
(Oryginalnie opublikowane na moim blogu)

Ten esej może się części z was wydawać znajomy, ponieważ pewna jego wersja pojawiła się kilka lat temu na moim LiveJournalu. Wciąż staram się znaleźć sposób, aby zaimportować moje wszystkie archiwalne wpisy, jakie pobrałam ze swoich starych blogów, ale moment znalezienie rozwiązania wciąż wydaje się być dość odległy, opublikuje więc ręcznie te, które wymagają przypomnienia.

Chodzi o to jak tworzę postacie i jest to jedno z pięciu najczęściej zadawanych pytań. Czytajcie.

Czy opieram swoje postacie na realnych ludziach? Nie, nie, po trzykroć nie. Niektórzy prawdziwi ludzie mogą się wydawać fascynujący, ale nie mają po prostu tego, co potrzeba, by stać się fikcyjnymi bohaterami. Mój znajomy, który pisze książki z rodzaju "Police procedural" (tłum: Książki skupiające się na prowadzeniu śledztw, telewizyjnymi przykładami tego gatunku są takie seriale jak Columbo, Miami Vice, czy bardzo popularne obecnie "Kryminalne zagadki Las Vegas/Miami/Nowego Jorku") nie zgadza się z tym, i wypełnia swoje odnoszące sukces thrillery mężczyznami i kobietami, które nie tylko są realnymi postaciami, ale są także często osobami, które znam osobiście. Mają po prostu wymazany swój numer seryjny, ale są opisani w najmniejszych, i zazwyczaj najbardziej interesujących szczegółach.

Ale gdy nie jesteś jedną z kilkunastu osób, które o tym wiedzą, czy to ma znaczenie? Moja opinia, nieważne czy istotna, to tak, myślę, że ma. Wprowadzać prawdziwe dialogi i przemówienia od żyjących osób (i czasem od nieżyjących - nie znam wstydu) to jedna rzecz, masz kontrolę nad poszczególnymi elementami, tak jak możesz czerpać z prawdziwych zdarzeń i sprawić, żeby Ci pasowały.

Ale wprowadzanie całych osobowości nie jest takie proste. Realni ludzie całościowo nigdy nie są wystarczająco interesujący, trójwymiarowi i z ukształtowanymi zachowaniami, aby przetrwać w fikcji, przynajmniej nie jako główni bohaterowie, których działania będą napędzać fabułę. Jeśli zbyt wiernie kopiujesz prawdziwe wzorce zachowań, będzie czuć, że coś tu nie gra i widać niekonsekwencje. Kawałki mogą działać dobrze, ale całościowo to się nie uda. Jeśli czerpiesz z życia, musisz dokonywać selekcji.

Fikcja jest niczym proces destylacji. Tak jak możesz wyciąć większość "Er...um...ah" i fragmentów zdań z realnych przemówień czy dialogów, te kawałki mogą również zostać użyte jako dobre wykończenie czyjejś osobowości. (I jeśli nie wiesz o co mi chodzi z dialogami, porównaj swój ulubiony przykład realistycznego dialogu z prawdziwym zapisem rozmowy. Bardzo ciekawe ćwiczenie) Ostatnio poprosiłam dzieci, żeby narysowały słonia widocznego z lotu ptaka. Częściej niż rzadziej rysowały skrupulatnie wszystkie cztery nogi w pełnym wymiarze, cały ogon, płaskie uszy, w pełni ukazany tulów... ale to nie tak wygląda słoń widziany z lotu ptaka. Wygląda bardziej jak zniekształcony minutnik, może z kawałkiem ogona, ale nogi? Nie. Całe uszy? Nie. Tułów? Wygląda inaczej. W tym, co narysowały dzieci nie ma nic co nie byłoby słoniem, ale to nie tak wygląda słoń z góry. Te dzieci nie nauczyły się jeszcze czym jest perspektywa.

Pisarz potrzebuje takiej samej perspektywy, aby wiedzieć co ominąć w kreowaniu postaci.

Może podchodzę do tego zbyt poważnie, ponieważ piszę poprzez konturowanie charakterów, zaburzanie osobowości i tak dalej, i wtedy wsadzam je w ich środowisko, gdzie działają oni niczym modele komputerowe, wchodząc w interakcje z innymi postaciami wykreowanymi w ten sam sposób. Dopasowuje postacie do świata, w którym się znajdują, pytam "Jaka postać zgłosiłaby się do samobójczej kosmicznej misji?" lub o inne tego typu sprawy, a następnie pracuję nad kimś, kto będzie do tego pasował. Nawet postacie, z których korzystam w dzielonych uniwersach mogę rozwijać (i dekonstruować) w ten sam sposób, stosując te same techniki socjobiologi i profilowania psychologicznego. I uważam, że nauczyłam się jak sprawić, żeby postacie za każdym razem działały prawidłowo. Książki, które piszę są w pełni napędzane przez bohaterów. Fabuła, w takim stopniu w jakim mogę to zapewnić, opiera się na tym co robią postacie, a nie jest tworzona niezależnie od nich zmuszając je do przystosowywania się.

To właśnie mam na myśli mówiąc, że to postacie napędzają fabułę, gdy są wystarczająco dobrze wykreowane, wiesz co zrobią a czego nie, a nawet co by kupiły, gdyby zgubiły się w supermarkecie.

Trzymam się od życia realnego możliwie daleko, albo używam go z umiarem - na przykład przepisując historyczne bitwy - ponieważ życie realne nie ma sensu. Fikcja ma. Wiem, że to spóźnione ostrzeżenie, ale przekonuje się tym raz za razem. Największy skandal czy prawdziwa opera mydlana jakich doświadczyłam nigdy nie staną się prosto książkami, ani postacie biorące w nich udział nie staną się wiarygodnymi bohaterami, nawet jeśli codziennie zostawiają nas oniemiałymi przez okres dziewięciu lat. To jest coś, co koniecznie trzeba zobaczyć, ale nie ma w tym logiki, która pozwoliłaby postaciom stać się fikcyjnymi. To zbyt głupie, zbyt sztampowe i zbyt nielogiczne.

Mój kolega od "police procedural" idzie oczywiście w kompletnie innym kierunku i zasadniczo nie przymiera głodem. Ja preferuje jednak poznawać świat poprzez umysł i oczy innych postaci, i cieszę się, że tak potrafię - to jest, jak aktorstwo, tak powiedział mi pewien aktor. To stawanie się inną osobą na czas występu, kierowanie się jej motywami i myślenie w sposób w jaki on/ona myśli. Na koniec wychodzi się z roli i możliwe, że przez postać, którą odgrywałeś zmieniłeś się, ale ta postać nie zmieniła się przez Ciebie. Nawet gdy byłam dzieckiem chciałam wiedzieć jak to jest być kimś innym, przekonać się czy dla innych świat wygląda, pachnie czy smakuje tak samo jak ja go doświadczam, teraz mogę poznać odpowiedzi na te pytanie najlepiej jak potrafię poprzez swoją metodę pisania. W pewien sposób sądzę, że jest to dobrowolna i kontrolowana wycieczka w stan, który jest, jak sądzę, podobny do dysocjacyjnych zaburzeń tożsamości. Z wyjątkiem tego, że ludzie, którzy na to cierpią nie mogą wybierać kiedy wcielają się w oddzielną postać, ale ja potrafię to włączać i wyłączać, to jest raczej jak różnica między świadomym śnieniem, a takim normalnym, niekontrolowanym.

Potrafię też śnić świadomie. Możliwe, że ta sama część mózgu pozwala mi robić obie te rzeczy.


Jak tworzysz postacie?Do góry
Pierwotnie opublikowane w LiveJournal


Dostałam maila z prośbą o scharakteryzowanie i napisanie jak się tworzy wiarygodne postacie. Całe książki opierają się na tworzeniu postaci, i jakkolwiek nikt mi za to nie zapłaci, mój duch najemnego pisarzyny szepcze mi do ucha, że powinnam wybrać jeden aspekt, który uważam za zaniedbywany i skupić się na nim.

To co opiszę poniżej jest moim osobistym poglądem i wiem, że nie zgadza się z pewnymi poznanymi przeze mnie zasadami pisania. Ale, u mnie to działa, a to jest najważniejsza rzecz w jakiejkolwiek technice.

Piszę bardzo mocno z punktu widzenia trzeciej osoby. Moim celem jest sprawienie, aby czytelnik patrzył na świat oczami bohatera, a więc wszystko co mogłoby go wyrwać z głowy postaci może zniszczyć całą scenę. Tworzenie dialogów i charakteru pasujących do akcji jest proste, ale łatwo zapomnieć o ważnym detalu pomiędzy nimi - narracji - która jest integralną częścią wypowiedzi. Nie tylko łatwo o tym zapomnieć, ale są też ludzie którzy mówią, że nie powinno się tak robić.

Czytałam bardzo mocne opinie twierdzące, że dialogi i narracja są "brzydkie", i ci edytorzy nie lubią tego, ponieważ to przypomina czytelnikowi, że postacie są tylko kukiełkami. Osobiście uważam, że to bzdura. 'Dopasowuje" cały czas, to tak napisałam City of Pearl i moje inne książki. Dla mnie to właśnie gdy jest znaczna różnica między dialogami, a narratorem, to myślę o postaciach jako o marionetkach, bo wszystko co mogę usłyszeć to ten nadzorujący autorytarny głos, i to działa mi na nerwy. Nie lubię tego.

Gdy pisze się bardzo mocno w trzeciej osobie, narracja staje się wewnętrznym dialogiem postaci, i wierzę, że powinna odbijać ich mowę, postawę czy doświadczenia. Farmer nie będzie rozmyślał o trudności życia codziennego w sposób w jaki robiłby to Nietsche, będzie raczej odnosił się do rolniczych analogii, do bycia silniejszym dzięki wygrywaniu z przeciwnościami. I nawet wysoko wykształcona postać umiejąca się dobrze wyrażać nie będzie używała języka elaboratów, gdy zauważy, że znajduje się na drodze nadciągającego pociągu. A więc myśli, narracja, muszą pasować do umysłu, z którego pochodzą.

Wiele z moich postaci to zwykli pracujący mężczyźni i kobiety ze skromnym wykształceniem, ukazuję więc to w ich dialogach i narracji. W "View of a Remote Country" (tłum: Krótkie opowiadanie jakie Karen napisała w 2004 roku) moja główna postać to niepiśmienny robotnik, który pożąda wykształcenia: gdy je zdobywa, jego dialogi, postawa, język, zmieniają się pomiędzy początkiem, a końcem historii. "View" był historią, którą napisałam w Clarion gdy powiedziano nam byśmy spróbowali zrobić coś niekomfortowego i nieznanego, zdecydowałam, że spróbuje użyć postaci, która zna wąski zakres języka, co sprawiło, że nie mogłam używać większości swoich umiejętności językowych i zmusiło do patrzenia na świat jego oczami. (Patrząc wstecz, było to jedną z najbardziej przydatnych ćwiczeń, jakie kiedykolwiek zrobiłam.)

Niektórzy czytelnicy mieli problem z czytanie tego, ponieważ nie pasowało to do ich umiejętności językowych. Odczuwali to jako coś na niskim poziomie. Ale dla mnie postać, która myśli w sposób niepasujący do jej doświadczenia nie jest postacią: tym co słyszę jest autor, a osobiście nie lubię żadnego "kierowcy na tylnym siedzeniu" mówiącego mi co mam myśleć gdy czytam. Chce czuć, że to co jest, jest takim z powodu charakteru postaci, nie autora.

Historie, jak zawsze, będą się różnić. Wielu ludzi chce słyszeć autorytarny głos uniwersalnego stylu narracji. Ja nie. Najbliżej takiego stylu byłam, gdy pisałam reportaże, bo nie chciałam, aby styl odwracał uwagę od treści. Wierzę, że jeśli czytelnicy zauważą jak piszę zanim usłyszą co mowię, będzie oznaczało, że zawiodłam jako opowiadaczka.

Częścią frajdy z pisarstwa jest zgłębianie nowych obszarów, a nie ma bardziej obcego terytorium niż umysł innej osoby. Dla mnie zgodności dialogów i narracji jest tego integralna częścią.

Ile czasu zajmuje Ci napisanie książki?Do góry
Teraz piszę na pełnym etacie, zajmuje mi to między dwoma, a pięcioma tygodniami. Muszę pociagnąć temat, zagłębić się w niego i nie zwalniać dopóki nie będę gotowa, albo nie stracę kontaktu z postaciami i zagłębienia w temat.
Tak, to psychicznie ciężka praca i źle wpływa na moje zdrowie. Ale to jedyna droga jaką znam.

Moja maksymalna wydajność to 50,000 słów na tydzień, chociaż kiedyś napisałam 37,000 w dwa dni. Nie mogę pisać już szybciej, a moja klawiatura ledwie radzi sobie z tym co chce się wydostać z mojej głowy, choć pisze dość szybko.


Opublikowana wersja „Objawienia” zajęła 3 tygodnie, ponieważ pierwsza wersja poszła do kosza i napisałam jeszcze raz zaczynając jedynie z kilkoma rozdziałami.
„Wojny klonów” zajęły 2 tygodnie, bo były powiązane z filmem, i to było wtedy, gdy scenariusz filmowy został dla mnie skończony – 2 tygodnie przed terminem ostatecznym. To dość hojna ilość czasu jak na taki film. „Potrójne zero” zajęło mi 5 tygodni, tak jak “Gears of War: Pola Aspho”, ponieważ pisałam cały dzień, dopóki nie byłam zbyt zmęczona, i taka jest moja naturalna, optymalna szybkość. (Jeśli była potrzeba pracowałam do granic zmęczenia, nawet do 72 godzin w jednym ciągu. To nie jest ani nic wielkiego, ani błyskotliwego – to jest zwyczajnie niebezpieczne.) Gdy pracowałam na pełnym etacie w innym zawodzie, powieść zajmowała mi od ośmiu do dwunastu tygodni, ponieważ wszystko było robione w moim wolnym czasie.

Piszę naturalnie. Nigdy nie robiłabym tego jako dziennikarka, gdybym mogła. A gdy piszę fikcję, widzę zazwyczaj opowiadanie jako pełnozmysłowy film w mojej głowie – obrazy, dźwięk, zapach, smak, dotyk – więc wszystko co muszę zrobić, to to opisać, co też idzie szybko.

