Trudne początki
 

***Komiksowi Rycerze Starej Republiki/Knights of the Old Republic - Centrum Wiedzy***
Zeszyty: TPB Inne pozycje:
Zetknięcie: 0 Początek 1, 2, 3, 4, 5, 6 Flashpoint 7, 8, 10 Powrót do domu 9 Spotkanie 11, 12 Dni strachu 13, 14, 15 Noce gniewu 16, 17, 18
Zaślepieni nienawiścią 19, 20, 21 Rycerze cierpienia 22, 23, 24
Wektor 25, 26, 27, 28 Wychwalany 29, 30 Zwrot 31
Oczyszczenie 32, 33, 34, 35 Handel przyszłością 36, 37 Wierne wykonanie 38 Starcie ambicji 39, 40, 41 Maski 42 Zbiory 43, 44 Niszczycielka 45, 46
Demon 47, 48, 49, 50 Wojna 01, 02, 03, 04, 05
#1: Początek , #2: Flashpoint,
#3: Dni strachu, noce gniewu ,
#4: Zaślepieni nienawiścią, rycerze cierpienia,
#4: Wektor , #6: Oczyszczenie ,
#7: Starcie ambicji ,
#8: Niszczycielka , #9: Demon ,
#10: Wojna
O Handbooku, O Campaign Guide
Opowiadania + ciekawostki:
Interferencja + ciekawostki
Sekretny dziennik Demagola + ciekawostki
Trudne początki + ciekawostki
Strony tekstwowe
Sylwetki twórców:
J.J Miller

Jeśli chcesz skryć się przed prawem - nieważne jakim - polecam Ralltiir. Tutaj nigdy nie musisz się martwić skąd weźmiesz kredyty. Na długo zanim Mandalorianie zaczęli zaczepiać Republikę, Ralltiir było miejscem gdzie ludzie przybywali, by dokonywać złych decyzji zakupowych. To z Ralltiiru pochodzi blaster z odwróconą rękojeścią. Szaleństwo ze śpiewającymi hologramami zaczęło się na Ralltiirze. Tyle na ten temat.
Dzięki wiadrogłowym planeta stała się jeszcze bardziej... ralltiirishowata, gdy się na niej pojawiłem. Horda w kubłach wciąż znajdowała się daleko, ale widok formacji bojowej Republiki formującej się na orbicie wpływał na wszystkich lokalnych, kupujących i sprzedających, jak szybko się dało. Nie obwiniam ich, Mandosi nie są tak chętni do targowania się, jak inny turyści. Typowe mandaloriańskie zakupy, jak wynika z mojego doświadczenia, wyglądają mniej więcej tak:
Sprzedawca: "Witaj, opancerzony przyjacielu. Chciałbyś zobaczyć coś w Luxusowych Śmigach?"
Mandalorianin: “Copaani mirshmure’cye, vod? Uwalniam ten towar dla Mandalorian!"
Sprzedawca: "Auć. Ranisz mnie. Powtórzę, auć."
Mandalorianin: "Jesteście tchórzliwymi ludźmi a fotel kierowcy nie jest dość wygodny.".
Sprzedawca. "Ból. Ból i Auć."
Mandalorianin: (odjeżdża)
Tym samym na Ralltiirze był klimat do handlowania wszystkim czym się dało. Zazwyczaj, Gryph - czyli ja - lubi dobre "Wyprzedaże ostatniej szansy". Ale jak wspomniałem, okoliczności nakazywały mi przemieszczać się szybko, by uniknąć władz.
Teraz, trochę tego jest oczekiwanym standardem w mej pracy. Było kiedyś badanie twierdzące, że 8,5 wszystkich dostaw