Ktoś, kto powiedział, że książka „musi” zajmować określoną ilość czasu, aby być dobra, jest, nie moimi słowami, idiotą. Przepraszam, ale tak właśnie jest. Już słyszałam pisarzy, powtarzających tą paplaninę, a którzy powinni wiedzieć lepiej.
Są pozornie zorientowanymi pisarzynami – tak jak rząd, który sądzi, że im więcej pieniędzy włoży się w służbę zdrowia, tym lepiej ona pracuje. Ale tak nie jest. Możesz zobaczyć brak rozeznania w swoich własnych przemyśleniach w jakieś księgarni, kiedy oceniasz to zwyczajnie czytając; powinieneś być w stanie powiedzieć, patrząc na jakość książki, że zajęło dłużej napisanie jej, prawda? Nie, oczywiście nie jesteś w stanie. Bo to jest nieistotne. (I jeśli ktoś wymyśli obiektywny test na to, co czyni książkę „dobrą”, daj mi znać, bo powiem, że to nie istnieje.)

Rezultaty, produkcja i wkład to zupełnie różne rzeczy, nawet w pisaniu. Książka zajmuje tyle czasu, ile potrzebujesz by ją napisać, ani dnia więcej, ani dnia mniej, bo to nie jest zadanie domowe, ani wypracowanie. To bardzo osobisty i indywidualny proces, który jest inny dla każdego pisarza. Niektórzy koledzy po fachu lubią redukować to w czasie, inni (jak ja) lubią się w tym zatapiać, są też spotykane wszystkie pośrednie stopnie między tymi dwoma.

Mogę się założyć z Tobą o twój dom, o twój fundusz powierniczy i o twoje dzieci (zawsze mogę je sprzedać, prawda?), że jeśli zrobić test, z książek wybranych na ślepo, to ty jako czytelnik nigdy nie będziesz w stanie powiedzieć ile zajęło napisanie którejś, dopóki autor sam Ci nie powie.
A to może być od 20 lat do tygodnia (tak, są ludzie szybsi ode mnie), ale skończony produkt tego nie pokaże.

Wartość teorii można sprawdzić tylko w praktyce... Ja robię to szybko, bo umiem. I, jak powiedział P.G. Wodehouse „Nigdy nie chcę nikogo widzieć i nigdy nie chcę nigdzie iść ani nic robić. Ja chcę tylko pisać.”

Amen, stary druhu.

©Karen Traviss 2008


Nie rozumiem z czego wynika długość książek. Jak książki mogą mieć taką samą ilość stron, ale rożną ilość słów?Do góry
Odpowiedź: To jedna z tych sprytnych - i koniecznych - sztuczek, jakie potrafią ludzie zajmujący się produkcją.

Lubię zakładać się z czytelnikami (i zawsze wygrywam jak dotychczas, więc nigdy nie dajcie się skusić, żeby postawić kasę) o to, że nie potrafią oszacować liczby słów w książce. Chyba, że są wytrenowani w czymś nazywanym "casting off" - przeliczaniu ilości słów na stronie i przeliczaniu tego na cała książkę - zazwyczaj patrzy się na rozmiar i grubość książki. I zgaduje źle.

Ilość słów w książkach bardzo się różni - Rozkaz 66 ma 190000 słów, prawie dwa razy tyle jak przeciętna książka. Jak z takim czymś radzi sobie wydawca wydający książki w określonym formacie?

Książki powinny być w przewidywalnych rozmiarach; muszą być produkowane za sensowną cenę, magazynowane, transportowane i wystawiane. Następnie muszą mieścić się na domowych półkach z książkami. Ludzie lubią książki, które są łatwe do czytania, transportowania i przechowywania. Zasadniczo lubimy i potrzebujemy książek w konkretnych rozmiarach. Jeśli w ramach serii jednego dnia kupujesz książkę rozmiarów pamiętnika, a jej kontynuacja jest rozmiarów domowej biblii, prawdopodobnie uznasz to za irytujące. Wiem, że wielu czytelników nie kupi książki w twardej oprawie i poczeka na wersję w miękkiej, ponieważ rozmiar takowej pasuje dobrze do ich półek, albo jest łatwiejszy do zabierania ze sobą.

A więc, edytorzy produkcji i typografowie robią bardzo sprytną pracę wygładzając to wszystko, używając białych spacji i różnych rozmiarów czcionki, aby zmieścić więcej lub mniej słów na danej stronie. Są w tym tak dobrzy, że potrafią rękopis, który ma 100 000 słów zmieścić w książce identycznej wielkością jak taka, co ma słów dwa razy więcej. Nie wierzysz mi? Weź kilka losowych książek, policz słowa, a potem spójrz na układ strony. Nie zauważysz tego dopóki nie będziesz za tym patrzył.

Tworzę długie książki. To po prostu sposób w jaki piszę - z paroma wyjątkami w specyficznych okolicznościach, moje książki mają pomiędzy 150000 a 190000 znaków. Przeciętna książka w miękkiej oprawie ma pomiędzy 80000 a 110000. Ale nie znam wielu czytelników, którzy zwróciliby na to uwagę. Jeśli mam być szczera, nie powinni. Skład maskuje większość tej różnicy. No i jest jeszcze tempo. Nawet jeśli moje książki są długie, to szybko się je czyta, jest w nich dużo postaci, dużo zmian miejsc i nie ma niepotrzebnych słów. Są gęsto napakowane informacjami i obejmują wiele obszarów. Więc czytelnicy mówią mi, że umieją się przez nie przebić w dzień lub dwa. Gdy mówię im, że przeczytali równowartość dwóch książek są najczęściej zaskoczeni. Krótsze książki mogą się wydawać dłuższe ponieważ są napisane "wolniej".

Liczba słów nie ma znaczenia. Nie mówi nic o tym, jaką książkę dostajesz za swoje pieniądze. I jeśli mam być brutalna, jeśli ocena jakiejkolwiek książki opiera się na tym jak wiele ma słów zamiast na tym, jak na Ciebie działa i jak jest napisana - cóż, to jest po prostu głupota. Przykro mi, ale tak jest. To nie jest, że funt jabłek za 50 pensów ma większą wartość niż funt jabłek za 75 pensów. Nie dostajesz mniej, jeśli kupisz krótszą książkę. A kwestia pozostawienia cię w stanie, że chcesz więcej nie jest kwestią długości książki. To coś co każda dobra książka powinna umieć zrobić.

Moje książki są wciągające - czytelnicy mówią mi, że są przez nie kompletnie pochłonięci - ale to nie dlatego, że są długie. Dzieje się tak z powodu sposobu w jaki je piszę.

A więc nie zawracaj sobie głowy liczeniem słów. Książka jest tak długa jak potrzeba, żeby opowiedzieć historię. Po prostu otwórz ją i ciesz się zawartością.

©Karen Traviss 2008

Czym jest skrócona książka?Do góry
Ani słowa więcej, ani słowa mniej.

Dostałam dziś audiobooka książki GEARS OF WAR: ASPHO FIELDS, wersje pełną. Dla pisarki, która zwykle pisze między 150 000 a 190 000 słów na książkę (gdzie "Wojny Klonów" były wyjątkiem) oznacza to dużo płyt - w przypadku Aspho Fields 10 CD.

Muszę odłożyć audiobooka na bok i powstrzymać się przed odsłuchaniem w najbliższym czasie. Pojedynczy narrator nie jest tym samym co cała obsada artystów podkładających głosy w grze. A podczas gdy piszę książki z serii Gears of War, chcę zachować te głosy w formie nienaruszonej w głowie, aby dobrze móc odwzorowywać dialogi. Gdybym usłyszała inny głos, gdy powinnam słyszeć Johna Dimaggio, byłabym załatwiona. To po prostu sposób w jaki pracuję. A więc interpretacja Gears autorstwa Davida Colacciego musi poczekać, aż nadejdzie dzień, w którym nie będzie mnie mogła rozproszyć.

Przynajmniej jedna rzecz jest pewna - pełna wersja ASPHO FIELDS pozwoli w pełni doświadczyć treści książki. Nic nie zostało wycięte. Jeśli zdecydujesz się na tą pełną wersję, a zdaję sobie sprawę, że kosztuje ona o wiele więcej niż skrócona - nie stracisz niczego w stosunku do książki.

Przyznaję, że mam wobec audiobooków mieszane uczucia, właśnie z powodu skracania. Niektóre książki są skracane, niektóre nie, wszystko rozbija się o długość. Wielu czytelników pytało mnie o audio wersje moich Star Warsowych książek i czuję potrzebę zamieścić w mej odpowiedzi kilka zastrzeżeń, bo nie chciałabym wprowadzić kupujących w błąd.

Mówiąc wprost, skrócone audiobooki nie pozwalają w pełni doświadczyć książki. Nie zrozumcie mnie źle, są one bardzo dobrze zrobione, i muszą być cięte z powodów biznesowych, ale po prostu nie mogą być tą samą rzeczą, jaką jest książka, na której bazują. Co stracisz, zależny od autora i jego stylu, ale jeśli chodzi o treść to ze 160 000 słów książki poznasz tylko 90 000 - 100 000 słów, bo tyle się mieści na pięciu płytach i w rozsądnej cenie, ale to nie będzie to co autor chciał przekazać. Prawie połowa została wycięta.

Przycinanie na potrzeby audiobooka (lub radia, jeśli o to chodzi) to wymagająca umiejętność, i robi wrażenie jeśli zostanie wykonane dobrze. Praca przy Braterstwie Krwi była ciekawą nauką; dostałam pocięty manuskrypt i porównałam go z pełną wersją, aby zobaczyć co zostało zmienione. Nic nie zostało dodane, po prostu zostało trochę uszczuplone. Zrobiono to tak czysto, że fabuła pozostała nienaruszona i żaden z podstawowych szczegółów koniecznych, aby fabuła się toczyła nie został usunięty. Zrobienie czegoś w taki sposób zajmuje czas.

Tym co zostało usunięte są głębsze charakterystyki i opisy świata. Nie wypycham książek na siłę, każda linijka jest w nich z konkretnego powodu - przede wszystkim charakterystyki pozwalające czytelnikowi wczuć się w punkt widzenia bohatera. Na przykład wiele z motywacji Fetta nie znalazło się w wersji audio i pomimo tego, że audiobook stanowi kompletną historie z bonusem w postaci doskonalej narracji, traci jednak pewien istotny posmak. To zwyczajnie nie jest już to co napisałam. To bardziej wygląda jak tłumaczenie, mimo, że nic nie zostało dodane czy zmienione. Detale, które z konieczności zostały usunięte zmieniły tą książkę w coś innego. To powinno być oczywiście, jak sądzę, ale większość czytelników nie wie co traci jeśli jedyna wersja, jaką poznają to ta pocięta.

Rozmawiając nad sprawą skracania z krytykiem literackim, coś mi wpadło do głowy - dwie wersje Braterstwa Krwi mogą być doskonałą pomocą naukową dla chcących-być pisarzami. Poprzez porównanie dwóch wersji, możesz wiele nauczyć się na temat szczegółów tworzenia charakterystyki postaci. Możesz zobaczyć i usłyszeć, słowo po słowie czym się różni historia dobra, interesująca historia od takiej, która doprowadza czytelnika do łez. To cytat jednego z moich czytelników, swoją drogą. Książka sprawiła, że płakał, wersja audio - nie. Książka ukazuje jak Fett godzi się ze swym nędznym, pustym życiem. Są jeszcze inne elementy, które zostały usunięte, ale ten szczególnie utkwił mi w pamięci ponieważ czytelnik wyjaśnił mi szczegółowo jak się z tego powodu czuł.


Co sprawia ze książka jest dobra?Do góry
Odpowiedź: Dobra książka to taka, która Ci się podoba.

Taa, dokładnie tak. Poważnie.

I nie pozwól nikomu twierdzić inaczej. Nie obchodzi mnie ile doktoratów i fantazyjnych tytułów mogą mieć - nie mają prawa ci nic takiego mówić. Ich odczucia nie są twoimi i nie ma żadnego powodu, aby miały być. Idea wyrafinowanych i wysublimowanych gustów kontra głupie gusta pospolite masy (jak ty czy ja) jest tak bardzo przesiąknięta oparami moralności wiktoriańskiej klasy średniej, "samodoskonalenie", że zbiera mi się na mdłości.

Są pewne popularne elementy, których autorzy mogą użyć, aby książka trafiła do gustu wielu ludzi. Można je poznać i rozłożyć na czynniki pierwsze. To najzwyklejsza psychologia. Ale decydowanie czy książka jest dobra - to już twoje zdanie, indywidualnego czytelnika.

Każdy czytelnik wnosi w książkę, którą czyta swoje życiowe doświadczenia, gusta, potrzeby i wykształcenie. Książka nie jest dokładnie tym, co autor chciałby żeby była, i być nie może. Autor jest tylko wykonawcą, nie użytkownikiem końcowym. Książki są zawsze odbierane poprzez osobisty filtr danego czytelnika. A więc zaczynamy od faktu, że nie jesteśmy w stanie precyzyjnie zdefiniować produktu, bo każdy egzemplarz książki jest inny z powodu sposobu w jaki ktoś go czyta.

I nie tylko to, przeczytaj jakąś książkę w rożnych okresach swojego życia i zobaczysz jakie masz wobec niej odczucia. Są szanse, że zadziała na Ciebie inaczej. Zostało mi to świetnie ukazane przez żołnierza, który napisał do mnie parę razy w przeciągu kilku lat; pierwszy raz, gdy przeczytał Komandosów Republiki, jako młody samotny mężczyzna, a więc widział w tych książkach historię prostodusznych komandosów-klonów poszukujących swej ścieżki w świecie żyjącym walka. Następnie się ożenił i spłodził syna. Gdy czytał książki ponownie, powiedział mi, że czuł je jakby były kompletnie nowymi książkami - ponieważ był ojcem, i ojcowskie oddanie adoptowanej rodzinie okazywane przez sierżanta Skiratę stało się dla niego głównym wątkiem. Tak, to była zdecydowanie inna seria książkowa. Kiedy piszę, wiem, że różni ludzie będą się skupiać na rożnych rzeczach, ale wciąż nie jestem w stanie powiedzieć żadnemu konkretnemu czytelnikowi jak będzie odbierał moje książki w konkretnym momencie swojego życia. To jest cześć zabawy, jaką daje fikcja - za każdym razem jak przewracasz strony czekają Cię przygody.

Problemem jest to, że wszystkich nas w szkole uczono, że należy traktować opinię krytyków literackich jakby były jakimiś naukowymi i obiektywnymi analizami. Ludzie, którzy wiedzą lepiej niż my (kto i dlaczego tak mówi?), mówią nam co jest dobrą książką a co nie jest, i mamy powtarzać tą opinie na egzaminach jakby była świętą prawda. Właściwie, wszystko czego jesteśmy uczeni jest tym co mała grupka samozwańczych przedstawicieli średniej klasy elit uznała za mądre w pisarstwie; ale to nie jest niczym więcej niż opinią kilku ludzi. To jest pełne uprzedzeń, w każdym znaczeniu tego słowa. To jest całkowicie subiektywne. A więc nie ma potrzeby zwracać na to uwagi, chyba że masz potrzebę wiedzieć co krytycy powiedzieli o konkretnej książce, albo musisz zacytować tą opinie na egzaminach (zwróć uwagę, że napisałam "zacytować", nie podzielać czy wierzyć w nią. Opinia profesora Jakmutam jest jego opinią, nie twoją.)

W takiej formie nauczania jesteśmy karmieni uprzedzeniami na temat książek, co już jest dość złe, ale sporo osób kończy swą edukację z poczuciem wstydu z powodu braku sympatii (albo zrozumienia) do książek, o których im powiedziano, że powinny je doceniać. Chcieliby poczytać inne książki, ale byli informowani, że ich wybory są złe. A ciężko nie traktować tego jako negatywnych wiadomości o samym sobie. Zazwyczaj młodzi przestają więc po prostu czytać. Sprawiono, że czują się gorsi. A to mnie wkurza. Bo nikt nie ma prawa sprawiać, że ludzie traktują swoje nieszkodliwe wybory jakiejś rozrywki jako piętno, nie mówiąc o tym, że niektórych dotyka to na cala resztę życia. Zainteresuj się książką, którą ktoś lubi czytać, a prawdopodobnie często spodoba się ona i Tobie, nawet jeśli nie będziesz chciał tego przyznać. (Nauczyciele, rodzice - proszę was, bądźcie uczciwi w tej kwestii z samymi sobą. Zbyt wiele dzieci opowiadało mi straszliwe historie o tym jak ich wybory są bagatelizowane i są z ich powodu upokarzani. Sprawianie, że dzieci czuja się źle ze swojego powodu nie jest powodem do dumy zawodowej czy wychowawczej.)

A więc rzucam wyzwanie komukolwiek kto to czyta i może dostarczyć autentyczną i solidną definicje, aby się ze mną skontaktował i podzielił nią - i mam na myśli prawdziwą definicje. Sprawdzalną. Której jakość można sprawdzić. Wymierny, obserwowalny i możliwy do powtórzenia zestaw parametrów, które definiują "dobrą książkę" dla zdecydowanej większości użytkowników, która może być oceniona i skontrolowana.

Wydaje mi się, że będę musiała bardzo długo czekać.

Jedynym mierzalnym testem jaki jest dla nas dostępny to słupki sprzedaży - ponieważ zazwyczaj ludzie kupują to co lubią, nie to, co kazano im lubić, a już na pewno nie kupują rzeczy, których nie lubią (podręczniki do nauki są wyjątkiem...). Dobra, wszyscy znamy ludzi, którzy kupują książkę, która wygrała ostatnio nagrodę Bookera czy coś podobnego z nadzieją, że będą dzięki temu wyglądać cool albo jak intelektualiści, i nigdy jej nie czytają, ale większość ludzi nie marnuje w ten sposób pieniędzy.

A więc wracamy do momentu gdzie zaczęliśmy. Lubisz książkę ? A więc to dobra książka. Nikt inny nie może być w twojej głowie, gdy ją czytasz, tylko ty wiesz czy dana książka trafia do Ciebie czy nie.

A jeśli obawiasz się co inni powiedzą o twoich gustach czytelniczych - przestań żyć koncentrując się na opiniach innych. Życie jest za krótkie na to. Idź, ciesz się tymi książkami, które Ci się podobają. No i nie powstrzymuj swoich dzieci od czytania tego co lubią.

Zaufaj swojemu gustowi, ale nie narzucaj go innym, albo pozwól wszystkim innym żeby narzucali swoje gusta Tobie.

(* Ale jeśli w preferowaną przez ciebie rozrywkę wliczają się społecznie nieakceptowane albo nielegalne rzeczy, wtedy uważam, że mam prawo mieć o Tobie negatywną opinię...)


Czy gry i komiksy nie są dla głupich ludzi? Gdyby byli mądrzejsi, czytali by książki.Do góry
(Z mojego starego bloga, 26 listopad 2008)

Do diabła, nie. Co jest takiego szczególnego w książkach? Kilka wieków temu nawet nie istniały.

Nie czytam książek. Nie umiem z nimi wytrzymać. Jestem bardzo słabo oczytana - spytajcie moją koleżankę Farah, która umie zmierzyć takie rzeczy, ponieważ książki Science Fiction to jej obszar zawodowy - ja czerpie swą rozrywkę z filmów, komiksów i telewizji. Jeśli nie wiedziałeś o tym dotychczas - a mówię o tym dość publicznie - zrób na chwile pauzę i poczytaj FAQ zanim zaczniesz czytać bloga.

Wspominam o tym fakcie, bo dostaję maile od "Gearheads" (tlum: Fani Gears of War) (szlachetne plemię!), którzy zaczęli czytać dzięki Aspho Fields. Podobne maile dostawałam od czytelników moich SW książek, którzy byli bardziej wkręceni w gry czy filmy czy cośtam, ale sięgnęli po Komandosów Republiki i nagle zauważyli, że czytanie też może dawać frajdę, a nie być nędznym przymusem. Gdyby istniał wzór takich wypowiedzi, brzmiałby tak: "Nienawidziłem czytać i nigdy dotychczas nie skończyłem książki, ale miałem frajdę czytając twoje książki, a teraz chcę poczytać różne inne rzeczy."

To rodzaj maili, którzy edytorzy kochają. Wszyscy chcemy więcej klientów. No i to świetne dla mojej osobistej reputacji, ponieważ pisarz, który umie przyciągnąć grupę nie-czytających (i uwagę młodszych chłopców) jest dobrze widziany w tym biznesie. Jest w tym też znacznie szlachetniejsze osiągniecie - możliwość wprowadzania ludzi w "Święty Świat Słowa Pisanego".

Jeśli czytanie moich książek otwiera komuś drzwi i pomaga znaleźć coś, czym cieszą się bardziej niż sądzili, że będą, to jest fantastycznie. Siedzę w przemyśle rozrywkowym. I uwielbiam zadowolonych klientów.

Ale pamiętajcie o czymś; jestem pisarką, która nie czyta książek i to nie tylko z powodu braku czasu, czy obawy przed pomieszaniem się idei, ale dlatego ze zwyczajnie nie lubię tego. Rozumiem czytelników, którzy nie uwielbiają czytać, równie dobrze jak pochłaniaczy książek, którzy potrafią całą bibliotekę przeczytać w tydzień. Zastanawiałam nad tym i mam zamiar napisać trochę burzliwych stwierdzeń.

Jeśli narodzisz się jako czytelnik, dzięki którejś z moich książek, to wspaniała sprawa. Ale jeśli nie, to nie ma znaczenia tak naprawdę. Ponieważ książki to żadna świętość.

Tak, dobrze słyszałeś. W książkach ani w ich czytaniu nie ma nic wyjątkowego. Jeśli nauczyłeś się czytać, możesz je przeczytać. Innymi słowy, książki nie są ani w połowie tak ważne jak nam się mówi, że są. Dla mnie mają oczywiście znaczenie, bo zarabiam na życie głównie dzięki pisaniu książek. Ale nie są one wyznacznikiem bycia cywilizowanym.

Książki powodują duże emocje. Obrazki palonych stosów książek z czasów nazizmu są traktowane jak koniec ludzkiej przyzwoitości. Rodzice życzą sobie, żeby ich dzieci usiadły i poczytały dobre książki zamiast oglądać filmy czy telewizje. Książka jest kulturalną ikoną, sprawiajacą, że czujemy się dobrze z tym całym niejasnym gadaniem o jakości i intelektualizmie i mądrości.

Ale to wszystko opiera się na niby-wiktoriańskiej etyce doskonalenia siebie - ponieważ klasa średnia czyta książki, a niższe nie. Można podnieść swój status społeczny w ten sposób (nie zbyt daleko, pamiętajmy) poprzez małpowanie zachowań wyższych klas. Mówimy o czytaniu książek, pamiętajmy. Nie gazet czy podręczników, tu nie chodzi o umiejętność czytania. Chodzi o czczenie książek jako najczystszych i najświętszych form fikcji. I nie jestem w stanie znaleźć powodu, dla którego książki zasługiwałyby na ten tytuł, poza tym, że klasa średnia ustaliła zasady społeczne, w których wciąż żyjemy i które są wzmacniane przez zachodni system edukacyjny.

Słuchaj, przerobienie na pulpę paru drzew i nasmarowanie ich atramentem nie ma właściwie żadnej wartości. Papier toaletowy Marks & Spencer z różanym wzorem także pasuje do tej definicji. Oddawanie czci książkom, a poniżanie komiksów czy gier jest równie bezsensowne, jak twierdzenie, że myszka jest lepsza od klawiatury. Pisanie i napisane słowo są czymś co tworzy coś w twojej głowie - podobnie jak dźwięki i obrazy - i to to czego doświadczasz w głowie się liczy. Pisanie to po prostu kolejne medium. Ludzie zapominają co właściwie oznacza "medium" - ??? - medium nie jest wiadomością.

Książki są po prostu kolejną drogą poznawania fikcji. Nie są w niczym lepsze. Są po prostu inne. Możesz odczuwać dokładnie taką samą radość i stymulować mózg poprzez granie w dobra fabularną grę, wzbudzający emocje film i dyskutując o tym z twoimi kolegami dokładnie tak jakbyś czytał związaną z tym książkę.

Obecnie jestem zaniepokojona opinią, że książki na podstawie gier są cenną bramą do świata czytania - pogląd ten wyrażają niektórzy moi koledzy - ale niepokoi mnie to, że implikuje on, że inne rzeczy są bardziej wartościowe. Ludzie będą czytać jakby byli cywilizowany, jeśli uda nam się ich przyciągnąć do wejścia do księgarni, kusząc ich rzeczami, które są dla nich rozpoznawalne. A następnie powinniśmy ich przestawić na prawdziwe książki.

Gówno prawda. Przepraszam, ale nie akceptuje tego.

Franczyzy stały się franczyzami, ponieważ trafiają do wielu ludzi, a nie odwrotnie. Wielu próbowało wyprodukować hitowe franczyzy, ale kompletnie im się nie powiodło, ponieważ coś w samym sercu tych rzeczy 'nie zaskakiwało'. Są odbiorcy franczyzy, którzy chcą ją poznawać w rożnych rodzajach mediów, ponieważ doświadczają wielu rożnych rzeczy co zwiększa ich radość z danej rzeczy. (Tak, to słowo na S - Synergia). Niektórzy jednak nie, z wielu powodów, od kwestii poznawczych - może bardziej trafia do nich obraz czy dźwięk - aż po zniechęcenie do czytania przez złych nauczycieli. Nie chodzi jednak o "jakość".

Próbujemy połączyć rzeczy, które nie są połączone. Czytanie książek nie jest jakimś szczytem aktywności mózgowej, na który musisz się wspiąć z dołu gdzie znajdują się gry, następnie przez komiksy i filmy, żeby doznać oświecenia. To nie jest pionowa drabina. To jest pozioma wystawa sklepowa. Wybierz co chcesz.

Następnym razem gdy uznasz, że czytanie moich książek z serii Star Wars czy Gears of War sprawia Ci przyjemność, ale nie chcesz sięgnąć po inne moje książki, nie mówiąc już o Atlas Shrugged czy zwycięzcach nagrody Bookera - nie ma sprawy. Moimi motywami, by spróbować sprawić abyś czytał więcej jest zarobienie kasy. Nie to, że uważam, że jesteś teraz gotowy na większe rzeczy i mądrzejsze idee. (Właściwie, moje książki z serii "wess`har' są pisane dokładnie w taki sam sposób, jak te w ramach franczyzy.) Nie chodzi też o to, że uważam, że czytanie poprawi twój umysł, czy inne tego typu patetyczne pierdoły.

Jeśli grałeś w Gears of War i nie chcesz spróbować poznać książki, ponieważ zwyczajnie nie lubisz książek - nie ma problemu, choć byłabym szczęśliwa jakbyś spróbował choć kilka stron. Jestem dużą fanką pewnych konkretnych serii telewizyjnych, i rozpaczam gdy się kończą, ale nigdy nie sięgnęłam po żadną z licencjonowanych przez nie książek, i nigdy nie sięgnę. Nie dlatego, że sadzę, że będą na słabszym poziomie - znam chłopaków, którzy je napisali - ale dlatego, że zwyczajnie nie interesuje mnie fikcja i nie znajduje w niej radości. Jestem osobą, która potrzebuje wizualnych i dźwiękowych bodźców. I lubię przemieniać to co dźwiękowe i wizualne bodźce kreują w mojej głowie w pisane przeze mnie książki.

Równie dobrze może to być w formie komiksu, gry czy wiersza.

Ja pisarz. Ty czytelnik. Albo nie, jak się może zdarzyć. Książki nie są przymusem.


To prawda, że nie czytasz fikcji? Jak możesz pisać jeśli nie czytasz książek?Do góry
Odpowiedź: Tym samym sposobem, dzięki któremu ty możesz czytać i rozumieć książki bez umiejętności ich pisania.

Te dwa procesy nie są nierozłączne. Możesz robić jedno, możesz robić drugie, możesz oba, ale nie ma konieczności żeby robić jedno, aby móc robić drugie.

To tak samo jak projektant-mężczyzna może projektować ubrania dla kobiet samemu nie chcąc ich nosić, czy szef kuchni umie przygotować danie nawet jeśli nie lubi niektórych z użytych składników, i, w sumie, każdy profesjonalista umie zaprojektować coś czego sam nie będzie używać czy konsumował. Kardiochirurg może operować serca innych, samemu nie mając żadnej choroby serca.

Im więcej o tym myślę, tym bardziej głupie mi się to "nie możesz pisać bez czytania" wydaje. Ale niektórzy ludzie traktują to niczym religijny dogmat. Rozumiecie, to po prostu nie prawda. Równie dobrze mogę wam powiedzieć, że musicie oglądać dużo filmów, żeby być dobrym pisarzem, bo to to działa w moim przypadku.

Profesjonalistom jak my przyjemność sprawia kreacja albo wykorzystywanie swych umiejętności. To inny proces niż konsumpcja. Tak naprawdę, wielu pisarzy nie czyta, zazwyczaj z powodu braku czasu i strachu przed nieświadomymi wpływami czytanych książek, ale nauczyli się o tym nie mówić z powodu nielogicznej furii, jaką to wywołuje u niektórych czytelników i kolegów. Ale ja, mam niewyparzona gębę. Nie obchodzi mnie czy to, że nie czytam kogokolwiek wkurza.

Pisanie i czytanie to nie to samo, co wydaje się oczywiste, dopóki nie uświadomisz sobie, że czytelnicy często chcą zostać pisarzami. To sprawia, że mylnie uważają oni, że te dwie rzeczy są nierozłączne. Wielu (jak nie większość) pisarzy zajęła się pisaniem ponieważ kochali pisać i chcieli stworzyć coś takiego, jak książki, które dawały im dużo radości, ale to nieistotne i wprowadzające w błąd, jeśli zakładasz, że czytanie jest jedyną droga do pisania. To jest jak dziwny pomysł mojej mamy, która sadziła kiedyś, że wszyscy farmaceuci to niewydarzeni doktorzy, ponieważ wszyscy jakich poznała oblali egzaminy na medycynę i musieli zmienić planowaną karierę. To założenie oparte na małej ilości dowodów, i jak wiele tego rodzaju założeń, jest kompletnie krzywdzące, nawet jeśli jej metodologia była bardzo podobna do tej używanej przez niektórych naukowców. (Co pokazuje jak ważny jest rozmiar próbki i selekcja, gdy starasz się wyciągnąć z badań jakieś wnioski.)

Ja do pisania doszłam kompletnie inną drogą. Lubiłam pisać odkąd tylko byłam dość duża, żeby utrzymać długopis. Chciałam wyrażać siebie. Zarabiałam poprzez pisanie przez prawie całe moje pracownicze życie. Gdy miałam już dość satysfakcjonujących nie-fikcyjnych osiągnięć pisarskich, zdecydowałam dać szansę fikcji. Ot tak, po prostu.

No i jestem żywym przykładem, że łatwość używania języka i umiejętność opowiadania historii może nadejść zewsząd, nie tylko z książek. W moim przypadku moje umiejętności pisarskie wzięły się ze sprawozdań - zarówno gazetowych jak i telewizyjnych - a moje umiejętności opowiadania historii rozwijały się nieświadomie podczas oglądania filmów, czy czytania komiksów. Jeśli dobrze się przyjrzysz to zauważysz te wpływy w sposobie w jaki kształtuje strukturę książki i w sposobie w jaki manipuluje punktem widzenia. Równie dobrze mogłabym opowiadać historie w obrazkach co w słowach.

Osobiście, lubię poznawać moją fikcje w obrazach. Albo w dźwiękach - wciąż kocham słuchowiska radiowe.

Nigdy nie lubiłam czytać, poważnie. Jako dziecko, byłam zmuszana w szkole do czytania książek, których nienawidziłam, to zabiło we mnie wszelkie oznaki miłości do czytania już na zawsze. Nie dorastałam także w domu, w którym byłoby pełno książek. Tam skąd pochodzę poziom analfabetyzmu sięga 25%. Nauczylam się czytać i pisać w młodym wieku dzięki moim rodzicom, którzy dawali mi gazety i bez końca odpowiadali na moje pytania. Czytałam jako dziecko jakieś Science Fiction ze złotej ery, i myślałam, że czyni mnie to oczytaną osobą (no, w moim sąsiedztwie czyniło), ale mądry kolega, który jest krytykiem literackim wytknął mi jak mało przeczytałam, nawet jak na dziecko. Tak, ma racje.

A więc, nie czytam książek ani opowiadań ponieważ:

1. Nie sprawia mi to przyjemności. Jest kilka książek, które przeczytałam i kocham, ale, cóż, myślę, że jest to 5 czy 6 w ciągu całego mojego życia.

2. Nigdy nie czułam takiej potrzeby, i wciąż nie czuję.

3. Nauczyciele zniszczyli całą miłość, jaką mogłam obdarzyć czytanie.

4. Nie jestem zainteresowana zwiedzaniem czyjegoś w pełni uregulowanego wszechświata. Potrzebuję możliwości zwiedzania go na własnych warunkach, a taką możliwość mam pisząc książki na zlecenie czy w ramach swoich własnych światów, tak długo jak długo pozostają jakieś otwarte przestrzenie i puste obszary. Ale im bardziej liniowe coś jest, bardziej zapełnione, tym mniej lubię w tym pisać. To kolejny powód, dla którego lubię pisać książki związane z grami. Mają bardziej otwarte zakończenia.

5. Czytanie gdy samemu się pisze jest - dla mnie - jak słuchanie melodii, i odkrycie parę dni później, że ją sobie pogwizdujesz, ale nie jesteś pewny skąd pochodzi. Próbuj jak tylko możesz pozbyć się tego z głowy, ale inne książki będą miały wpływ na to co piszesz. A ja wole pozbyć się wszystkich obcych wpływów.

6. Lubie odnajdywać interesujące mnie rzeczy, poczynając od podstawowych praw - i jeśli chodzi o książki, oznacza to zazwyczaj postacie tworzone od podstaw. Dla mnie pisanie jest procesem eksplorowania świata i ludzi w nim. Tak działa siedzący we mnie dziennikarz. A więc nie chcę oglądać, jak inni piszą książki. To jak czytanie przewodnika turystycznego zamiast odwiedzić jakiś kraj.

7. Gdy sięgam po jakąś książkę, o faktach albo fikcji, kończę edytując i korektując ją. Nie umiem nic na to poradzić. Nie ma w tym więc żadnej rozrywki ani relaksu dla mnie.

A więc proszę bardzo. Niczym "Groucho Marx and the flies", mam nadzieje, że zrozumieliście - nie czytam ponieważ to wasza praca, a moją jest pisanie. Gdybym Ci o tym nie powiedziała, nigdy byś o tym nie wiedział prawda? QED. (tłum:q.e.d. – skrót od łacińskiego zwrotu Quod erat demonstrandum (co było do udowodnienia).)


Dlaczego wess`har myślą w sposób w jaki myślą?Do góry
Oryginalnie opublikowane na moim LiveJournal.

Głównym pytaniem jest: Dlaczego wes`har postępują w sposób w jaki postępują? Kolega w Lucasie zapytał mnie czy naprawdę lubię Wess`har w City of Pearl.

Lubię ich, ale nie zawsze się z nimi zgadzam. W sumie, z żadną z moich postaci nie zawsze się zgadzam. Oni robią swoje rzeczy, to dlatego działają oni jako postacie i odbijają się od siebie nawzajem -albo kolidują. Przepaść między ludzką logiką, a logika wess`nar stała się bardziej widoczna w The World Before.

Zauważyłam, że mogę myśleć jak wess`har, i ma to sens, albo mogę myśleć jak człowiek, i to też ma sens, ale nie mogę skrzyżować tych dwóch trybów myślenia. Jak sądzę o to chodzi z obcymi, nie tylko o śmieszne głowy i macki. Oni naprawdę nie myślą jak my.

Gdy tworzyłam wess`har, zaczęłam od ich pierwotnej niszy, a ewolucja sprawiła, że współpracujący i symbiotyczny gatunek jest tym, który przetrwał w krytycznym momencie historii Eqbas Vorhi. Chciałam znaleźć sposób, aby gatunek mógł stać się inteligentny (według naszej powszechnej definicji, którą jak już zapewne wiecie uważam za nonsensowną) i technicznie zaawansowany bez przechodzenie przez etap wykorzystywania innych gatunków, które wykorzystywane być nie chcą.

Wess`har wyewoluowali razem z ussissi: ussussi byli ryjącymi zwierzętami, a pierwotni wess`har żyli w ich tunelach. Ussissi wykopywały bulwy i rzeczy, których nie mogły zjeść, ale mogły je zjeść wess`har, co zaowocowało tym, że zaopatrzyli się w mięśnie, aby bronić ussissi przed drapieżnikami. Stąd ich postawa: ussissini wciąż są instynktownymi zwierzętami domowymi, zdolnymi pracować z innymi gatunkami, a wess`har są skłonne stawać w czyjejś obronie i nie wiedzą zbyt kiedy się poddać i powiedzieć "Dobra, głupcze, sam się o to prosiłeś - teraz musisz radzić sobie sam."

Pojęcie winy wess`har jest mylne, ale taka jest ich logika, i osobiście nie zgadzam się z tym, bardziej wierze w przysłowie Burke`a. Ale ich nie obchodzi co myślisz, tylko co robisz: coś się musi stać żeby mogli na to zareagować. Są reaktywni na wiele sposobów, prawdopodobnie dlatego wytworzyli dwa rodzaje postawy, jak powiedział Franklans in Crossing the Line, są "chłodni albo gotowi do skopania komuś tyłka".

Wypracowali i mimowolnie wypuszczają sygnały zapachowe, więc wszyscy wiedzą jak czuje się ich sąsiad, i nigdy nie mieli ewolucyjnych korzyści z oszukiwania, ani żadnego instynktu pozwalającego zapobiec walce. Zawsze myślą mięśniami. A więc żadnych ostrzeżeń, oszustw czy eskalacji, ale poleganie na sile i masz gatunek, który wg ludzkich standardów zachowuje się jak psychopaci. Nawet hormon dominacji emitowany przez kobiety alfa nie jest sygnałem ostrzegawczym, ale wygodną demonstracją, że dana jednostka powinna być wysłuchana, ponieważ ma bardziej agresywne instynkty obronne pozwalające wygrać z zewnętrznymi zagrożeniami.

To także dlatego nie są dobre w kompromisach, nie rozumieją idei docierania się nawzajem, albo są z kimś w pełnym partnerstwie albo nie. Unikają tego, z czym nie mogą współpracować. Jeśli ci, z którymi nie mogą współpracować nalegają, jedyne co pozostaje to konfrontacja.

We wszystkich ważnych ewolucyjnie punktach wess`har wybrali przeciwne ścieżki niż ludzie. Jednym z kluczowych obszarów jest to, jak wess`har przekazują swoje geny.. Rozmnażają się seksualnie, co jest jedną z dróg, ale parę lat temu zainteresowałam się ideą poziomego transferu genów, jaki stosują niektóre bakterie, a oznacza to, upraszczając, że mogą wymieniać się genami z innymi jednostkami poprzez kontakt, a nie czekać żeby zobaczyć co wyrośnie z ich potomstwa. To była dla mnie kluczowa myśl, dać im radykalnie inną niż ludzka metodę rozmnażania i uczynić genom wess`har o wiele bardziej plastycznym.

Wess`har mają predyspozycję, aby dążyć do wymiany genami z innymi, stąd scena w "Crossing the Line" w której Mestin zastanawia się co koledzy Nevyan wybiorą i jakie zyski genetyczne jego linia może w ten sposób uzyskać. Ogólnie, oni kształtują siebie poprzez inżynierie genetyczną za każdym razem, gdy robią coś co uznalibyśmy za kopulacje - pomijając oursan, który jest całkowicie oddzielony od ich układu rozrodczego. To zazwyczaj mężczyźni noszą ciąże, a więc kobiety muszą być w stanie ich zapłodnić i ochraniać swą inwestycję poprzez obronę swojego haremu mężczyzn i ich potomków.

Dzielenie się genami w trakcie ich życia wzmacnia ich tendencję do współpracy i kompromisów, ponieważ maja swój widoczny genetyczny udział w całej społeczności. Ale gdy spotykają gatunek wyzyskiwaczy, który został zbudowany na indywidualności - na przykład małpoludzie z Ziemi - to jest to zły czas. Musi się skończyć łzami.


Dlaczego wess`har tak bardzo nie lubią ludzi?Do góry
(Oryginalnie opublikowane na moim LiveJournalu)

Małpoludy 1 : Wszyscy inni 0

Ok, nie zostawiłam notatek w budce telefonicznej jak twierdziłam, a więc mamy teraz drugi dzień z FAQ. Wyjaśnię dlaczego ludzie nie wyglądają fajnie jako modele dla ról w mojej fikcji. Najpierw musimy trochę się cofnąć.

Kilka lat temu mój były mąż - dalej określany jako H2, by odróżnić go od H1 - był bardzo niezadowolony z powodu powieści Science Fiction, w których to kosmici byli zagrożeniem, a dzielni ludzie (i ich bliscy sojusznicy będący obcymi, a więc wciąż istotami podrzędnymi) odsyłają ich w niebyt. H2, osobnik, który zarówno czytał dużo SF jak i był naukowcem, był przepełniony tym podejściem, wyrzucił z siebie następująca myśl: "Dlaczego ludzie zawsze są tymi dobrymi?" - powiedział uniesiony - To instytucjonalna ksenofobia. Niedobrze."

Ścierając piane ze stołu kuchennego, pomyślałam, że jeśli kiedyś będę pisać SF (a nie miałam wtedy takich planów) może zadam właśnie to pytanie.

I zadałam.

Słyszałam komentarze, że ludzie w CoP i CTl - nawet Ci dobrzy, jakkolwiek dość mroczni - są ekstremalnymi przypadkami, a większość ludzi wcale nie jest taka zaborcza. Cóż, oczywiście, ludzie ukazani w wess'har wars są przypadkami ekstremalnymi; bo to tacy robią rożne rzeczy, i zostawiają wszystko za sobą kupując bilet tylko w jedną stronę, podejmują ryzyko i nadają kształt wydarzeniom. To dlatego właśnie oni znaleźli się na tym statku. Normalni, nie nakręceni ludzie powiedzieliby raczej "Kochanie, nie mam dziś ochoty najechać małego trzeciorzędnego świata. Pójdę raczej na dół do Sainsbury's i zaparzę sobie herbaty".

Ale, właściwie całe życie na Ziemi opiera się na konkurencji, choć dla ludzi miastowych nie jest to tak widoczne. To w ten sposób wszelkie gatunki są skonstruowane, a my jesteśmy prawdopodobnie najbardziej konkurencyjni ze wszystkich, aczkolwiek rośliny też są całkiem przerażające. Nie wartościowuje tu niczego. Odłóż na bok kwestie moralności. Osiągnęliśmy szczyt w łańcuchu pokarmowym, ponieważ umiemy manipulować naszym środowiskiem na wiele sposobów, dzięki czemu możemy zajmować wiele różnorodnych nisz. Gdy gdzieś się udajemy, inne gatunki muszą się wynieść, albo się nam podporządkować. I to właśnie rozumiem przez nazywanie nas konkurencyjnymi. Za każdym razem, gdy ktoś z nas uznaje, że może działać na szkodę innego gatunku, ponieważ jego potrzeby są ważniejsze, bierzemy udział w konkurowaniu. (Swoją drogą, korzystał ktoś ostatnio z jednorazowych pałeczek do jedzenia? Możesz sobie nawet nie zdawać sprawy, że to robisz.)

A więc, zachęcona marudzeniem H2 na tę konkretną książkę (nie pamiętam tytułu) postarałam się pociągnąć ten temat. Większość dziennikarzy jest zaznajomiona z tą metoda: Weź jakieś powszechnie uznawane twierdzenie, właściwie niezauważane z powodu braku rzucania mu wyzwania, i zapytaj "A więc... czy ten gość naprawdę jest taki święty?"

Kwestia "Obcości" jest często podnoszona w SF. Jak obcymi możesz zrobić obcych, ale żeby wciąż byli zrozumiali dla czytelników? Odpowiedź brzmi: Jeśli są aż tak obcy, to nie możesz ich takimi zrobić. Książki są eksploracją ludzkiej kondycji, czytane jedynie przez ludzi (przynajmniej o ile wiadomo), a więc potrzebują oni zrozumiałych punktów odniesienia. Możesz posunąć się tak daleko jak to możliwe, co w moim przypadku oznacza perspektywę według której, ludzie nie są tymi dobrymi, a ich życie nie liczy się bardziej, niż życie innych.

Jest to, w większości ludzkich kultur, sprawa tabu. Uderzyło mnie to nie tylko z powodu kwestii konkurencyjności - Małpoludy na pierwszym miejscu, co ma sens w terminach ewolucyjnych - ale jako coś co jest w podstawie zachodnich religii. Odkąd H2 zwrócił mi na to uwagę, rozglądam się wokół poszukując ludzi określających się jako racjonalni - zazwyczaj są to ludzie z naukową lub biznesową przeszłością - i pytam ich, czy uważają, że ludzie są specjalni i dlaczego.

Interesującą rzeczą jest to, że poza oczywistymi kwestiami biologicznymi każącymi zwracać uwagę przede wszystkim na swój gatunek (a często niezbyt nam to wychodzi), ich argumenty sprowadzały się do pewnej, traktowanej niezwykle emocjonalnie sprawy, przez tych bardziej skorych do przyznawania swej wiary zwanej duszą. Kultura i język są często przytaczane jako sprawiające, że jesteśmy więcej warci, ale żadna z tych rzeczy nie jest przyczyną: to są kwestie, które my sami lubimy w sobie. To całkowicie subiektywne. Nie ma to faktycznej wartości - nie mówiąc o niezaprzeczalnej definicji - innej niż ta, którą ludzie temu nadali. W sposobie, w jaki tworzymy definicję dlaczego jesteśmy lepsi, chodzi o to, byśmy tylko my sami do niej pasowali.

To wszystko jest niezwykle milusie, i co dziwne, częściej słyszałam to od mężczyzn niż od kobiet (możliwe, że wynika to z tego, że więcej mężczyzn kończy w zawodach wymagających racjonalnego podejścia). Nikt nie był w stanie przedstawić mi listy prawdziwych twardych faktów, które wspierały by jego punkt widzenia - jedynie odczucia. Dobrze, masz do nich prawo, ale patrząc racjonalnie - a tak podchodzę do tej kwestii - mogą być wysoce subiektywne: jak na ironię, najczęstszą wymówką, którą mają dla ludzi, którzy się z nimi nie zgadzają jest to, że są uczuciowi. Nie jest to uniwersalna zasada - Peret Watts zajął się niedawno na swoim Blogu we wspaniały sposób kwestią gatunków - ale ogólnie się sprawdza.

Ale nie mamy tak wielu twardych faktów przemawiających za nami, jak lubimy myśleć, że mamy.

To dlatego wzięłam w końcu ten fascynujący paradoks i użyłam jako jednej z podstaw w City of Pearl. Jeśli spojrzysz na ludzi z zewnątrz, to całkiem dobre miejsce na początek. Niektórzy ludzie są tym zaniepokojeni, wszakże gdy zaczniesz kwestionować najbardziej podstawowe zasady swego istnienia, możesz się obawiać czym to się zakończy. Niektórzy przeciwnie, zrozumieli oni, że obcy mogą widzieć nas o wiele mniej fajnymi, niż widzimy samych siebie, albo zwyczajnie sprawia im radość gdy podstawowe zasady są kwestionowane.

Dla wess`har jesteśmy tylko kolejną odmianą worka z mięsem powstałym z chemii i genów. Dowiedzenie się, że nie jesteśmy sami to dla Ziemian wielki kulturowy szok - doświadczają co naprawdę oznacza bycie tylko kolejnym zwierzęciem. To to mam na myśli w powracającej kwestii, o której już mówiłam - gdzie ustalamy granice pomiędzy tym co jest nasze, i jest traktowane w jeden sposób, a co nie jest nasze, i może być traktowane inaczej.

Ostatecznie, pytanie czy ludzkość, albo konkretnie ludzie, są dobrzy czy źli jest tylko, właśnie, pytaniem. Gdy czytasz książki musisz samodzielnie dojść do wniosków. Nie ma prostej odpowiedzi w CoP czy CTL, jak niektórzy recenzenci zauważyli. Nie ma w tym też żadnego przekazu, ani ukrytych wiadomości - po prostu kontynuuje zadawanie pytań, których zazwyczaj nikt nie chce zadać, a to może być niekomfortowe.

Jak widzicie, nawet ex-mężowie okazują się w pewnym momencie użyteczni.

© Karen Traviss 2005



Jak pisarz powinien się układać z edytorem?Do góry
(Oryginalnie opublikowane na moim LiveJournalu)

Rozmawiałam z pewnym kolegą, edytorem, i powiedział mi "Myślisz, że wszystkim co trudne zajmują się pisarze ? Pozwól, że Ci opowiem..."

Cóż, nie, nie myślę, że to pisarzom zawsze przypada brudna robota. Wcale nie. Byłam edytorką nie-fikcyjnych tekstów, więc wiem jak uciążliwi potrafią być pisarze. A więc, dla równowagi, stworzyłam listę "co robić, a czego nie" w kontaktach z edytorami. Została ona opracowana z pomocą mojego zaprzyjaźnionego edytora, moich wspomnień i kilku anonimowych pomocników.

Nic z tego nie jest skomplikowaną wiedzą - ogólnie w pisaniu nie ma takich rzeczy - ale jak jest każdego dnia ignorowane to wygląda na zbyt uproszczone. Zaufajcie mi, to prawda. Przekazuję na co warto zwrócić uwagę, a jeśli momentami wydaje się to zbyt brutalne, przepraszam. (I pamiętajcie, to odnosi się tak samo do nie-fikcji jak do fikcji.)

Powiedziano mi, że skupianie się na edytorze jest tak długo dobre, jak długo masz dobrego edytora. Jak w każdej innej dziedzinie życia, nie wszyscy edytorzy będą święci czy doskonali, a niektórzy nawet będą olewać zasady, których przestrzegania oczekują pisarze. Ale większość jest miłymi, kompetentnymi, normalnymi ludźmi, którzy dostają swoje wynagrodzenia ponieważ doskonale znają się na swojej pracy. I bądźmy pragmatyczni - są przed tobą i to za to dostają kasę. Jak powiedział Voltaire, nie czas robić sobie nowych wrogów. I nawet jeśli jedna porażka nie zniszczy twojej kariery, bycie pisarzem, z którym edytorzy lubią pracować opłaca się na dłuższą metę.

A więc, jak nie być pisarzem z piekła rodem. Podpowiedź: numer cztery jest tą najważniejszą.

1. Wymawiaj ich imiona prawidłowo.
To po prostu kwestia dobrych manier. Nie zabiera wiele czasu znalezienie informacji komu powinieneś przesyłać swoja prace i jak wymawia się jego imię, ale ludzie i tak tego nie robią. Wszyscy lubią, gdy ich imiona są wymawiane poprawnie. A jeśli nie jesteś w stanie znaleźć tak podstawowej informacji, to źle świadczy o twoich kompetencjach i zaangażowaniu.

Od edytora: "Nie rzucam nawet okiem na wiadomości zaadresowane "Drogi Edytorze" czy "do tego, który zajmuje się takimi sprawami". Jeśli nie potrafią dowiedzieć się kim jestem - moje imię i tytuł są na stronie - nie są dość sprytni, aby przetrwać."

Och. Ten edytor odrzuca 99 na 100 manuskryptów. To nie jest wcale nietypowy stosunek.


2. Naucz się korzystać ze swoich narzędzi.
Nie chcę pozbawiać korektorów pracy, ale spotkajmy się z nimi w połowie drogi - naucz się pisać i używać interpunkcji na odpowiednim poziomie, albo używaj "sprawdzacza pisowni" (wirtualnego albo ludzkiego), który to potrafi. Osobiście bardzo mnie to wkurza, tylko pięciolatkowi można wybaczyć, że jest uroczo kreatywny, ale ma problemy z pisownią. Jeśli przeszedłeś przez system edukacji i nie masz autentycznych problemów piśmienniczych - a niektórzy autorzy zostali najlepiej-się-sprzedającymi pomimo ich - wtedy nie ma dla Ciebie żadnej wymówki.

Zawsze będą dyskusje nad pewnymi detalami czy takie, albo takie słowo jest akceptowalne w "Chicago Manual of Style" czy Webster's Collegiate. Ale ogólnie to niechlujstwa nigdy nie dotyczą szarej strefy. Wydłużasz czas, jaki edytor musi spędzić nad tekstem i wysyłasz sygnał, że nie jesteś profesjonalny.


3. Dostarczaj rękopis, który jest łatwy do przeczytania.
Edytorzy czytają wiele manuskryptów, większość z nich w swoim wolnym czasie i chwała im za to, ale nie płacą im zbyt dobrze. Jeśli miałbyś mieć stertę manuskryptów wystarczająco dużą, żeby mogła być stołem, jakbyś chciał żeby wyglądały? Ładne, czyste i czytelne, w normalnym stylu, czy ozdobną czcionką w rozmiarze 8, z pojedynczymi odstępami i ogólnie ciężkie do czytania?

Uczyń życie edytora łatwiejszym i dostarcz mu dobrze wyglądającą, czytelną kopie. Spraw, aby edytor zaczynał czytanie tego, co napisałeś z dobrym nastawieniem. To kwestia dobrych manier. Możesz uważać, że twój tekst jest tak dobry, że edytor go przeczyta pomimo czcionki i przejrzystości, ale dlaczego ryzykować? Większość manuskryptów kończy odrzucona, eliminuj więc tak wiele czynników, które mogą tym zaowocować, jak tylko możesz.


4. Terminy są istotne. I w tym stwierdzeniu zawiera się 50% tego co najistotniejsze - może nawet 75% - więc jeśli masz zamiar posłuchać tylko jednej z moich rad, niech to będzie ta.
Edytorzy zajmujący się fikcją może nie urwą Ci głowy za niedotrzymanie terminu (w przeciwieństwie do edytorów newsów), ale niezależnie od tego, jaką masz wymówkę i jaki był prawdziwy powód, jesteś niczym wrzód na tyłku, gdy twoja praca się opóźnia. Inni czekają, aż dostarczysz produkt, aby móc się nim zająć i kontynuować proces produkcji, może to też wpływać na innych pisarzy, a nawet spowodować poważne straty finansowe.

Jest podstawową grzecznością i profesjonalizmem dostarczanie pracy na czas. Jeśli chcesz pisać dla pieniędzy, zaakceptuj warunki i nie zgadzaj się na terminy, których nie jesteś w stanie dotrzymać. Nikt nie przykłada Ci pistoletu do głowy, aby zmusić cię, abyś napisał książkę (albo opowiadanie, albo cokolwiek innego); to do Ciebie należy zachowywanie się jak profesjonalista.

Dobra, zdarza się, że wszystko układa się przeciwko tobie. To niekorzystne, ale to twój problem. Dziennikarz, który nie dotrzymuje terminów kończy jako bezrobotny, dlatego należy traktować je jak świętość, a więc - jak to ujął mój kolega, edytor - jeśli twój dom się pali, najpierw dotrzymaj terminu, potem możesz gasić pożar. A więc nie traktuj swej reputacji niczym postrzelony niezorganizowany pisarz, to może cię wiele kosztować pewnego dnia.

Niedotrzymywanie terminów bez informowania o tym, jest jeszcze gorsze, to niegrzeczne i niewybaczalne niechlujstwo. Jeśli masz kryzys i zwyczajnie nie możesz pracować, poinformuj swojego edytora o tym tak szybko, jak tylko zaczniesz podejrzewać, że zakończenie pracy może się obsunąć w czasie.


5. Gdy edytor prosi Cię o odpowiedź, odpowiedz mu natychmiast.
Teraz, gdy większość kontaktu na linii pisarz-edytor odbywa się poprzez e-mail nie ma powodu, aby nie odpowiadać natychmiast. Dobra, niektórzy edytorzy zarzucają Cię rozmaitymi rzeczami, ale nic się nie stanie jeśli zapytasz ich na kiedy oczekują poprawek/komentarzy/edycji, i poinformujesz ich, że masz napięty harmonogram.

Ale nie ma usprawiedliwienia w zwlekaniu z zatwierdzaniem czy pytaniami po kilka dni, a już na pewno po kilka tygodni. Nie jesteś jedyną osobą w tym procesie, blokujesz sprawy w ten sposób. Rób swoją robotę szybko, a edytorzy (i wszyscy inni w procesie produkcji) będą Cię za to kochać.

Ach, no i niech da się z Tobą łatwo skontaktować. Nic nie jest bardziej denerwujące niż ktoś, kto się z tobą kontaktuje, a ty nie możesz się z nim skontaktować z powrotem z powodu jego ustawień filtra spamowego, lub innego powodu. Wiem o przynajmniej jednym prawie-że pisarzu, który w najbliższym czasie jednak nim nie zostanie, bo edytor nie mógł się z nim skontaktować.


6. Nie męczcie ich, zwłaszcza o rzeczy, nad którymi nie mają kontroli.
Edytorzy nie siedzą wpatrzeni w swe paznokcie, czy poprawiając swoje uderzenia golfowe. Są zajęci. Grzeczne pytanie to jedno, ale zawracanie im głowy na pewno Ci nie pomoże - nawet jeśli to Ty masz rację, a oni naprawdę zajmują się czymś zdecydowanie dłużej niż mówili. Oczywiście, jeśli wiesz, że sam jesteś osobą, która dotrzyma wszelkich terminów, posiadasz wtedy jakąś moralną przewagę, ale nawet wtedy chamskim byłoby to podkreślać.

Kolejna rzecz to coś z czym mój kolega etytor spotyka się co chwile. Na wszelkie sposoby sugeruj - jednorazowo -co mogłoby być doskonałą grafiką na okładce, ale następnie nie wspominaj o tym więcej i nie wdawaj się w wojnę o tytuł. Zarówno okładka jak i tytuł to opakowanie, które ma na celu sprzedanie książki. I nie pytaj o duże wsparcie Pijarowe ani o trasy promujące książkę, bo i tak tego nie dostaniesz. Miej realistyczne oczekiwania, twój edytor nie może zmienić ekonomicznych realiów wydawania i marudzenie mu jest zwykłym naciskaniem na kogoś o coś czego on nie może zrobić. Nikt z nas nie lubi znajdować się w takich sytuacjach.


7. Bądź uprzejmy.
Proszę i dziękuję przeszły długą drogę. Publikowanie to rynek nabywców, a więc nie podcinaj sam sobie gardła przez bycie źle wychowanym kretynem. Parę porad ze świata Public Relations: Mogą nie zapamiętać co powiedziałeś, ale zawsze zapamiętają, jak się po tym poczuli - i nigdy nie żądaj kategorycznie czegoś, co możesz otrzymać prosząc (to ostatnie to wspaniała myśl od Maggie Burton, wspanialej asystentki produkcji, z którą pracowałam w moich telewizyjnych czasach.)

Wiadomość pochwalna do szefa edytora - wysłana przez Ciebie albo Twojego agenta - gdy jesteś zadowolony z jego pracy jest miłą sprawą. Oni też mają aspiracje i kariery, pamiętaj. Ale nie przesadzaj z tym, bombardowanie edytora wiadomościami niezwiązanymi z pracą to coś na co nie mają czasu. Jeśli się z nimi zaprzyjaźnisz, wszystko jest okej, ale to twój edytor, nie najlepszy kolega.


8. Sluchaj rad edytora
Żaden pisarz nie wie wszystkiego, nawet jeśli niektórzy myślą, że nie potrzebują edytorów. Drzewo i drzewa, koledzy, możecie być zbyt blisko swej książki. (A jeśli piszecie dla twardego starego świata nie-fikcji, jak gazety czy magazyny, edytor nawet nie zapyta Cię o wprowadzanie zmian, wprowadzi zmiany wedle uznania. Pogódźcie się z tym.) Jeśli chcesz pisać dokładnie to, co chcesz bardziej niż sprzedawać książki - a przyznaję, są przypadki gdy to jest ważne - wtedy komercyjna fikcja może nie być najlepszym rynkiem dla twoich tekstów.

Edytorzy fikcji znają swoje pole działania i traktują twoja książkę chłodno. Jeśli znajdują coś, co uważają za warte skomentowania, posłuchaj ich, bo są szanse, że na to, na co oni zwrócili uwagę, zwróci także uwagę czytelnik. Zawsze możesz odrzucić ich propozycje, ale oni nie mowią tego tylko dlatego, żeby mieć zajęcie, mają swoje zadania, a ich motywacją jest uczynienie książki najlepszą dostępną na półkach i sprzedanie jej, a nie żadnej z wielu innych. Nie próbują wcale ograniczyć twojego literackiego geniuszu, ani Cie poniżyć.

Wiem, że są ludzie, którzy uważają, że osąd ich edytorów jest błędny. Nie wiem co doradzić w takiej sytuacji, poza tym, żeby pozwolili wprowadzić zmiany, które proponuje edytor i zobaczyli jak wyjdzie. Wszystko co wiem, to to, że edytorzy, z którymi pracowałam byli bardzo oszczędni w swoich komentarzach, i zdecydowanie będę ich słuchać.

Tyle. Moja karma od razu czuje się lepiej.


Zamierzasz dokończyć historię drużyny Delta i opowiedzieć co się stało z Sevem? (Drużyny Delta z Komandosów Republik, nie Gears of War)Do góry
Niestety, nie. Nie mogę. Wpis na moim blogu, który pojawił się w październiku mówi dlaczego. A jeśli nie mogę pociągnąć dalej historii Seva, niezbyt wiele mogę też zrobić z historią drużyny Delta ogólniej.

Kilka słów o dalszych dziejach Seva

Teraz gdy "Rozkaz 66" został wydany, odpowiem na kilka pytań czytelników.

Nie ma co się martwić - nie będzie jeszcze żadnych spoilerów, gdyż za szybko na nie dla wszystkich ludzi z Wielkiej Brytanii, którzy nie mogą jeszcze kupić książki, nie wspominając o jeszcze czytających tą książkę Amerykanach. Jednak dostaję coraz więcej listów od ludzi, którzy już ją skończyli i chcą wiedzieć coś więcej. Co stanie się z Sevem, gdy saga kontynuowana będzie jako „Komandosi Imperium”?

Teoretycznie nie jest to wcale nowe pytanie, otrzymywałam je już od 2005 roku. Warto powtórzyć to jeszcze raz. Przykro mi, ale nie mogę opisywać historii Seva dalej niż dowiadujemy się o niej z gry Republic Commando. Jego dalszego losu nie odnajdziesz w "Komandosi Imperium: Legion 501" czy też innej książce w najbliższej przyszłości. Nie chcę zbudować w nikim nadziei, która zostałaby zniszczona tym co znajdą w książce w sierpniu przyszłego roku.

Sev jest oficjalną postacią LucasArts, a oni - bardzo rozsądnie zresztą - chcą pozostawić jego historię nieopowiedzianą by być otwartym na przyszłość, gdyby ktoś zdecydował się zrobić nową grę z udziałem drużyny Delta. Nie, nie mam pojęcia czy coś takiego ma faktycznie się wydarzyć, więc proszę nie zasypujcie LucasArts pytaniami o to. To jest normalne posunięcie w przemyśle, nie zamyka się drzwi, których nie trzeba zamykać. Każda firma zajmująca się grami zrobiła by tak samo, a przynajmniej powinna.

A więc nie mogę pociągnąć dalej jego historii poza grę, gdzie ten zaginął. To wszystko w tej sprawie. Opisałam jego historię tak daleko jak mogłam, ja także tęsknię za nim, prawdopodobnie tak samo bardzo jak Ty. Jednak mam określoną przestrzeń pracy w uniwersum, gdzie produkty mają różne potrzeby, wymogi, harmonogramy. Gry to wielomilionowe inwestycje i byłoby szaleństwem oddawać kluczową postać do wykorzystania przez kogoś innego, w zupełnie innych materiałach, które mogą utrudnić Ci zadanie gdybyś zapragnął powrotu do tego świata.

To nie tak, że nie będziesz miał o kogo martwić się w "Legionie 501". Znajdziesz tam więcej niż dość psychopatycznych snajperów próbujących się odnaleźć w nowym galaktycznym porządku.

©Karen Traviss 2009

Czy to prawda, że nienawidzisz Jedi?Do góry
Odpowiedź: Pytano mnie o to nieraz. Pytaliście, więc lepiej bądźcie gotowi na odpowiedź. Ponieważ to już nie jest śmieszne, karenowe gadanie. To jest o poważnych rzeczach – psychologicznej budowie postaw.

I „ty” tutaj oznacza – jeśli czapka pasuje, kochanie, to ją załóż (tłum:Idiom, oznaczający, że jeśli definicja jest poprawna, to opisuje prawdę. Stosowany często w przyapdku krytykowania kogoś).

Żaden człowiek o zdrowych zmysłach nie może nienawidzić kogoś, kto właściwie nie istnieje. Z perspektywy pisarza, im większe super moce posiadają bohaterzy, tym trudniej rozwinąć logicznie historię i prawdziwy, ludzki dramat... ale nie mam żadnych prawdziwych uczuć o fikcyjnych postaciach, które zostają ze mną, gdy wyjdę z trybu pisania z punktu widzenia postaci i zabiorę się za moje życie. Te postacie nie istnieją. Jednak rozpoznaję, kiedy naciskają przycisk we mnie i widzę, że są one przewodnikiem, lub szyfrem dla rzeczy, których nie lubię w rzeczywistym świecie.
Jestem bardzo świadoma siebie. Kiedy postać mnie wkurza - nie jako pisarza, ale jako człowieka - pytam: "Ok, co to mówi mi o mnie samej?"

Jakkolwiek niewygodne to jest, potrafię to. To powód, dla którego mogę zmienić swoje zdanie, jeśli zapoznam się z nowymi faktami. Zdaję sobie sprawę, że nie mam permanentnych, właściwych odpowiedzi w głowie. Moja własna podświadomość na bieżąco musi być wyciągana na światło dzienne.
Mojego prawdziwego problemu nie stanowią fikcyjni Jedi, ale ludzie, którzy nie chcą uwierzyć, że oni mogą zrobić coś źle. Przez to mam na myśli ludzi, którzy wierzą w to, a nie nieszkodliwą większość, która po prostu cieszy się z rozrywki, jakimi są historie skoncentrowane na Jedi. Wiem, jak głęboko zakorzenione jest to przekonanie u niektórych ludzi, że kiedy te osoby próbują się ze mną kłócić o ten specyficzny punkt, mogę dostrzec, że ich granica między fikcją, a rzeczywistością jest zbyt zamazana. Mogę zobaczyć ich prawdziwe poglądy na życie. Wiem, gdzie moje osobiste poglądy rzutują na te nierzeczywiste, więc potrafię dostrzec to u innych.

Fikcja, jaką regularnie wybieracie i pasja, z jaką jej bronicie, mówi mi strasznie wiele o tym, co dzieje się w waszych głowach. Bardzo niewielu ludzi dobrowolnie wybiera do czytania materiał – fikcyjny, czy nie – który nie umacnia ich realno-życiowego postrzegania świata. Większość ludzi nie zadowala się byciem wyobcowanym, czy obrażanym przez ich lekturę. Mają tendencję do zapoznania się z tym, co lubią – co pasuje do ich strefy komfortu. Więc, jeśli denerwujesz się na każdego, kto sugeruje, że Jedi mogli podjąć parę niemoralnych decyzji – albo cokolwiek innego, zbliżonego do tego – są szanse, że odnosi się to do czegoś, w co naprawdę wierzysz. Inaczej byś się o to nie zdenerwował. Czyż nie?

W tym momencie zaczęłam odsuwać się od Jedi-wyznawców. Jestem zakłopotana nadspodziewanym szacunkiem dla nich, w najlepszym przypadku uchodzących za genetycznie lepszych. Osobiście uważam genetyczny koncept Jedi za złowrogi, ale szczególnie niepokojący jest rodzaj całowania po tyłku, który mnie odrzuca. Rodzaj, który mówi, że Jedi zawsze są usprawiedliwieni, nawet kiedy robią coś niedobrego, ponieważ – cóż, bo są tymi dobrymi, a to co robią dobrzy kolesie nigdy nie jest złe, prawda?

Martwię się, że to jest nawet mniej naiwnie łagodne u dorosłych czytelników.
Jak wielki gościu w czerni powiedział – zajrzyj w swoje serce. Wiesz, że to prawda. Dobra, powiedziano ci, że to są ci dobrzy. Jeśli jesteś dzieckiem, dam ci trochę luzu. Ale jeśli nie, muszę zapytać, czy wierzysz we wszystko, co ci się powie tak posłusznie i ślepo w prawdziwym życiu, jak w tym przypadku. Bo jeśli tak, to mnie przerażasz.

Jeśli lubisz Jedi, ponieważ Luke jest właściwie zwykłym gościem, który odnalazł w sobie bohatera, wspaniale. Jeśli lubisz miecze świetlne i niemożliwe ruchy w sztukach walki, świetnie dla ciebie. Jeśli dla ciebie to tylko zabawa i nie jesteś śmiertelnie zraniony, gdy ktoś zasugeruje, że Jedi mogą nie być perfekcyjny, w porządku. Zdałeś nieszkodliwy test.

Ale kiedy masz za sobą wiek dojrzewania i zaczynasz się ze mną namiętnie kłócić, że Jedi mieli prawo zaakceptować niewolniczą armię sklonowanych ludzkich istnień i użyć ich w wojnie, że sklonowani ludzie nie są właściwie ludźmi jak my, i szkoda, że klony zginęły, i Jedi nie mieli innego wyjścia – cóż, kochanie, chcę uciec od ciebie na milę. Nie od Jedi, którzy – tylko dla przypomnienia – są fragmentem różnych wyobrażeń autorów, tak samo jak klony. Od ciebie. Jeśli zobaczę, że naprawdę masz to na myśli, czyniąc wymówki dla Jedi, bo tylko wykonywali rozkazy w tym delikatnym punkcie, to wystraszyłeś mnie całkowicie. Naprawdę.

Ponieważ to jest dla mnie jasne, że głęboko wewnątrz wierzysz, że niektóre ludzkie życia są warte mniej niż inne, więc to w porządku zakończyć je. Czy sobie z tego zdajesz sprawę, czy nie. Jeśli nie wierzysz w to na tym fundamentalnym poziomie, więc czemu stajesz się tak cholernie rozgniewany na mnie, kiedy wstrząsam łodzią twoich fikcyjnych przekonań? To tylko wymyślona, dziecięca historyjka. Mógłbyś wzruszyć ramionami i ruszyć dalej. Jednak fakt, że wściekasz się o to, znaczy, że uderzyło twój nerw, w sam rdzeń twoich przekonań.

Więc, albo jesteś stuknięty i naprawdę wierzysz, że zły czarodziej, który strzela błyskawicami ze swoich palców zagraża twojemu dobremu samopoczuciu, albo po prostu możesz mieć jakąś okropną postawę supremacji w stosunku do bliźnich, tak, że nawet sam przed sobą nie możesz się do tego przyznać.
Sprawiam, że czujesz się nieswojo? Mam nadzieję, że tak.

Jestem pewna, że myślisz, że jesteś miłą, przyzwoitą osobą, która jest dobra dla zwierząt, wiernie segreguje śmieci i uczciwie płaci podatki. Może też wierzysz w Boga. Ale dla mnie jesteś kimś, kto przystaje do podłej i poniżającej wiary w koncept Untermensch – idei, że niektórzy ludzie wcale nie są ludźmi, a my możemy z nimi czynić co nam się podoba, dla jakichkolwiek, arbitralnych wartości kryjących się pod słowami "prawdziwy człowiek". Szukasz sposobów, aby przesiać swój rodzaj człowieka od ludzi, którzy nie mają znaczenia i których można traktować jak zwierzęta. W rzeczywistości, jeśli w ogóle użyjesz zwrotu "prawdziwi ludzie", moja sprawa jest udowodniona.

Ta wiara w tabelę ligową ludzi - i zwykła akceptacja tego przez miłych ludzi, którzy są dobrzy dla zwierząt i płacą swoje rachunki w czasie – prowadzi do zniewolenia i morderstwa milionów.
To myślenie właściciela niewolnika: to nazistowskie myślenie. I tak, cholernie tego nienawidzę.
Tu nie chodzi o Jedi, którzy nawet nie istnieją. Tu chodzi o ciebie.


Gdzie znajdę rzeczy związane z językiem Mandaloriańskim?Do góry
Ke jorhaa'ir Mando'a!

Tak, to prawda. Istnieje język Mandaloriański, Mando`a. Opracowałam go dla LucasFilmu i teraz jest on funkcjonalnym językiem, którego możesz się nauczyć i w którym możesz mówić. Nie zajmuję się już Star Wars, a więc nie będę już dalej rozwijać języka, ani dodawać nowych słów do niego jak planowałam, nie odpowiadam tez już na żadne pytania związane z nim, ale znajdziesz tu dość informacji, żeby być zajętym na lata. Zostawiam tu to wszystko jako źródło dla fanów tak długo, aż właściciel praw autorskich każe mi to usunąć. Informacje są "jak są", czyli np. słownik jest w wersji, jaką napisałam dla LucasFilmu, alfabet jest prosto od nich - a więc jeśli nie lubisz tutaj czegoś, stwórz jakiś fanon, który sprawi ci radość. To tylko zaplecze dla fikcji i naprawdę nie jest warte, aby walczyć na barykadach z tego powodu. Potraktuj to jak normalny język - one też ewoluują codziennie i tworzą nowe wersje.

Notatka prawna - jeśli nie czytaliście notki o prawach autorskich na tej stronie, teraz jest czas by to zrobić.

Mando`a jest własnością LucasFilmu, podobnie jak wszystko co stworzyłam dla nich, nie moją, nie mogę więc dać nikomu pozwolenia na kopiowanie go - nie mogę rozdawać czegoś, co nie jest moje. Chronią go prawa autorskie. Proszę, nie wykorzystuj tego w żaden sposób, który łamałby prawo - czyli po prostu nie kopiuj tego na swoja stronę czy do fanzinu. (Ani na wiki - ponieważ wiki nie są żadnym specjalnym przypadkiem. To po prostu kolejna strona.) To do prywatnego, osobistego użytku. Jeśli nie wiesz, co mówi prawo autorskie, poczytaj o warunkach korzystania na oficjalnej stronie Star Wars, szukaj pod 'Ownership".

I pamiętaj o zasadzie 'żadnych-fanficów" - nie wysyłaj mi proszę sugestii słów w Mando`a. Kwestia legalności. I jak mówiłam, skończyłam nad nim pracować w momencie, gdy skończyłam pracować nad książkami SW.

Język rozpoczął swe istnienie jako teksty do świetnej muzyki chóralnej w grze Republic Commando, którą napisał kompozytor LucasArts będący jednocześnie szalenie wszechstronnym człowiekiem - Jesse Harlin; nie miało to wtedy nazwy. Udało mi się z tego stworzyć pełen język. Występuje on w książkach z serii Komandosi Republiki, Komandosi Imperium, Dziedzictwie Mocy czy komiksach J.J. Millera z czasów Starej Republiki. Ludzie tatuowali go sobie w różnych ciekawych miejscach, używali do inskrypcji na obrączkach, ludzie się przy jego pomocy żenili i dokonywali adopcji. Był nawet używany przez personel armii, który trenował innych, aby rozjaśnić trochę rzeczy. Słyszałam nawet, że Iraccy żołnierze są zaznajomieni z kilkoma słowami. Mando`a, niczym Mando, rozpełzło się trochę wokół. To ma być zabawa, zadbajmy wszyscy żeby tak pozostało.

Nie jestem akademickim lingwista, ani nie występowałam jako jeden z nich w TV, ale Mando`a była wstępnie testowana przez paru ludzi, od fanów do ekipy LucasArts i wydaje się działać doskonale. Jest przejrzysty i nie ma potrzeby używania skomplikowanej gramatyki. Cóż, poprawialibyście szyk zdania komuś, kto przystawia wam blaster do głowy? Nie sadzę...

Swoja droga, dla prawdziwych entuzjastów - Mandaloriański Ne`tra gal, albo ciemne piwo, no nie Guinness. To Stout mleczny jak Mackeson - słodszy, bardziej pachnący i z 3% zawartością alkoholu. Jak powiedzieliby Mandalorianie, ne'tra gal mesh'la, jat'isyc, bal - wayii - jahaal'got; - Ciemne piwo wygląda dobrze, smakuje dobrze i - jak rany - sprawia, że czujesz się dobrze! Amerykańscy czytelnicy w wieku pozwalającym pić, możecie kupić w USA nieco mocniejsza wersje Mackesona, sprawdźcie tę listę sprzedawców.


Tutaj znajduje się pełny słownik/leksykon słów, które opublikowałam zanim odeszłam. © LucasFilm 2007 Zanim zapytacie, nie planuje zrobić wersji do wydrukowania.


Tutaj są zasady gramatyczne © LucasFilm 2006


Alfabet - © LucasFilm 2006 To pojedyncza grafika jaką dostałam - nie mogę sobie przypomnieć czy powstał on dla filmowego Ataku Klonów czy dla przewodnika obrazkowego po nim, gdzie można było go zobaczyć. W każdym razie, jeśli zauważysz jakieś rozbieżności, musisz pogadać o tym z LFL. I witaj w moim świecie - franczyzy są pełne niepasujących do siebie rzeczy, a Star Wars nie są w tym względzie inne. Nie wszystko tu pasuje i nigdy nie będzie pasowało. (Od tłumacza: Grafikę o której mówi Karen, oraz poczytać więcej o alfabecie można znaleźć Tutaj)

(od tłumacza: w tym miejscu był kawałek o tym, jak obchodzić się z plikiem excela z oryginalnym słownikiem, u nas nie ma on zastosowania więc został pominięty)


Planowałam rozwinąć bazę słów do co najmniej 2000 - co jest mniej więcej masą krytyczną dla języka mówionego - ale dotarłam tak daleko jak widać, zanim ogłosiłam swój koniec pracy z SW. I jakkolwiek uwielbiam zajmować się pojedynczymi prośbami, jestem zbyt zajęta pracą, aby odpowiadać na prośby. Tutaj macie wszystkie narzędzia, miejcie frajdę z ich używania.


Czy wzorowałaś Mandalorian na Spartanach?Do góry
Nie, nie wzorowałam.

Naprawdę chciałabym, by historii uczono porządnie – dobra, uczono w ogóle – w dzisiejszych szkołach, ponieważ jest ona wielkim magazynem, z którego czerpię podczas pisania fikcji. Łamie mi serce, gdy słyszę od młodych czytelników, którzy nie mają żadnego pojęcia o współczesnej historii ostatnich pięćdziesięciu lat, że nie dostrzegają analogii w moich książkach. Nie trzeba być historykiem, by czytać moje powieści, ale o wiele więcej można z nich wynieść, jeśli się jest choć trochę bardziej zapoznanym z historią. Oglądajcie programy historyczne. Przeczytajcie parę książek. Odwiedźcie jakieś muzea. Ponieważ historia nie tworzy ‘kiedyś’ – historia dzieje się ‘teraz’. Wszystko, czego doświadczamy każdego dnia jest wynikiem tego, co wydarzyło się kiedyś.

Ale wróćmy do Mando. Jakkolwiek to dziwnie może brzmieć, nie każde militarne społeczeństwo jest wzorowane na Sparcie. Właściwie Mandalorianie w ogóle nie mają wiele wspólnego z prawdziwymi Spartanami. (Zapomnijcie o hollywoodzkich bujdach o Sparcie – sprawdźcie wiarygodne źródła historyczne. Właściwie to ignorujcie wszystkie historyczne filmy, jakie kiedykolwiek powstały, nawet te dobre, zwłaszcza te, w których występuje Mel Gibson.) Gdy dołączyłam do gwiezdno-wojennego towarzystwa, widząc, że nie ma zbyt wiele ustaleń na temat naszych ulubionych chłopaków i dziewczyn w zbrojach, nie posiadałam prawie nic, na czym mogłabym popracować - wszystko, co miałam to to, że kiedyś byli koczowniczymi najemnikami, zaadoptowali kulturę od nieludzkiej, obcej rasy, mieli klany, a ich przywódca wydawał się nie mieć wielkiego znaczenia w ich codziennym życi€ (Jango nigdy nie było za bardzo w pobliżu...) i jeden z ich przywódców, Shysa, miał beznadziejny pseudo szkocko-irlandzki akcent w komiksach...

Trochę anarchistyczni, nie scentralizowani, walczący ludzie? Brzmieli dla mnie całkiem jak Celtowie. Od kiedy poszłam za tą myślą, nauczyłam się więcej o Celtach (zwłaszcza o Piktach), a im więcej się o nich uczyłam, tym bardziej zdawałam sobie sprawę jakimi bliźniakami są oni dla Mandalorian. Ale więcej o tym, jak to się stało, za chwilę...

Celtowie dobrze pasują do nieposkromionego charakteru Mandalorian, typu nie-potrafisz-ich-zabić. Piętnowani przez Rzym, jako ignoranckie dzikusy, bez kultury, czy nauki i tylko nadający się do zgładzenia, lub podboju, Celtowie byli naprawdę bardziej cywilizowani niż Rzym nawet jak na ówczesne standardy. Skopali także Rzymianom tyłki na polu bitwy, i byli bardzo trudni w kontrolowaniu, więc Rzym zrobił to, co wszystkie zakłamane, zachłanne mocarstwa robią, gdy się je zakwestionuje – demonizują i degradują człowieczeństwo wroga. (Oczywiście ciągle używali ich w swojej armii, ale tego należało się spodziewać.)

Podczas gdy Rzym nadal porzucał swoje niechciane dzieci, aby umarły na śmietniskach – doskonale akceptowana forma planowania rodziny tej ‘cywilizacji’ – i traktowali kobiety jako ruchomy dobytek pozbawiony praw, barbarzyńscy Celtowie mieli od dawna ustanowiony system prawny, który nie tylko dawał kobietom, to co uważalibyśmy za równe prawa, ale również chronił prawa osób starszych, dzieci i osób niepełnosprawnych. Mieli sieć dróg przez Europę i dalekosiężny handel zanim Rzymianie zorganizowali swój. A ich nauki - cóż, ich obliczenia astronomiczne były tak skomplikowane, że trzeba komputerów, by przeprowadzić dzisiaj takie rzeczy.

Więc, nie tacy barbarzyńcy. Tylko stanowiący zagrożenie dla imperium, kultura, która nie pozwoliłaby Pax Romana panować nad nimi bez walki. (Z wyjątkiem francuskich plemion, które pozwoliły na to i zostały uznany przez germańskich Celtów za tak samo złe jak Rzymianie. Ssiesz Asteriksie... )

Generalnie rzecz ujmując: Celtowie nie byli scentralizowanym społeczeństwem, ale bardziej siecią miast i plemion, klanami w luźnym sojuszu, które miały swoje własne, wewnętrzne sprzeczki, ale w obliczu aroganckich obcych zjednoczyliby się, by odeprzeć wspólne zagrożenie. Nie można było ich pokonać przez ‘obcięcie głowy’. Bo nie było żadnej głowy do obcięcia. Dla scentralizowanych, formalnych, właściwie biurokratycznych Rzymian, dla których miasto Rzym było centrum całego imperium, było to nie do ogarnięcia. Celtowie byli wszystkim tym, czego nie rozumieli. A boimy się tego, czego nie pojmujemy i zabijamy to, czego się lękamy.

W każdym razie, Mandalorianie... wzięłam pojedynczą koncepcje, ideę klanów, które współdziałały w systemie luźnego sojuszu, jak Celtowie, reszta z tego wyrosła. Nie planowałam tego od początku w szczegółach. Po prostu zapytałam samą siebie, co kultura koczowniczych wojowników mogłaby cenić sobie, jeśli musiałaby działać, by przetrwać i to wszystko powstało nieuchronnie przez logiczne ‘kroki’. Fakt, że Mandalorianie skończyli jako bardzo podobni do Celtów jest dowodem, że technika rozwoju charakteru lub gatunków – znaleźć nisze, potem rozpracować co pasuje do niej – działa za każdym razem. Kreuje to coś bardzo realistycznego, ponieważ to tak prawdziwi ludzie i prawdziwe społeczeństwa rozwijają się.

Więc wszystko, co mogę rzec o Mandalorianach i Spartanach to, że przeciętny Mando prawdopodobnie powiedziałby Spartaninowi, by ten poszedł założyć jakieś ciuchy na siebie i przestał wyglądać jak cienias.

©Karen Traviss 2008


Czy to prawda, że w twoich książkach z serii „Dziedzictwo Mocy” część Mandalorian to geje?Do góry
Tak.

Goran Beviin i Medrit Vasur są parą gejów. Homoseksualnymi mężczyznami. Nazywaj to jak chcesz, są małżeństwem osób tej samej płci.

Mandalorianie mają też różne kolory skóry. Czarni Mando, brązowi Mando, różnego rodzaju Mando. Nie wszyscy są ludźmi, niektórzy są z innych gatunków. Są w każdym wieku, rozmaitych typów, część z nich jest inwalidami. Ponieważ tak dużo z nich jest żołnierzami, inwalidztwo nie jest obce Mando.

Mando geje, jak reszta mandaloriańskiej społeczności, są w tej serii, ponieważ sądzę, że galaktyka Gwiezdnych Wojen z milionami światów i ras jest prawdopodobnie bardzo urozmaicona i nie ma w niej samych heteroseksualnych, dobrze wyglądających, krzepkich, białych gości z rudymi włosami i szmaragdowymi oczami, czy kimś w tym stylu.

I mówię to jako heteroseksualna, biała, zdrowa kobieta.

Ponieważ, jakiekolwiek są twoje osobiste uprzedzenia, żyjemy w urozmaiconym świecie i ludzie, których może się zdarzyć, nie polubisz z powodu koloru skóry lub orientacji albo wieku, czy płci, nie znikną tylko dlatego, że ich nie zaakceptujesz. Nie lubię posiadaczy niewolników i ludzi, którzy myślą, że likwidowanie innych istnień jest zwyczajną pracą, ale ciąglę o nich piszę, bo są w uniwersum Gwiezdnych Wojen.

Jeśli nie zauważyłeś, że Goran i Medrit są homo – cóż, może szukałeś różowych zbroi, wiotkich rączek i lalusiowatego chodu, a nie twardych jak stal najemników i kowali. Żaden ze znanych mi gejów nie jest mizdrzącą się, pokrytą różem „królową”, więc... opisałam to, co widziałam wokół mnie. Prawdziwych ludzi, którzy po prostu preferują przedstawicieli swojej własnej płci.

Ale opisałam to jako detal, nie jako główny problem, na którym oparta jest fabuła. Dzieci tego nie zauważą i nie będą zadawać niezręcznych pytań, na które rodzice mogliby nie być gotowi odpowiedzieć. Ale dla dojrzałego czytelnika to tam jest, Goran i Medrit nie są tylko bliskimi przyjaciółmi. Są parą małżeńską z adoptowanymi dziećmi i wnukami, po prostu zwykłą, nierzucającą się w oczy częścią mandaloriańskiego społeczeństwa.

Ponieważ Mandalorianie mają gdzieś to, co robisz w swoim prywatnym życiu tak długo, jak długo przestrzegasz podstawowych reguł dotyczących klanu i dobrze opiekujesz się dziećmi.
Więc... to nic dziwnego...

©Karen Traviss 2008


Dlaczego zgadzasz się pisać te franczyzowe książki skoro jesteś "poważną' autorką?Do góry
Zdaje sobie sprawę, że niektórych zaskoczyło, że zgodziłam się pisać książki w ramach istniejących uniwersów. To wstyd. Gdyby otworzyli trochę umysły, wyluzowali trochę i zainteresowali się tymi uniwersami, w których pracuję, myślę, że świat byłby lepszym miejscem. Dlaczego poważny, poważany autor Science Fiction jak ja podejmuje się pisania takich książek równie łatwo jak pisania autorskich? Pozwólcie, że wyjaśnię...

1. Pieniądze są dobre. Czeki są na czas.

2. Zespół, z którym pracuję to najmilsi, najzabawniejsi ludzie, jakich można sobie wyobrazić. Gdy zazwyczaj pracuje się samemu, jak pisarze mają w zwyczaju, fajnie jest być częścią najwyższej klasy ekipy. I mam okazję pracować z ludźmi, którzy także są artystami. Kto by nie chciał pracować z doskonałymi ekipami jak np. Epic Games?

3. Większość fanów takiej twórczości jest wspaniała. Są oni moją drugą rodziną.

4. Musiałam bardzo szybko stać się lepszym pisarzem tylko po to, żeby poradzić sobie z tymi pozycjami. To prawdziwe wyzwanie na skale jakiej nigdy sobie nie wyobrażałam - wpasowanie się w istniejące historie, korzystanie z istniejących postaci, obcowanie z trudnymi ideami filozoficznymi. Myślicie, że żartuje? Spytajcie mnie o to kiedyś na jakimś konwencie.

5. Sprzedaję bardzo dużo książek. Star Wars uczyniło mnie najlepiej-się-sprzedającym autorem.

6. Pisanie takich książek jest najbardziej zabawną rzeczą, jaką robiłam - i nie miałam o nich żadnego pojęcia przed marcem 2004. To popchnęło moją wyobraźnie poza wszelkie limity. Płacą mi za zabawę.

7. Cholera, byłam nikim. A następnie stałam się częścią - i mogę to współtworzyć - czegoś co jest swoistą ikoną w globalnej kulturze. Pamiętaj, kto pisze, pozostaje. A kto pisze Star Wars pozostanie prawdopodobnie o wiele dłużej. Teraz piszę dla wielu innych franczyz. Prowadzę dobre życie i mogę wybierać co będę robić, ile z tego to moja autorska twórczość, a ile jest na zlecenie. Ładna zmiana, prawda?

8. Wydawcy i właściciele franczyzy nie krytykują mojego stylu, ani mnie nie ograniczają. Mogę zadać poważne pytania setkom tysięcy czytelników w tym samym czasie gdy zabawiam się z nimi. Hmm... czy chce robić coś takiego, czy pisać przyjęte pozytywnie przez krytyków książki, które przeczyta pięciu profesorów literatury, o których nikt poza ich studentami nie słyszał? Nie popędzaj mnie...

A więc, jakie było pytanie?


Jak to się stało, że w Bezpośrednim kontakcie jest Verpin? (moje przemyślenia na temat tego jak działa spójność uniwersum z perspektywy świata realnego)Do góry
(Pierwotnie opublikowane w moim Livejournalu, w 2005 roku)

Ciągłość. Starałem się trzymać od tej kwestii z daleka, ale znów mnie wciągnęła w swe szpony. Wpadliśmy na pomysł, żeby omówić ten problem na liście dyskusyjnej skupiającej wielu autorów piszących w ramach rozmaitych uniwersów, Od CSI, Monka, Buffy, The OC czy Alias zaczynając a na B5, Treku i Sar Wars kończąc. Manewrujemy pomiędzy grami, książkami, komiksami, serialami, filmami... Przyprawia to o ból głowy.

Wielu z nas opowiadało o problemach z ciągłością, zazwyczaj będących poza naszą kontrolą, o których dowiedzieli się z niemiłych maili od fanów. Kiedy ciężko pracujesz, klepiąc w klawiaturę przez 16 godzin dziennie, jak wielu z nas robi, sugestia, że niezbyt Cię to co robisz obchodzi czy nie chce CI się sprawdzic faktów jest rzeczywiście bardzo irytująca.

Muszę tu powiedzieć, że większość fanów jest w kwestiach ciągłości bardzo wyluzowana, i rozumie jak to wszystko działa. To taki często powtarzany żart pomiędzy pisarzami i fanami. Wystarczy, że powiem 'Verpiński Karabin Rozpryskowy" i zobaczę fanów mrugających do mnie okiem. Ale o tym później.

Ale dla tych którzy tego nie rozumieją, oto mój punkt widzenia, i wyjaśnienie dlaczego to nigdy, przenigdy nie będzie idealne. Mój kolega, Ryan Kaufman napisał na ten temat ciekawy wpis na blogu, wyjaśniający dlaczego wsłuchiwanie się w nuty uniemożliwia Ci słuchanie symfonii, ale ja nie jestem muzykiem, muszę wiec wyrazić to co mam na myśli na swój mechaniczny sposób, ukazując konkretne dane.

Wszystko rozbija się o przyczynowość.

W prawdziwym świecie, jedne wydarzenia prowadzą do kolejnych wydarzeń. Zmienia się pogoda - nie ma plonów. Nie ma plonów - upada cywilizacja. Cywilizacja upada - tworzy się miejsce w którym inna może wzrosnąć. Każda akcja ma jakąś przyczynę i jest związana z reszta rzeczywistości. I, przynajmniej wg. obecnego stanu wiedzy, czas jest liniowy. Wszystko się dzieje po kolei, ponieważ, ponownie wg stanu dzisiejszej wiedzy, jest to jedyny sposób w jaki się może dziać.

Mając czas i technologię, historycy i archeolodzy mogą spojrzeć wstecz, i kopać, badać i odkrywać, złożyć ten łańcuch, a właściwie trójwymiarową sieć powiązań, do kupy. Ale wciąż się mylą, i muszą rewidować swe teorie, nawet jeśli czasami marudzą niewybrednie z tego powodu. ostatecznie, będzie to miało sens, - ponieważ się wydarzyło, a mogło się wydarzyć ponieważ inne rzeczy też się wydarzyły.

I ciągle rozumieją to źle, muszą zmieniać swoje ideę, chociaż plują i przeklinają na to czasami. w końcu będzie to jednak mieć sens - ponieważ to się zdarzyło i było w stanie się stać, ponieważ inne okoliczności zaistniały/miały swoje miejsce

Przejdźmy teraz do sztucznie wykreowanego świata innego uniwersum

Nie ma tu przyczynowości. Nawet najbardziej skomplikowany proces nie może odtworzyć nieskończenie kompleksowej interakcji jaka zachodzi w rzeczywistości. Trzeba wiec robić retkony, jak autorzy nazywają rertoaktywną ciągłość, tj na przykład dodawanie informacji do przeszłości, ponieważ coś się wydarzyło w teraźniejszości albo przyszłości.

1) Czas w uniwersach fikcyjnych nie jest linearny.
Franczyza może obejmować milenia. Jednego dnia pisze się historię dziejącą się 2000 lat przed jakąś kluczową datą, a następnego dnia historię mającą miejsce 40 lat po tym wydarzeniu. I we wszystkich punktach pomiędzy. Nie ma tu prawdziwej historii którą można bu odkryć, ponieważ to się nigdy nie zdarzyło - z wyjątkiem tego co tworzymy każdego dnia.


2. Rzeczywistość (albo Bóg) jest jednym, działającym samotnie autorem.
Każdego dnia powstają setki nowych elementów franczyz, komiksy, gry, książki, filmy... tysiące kawałków puzzli. Osoby zatrudnione by pilnować spójności uniwersum wykonują iście herkulesowa praca, poprawiając wszystkie zgrzyty, a i tak pojawiają się luki. Wydarzenia nie są związane z rzeczywistością, ani z przyczynowością, nie ma wiec siły która mogła by nas zatrzymać przed opisaniem czegoś co nie mogłoby się zdarzyć. Mamy tylko nasza wiedzę, nasze mózgi i nasze bazy danych, żeby zachowywać to wszystko w całości. na tyle na ile się da. I musimy o to dbać w każdym momencie pisania. Mogę napisać dziś odcinek albo skrypt, który spowoduje ze moi koledzy zaczną biegać w kółko i kombinować jak zachować spójność z tymi "faktami" w tym co tworzą. A nie mają jeszcze nawet pojęcia ze to napisałam.

3. Pomyłki się zdarzają.
Bóg może być wszechwiedzący i wszechmocny, ale mu nie jestesmy. Tyle w tym temacie.

4. Fikcja musi być sensowna, ale rzeczywistość może robić co tylko jej się podoba.
Zanudzam ludzi tą kwestią. Rzeczywistość może być nielogiczna. Fikcja musi mieć swoją własną integralną logikę, a rzeczywistość może jej w tym przeszkadzać. Każdy niedoszły pisarz, który próbował włączyć prawdziwe wydarzenie do swojej pracy, odkryje to bardzo szybko. Brakuje zazębiania się z resztą historii.

5. Retkonowanie nie jest oznaką zła, słabości czy nieuczciwości.

Historycy, archeolodzy, a nawet naukowcy retkonuja cały czas, nawet mówi z eniektorze rzeczy sa tak mylne ze trzeba je wymazać z zapisów (przynajmniej Ci dobrzy tak robią). Gdy pojawia sie nowe informacje, rewiduja oni swoje teorie Rozumieja, ze w ich wiedzy sa luki.
Także my, tworząc w ramach fikcyjnego uniwersum musimy się z tym pogodzić. Jak długo się do tego przyznajemy, i robimy co tylko możemy żeby całość była sensowna, tak długo jest to zwykłą częścią tworzenia fikcji, w takim samym stopniu jak w prawdziwym świecie. Czasem chodzi o poprawianie błędów, ale zazwyczaj o fakt, że nie było informacji na jakiś temat i musieliśmy zapełnić szparę. Odkrywanie, ludzie, jak w historii.

6. Fani nie wiedzą wszystkiego.
Owszem, istnieją luki w fikcyjnych uniwersach, tak jak istnieją w naszej wiedzy o świecie realnym. Fani maja wiedzę encyklopedyczną, ale tak jak autorzy, nie mają pełnego obrazu świata, żaden z nas nigdy nie będzie go mieć. A więc fakt, że coś nie było wspominane przed konkretna data,m nie znaczy, że wcześniej nie istniało.

Koniec wyliczanki. Cieszę się, że nie piszę dla jakiejś cotygodniowej serii telewizyjnej, tam to dopiero "ciągłość" jest zaburzana wręcz na kosmiczną skalę.

A więc wracając do kwestii Verpinskich Karabinów rozpryskowych... i przestań chichotać. Ostatnie słowo w tej sprawię będzie należeć do mnie, nawet jeśli będzie to trudne.

Fakt, że zostały wspomniane ono o wiele później niż dzieje się gra, nie znaczy że wcześniej nie istniały. I to dlatego będziemy ich dalej używać przed tą datą.

Żeby budować tak dobrą broń Verpinowie muszą zajmować się tym już od jakiegoś czasu. Jak każdy wytwórca, robią różne modele. Verpin jest prawie na pewno luźnym opisem, jak 9mm, Heckler czy Kock, a sam wiesz jak wiele ich rożnych wariantów istnieje i od jak dawna je produkują. I jako, że Verpiny są dość rzadkim towarem dla najlepszych najemników i twardzieli, nie ma ich żadnego ogólnie dostępnego katalogu.

Nie mam wiec problemu z użyciem Verpina w mojej książce, dekady przed tym jak zostają one po raz pierwszy wspomniane. Mogę logicznie wyjaśnić dlaczego mogą tam być, i że ich istnienie nie kłoci się w żaden sposób z istniejącą historia. W sumie, nadaje jej większy sens, zwłaszcza dla kogoś takiego jak ja, kto spędził sporo czasu pisząc o zamówieniach obronnych, i ewolucji broni i amunicji.

A więc, mogę mieć swojego Verpina. I może on zrobić dziurę na wylot we wszystkim, no może z wyjątkiem zbroi Katarn Mk II (Tak, dodałam to...) wiec nie naciskaj na mnie, człowieku... bo on może wypalić.

© Karen Traviss 2005



Tłumaczenie: X-Yuri, Hashhana, Nomi, Equuiteremh

 

Społeczność
  *Newsy
*Nadchodzące wydarzenia
*Ostatnie komentarze
O nas
About us
Über uns
*Członkowie
*Struktura
*M`Y w akcji
*Historia Organizacji *Regulamin
*Rekrutacja
*Logowanie
M`y na Facebooku
Copyright © 2009-2018




Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2019 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3. 12,486,459 unikalne wizyty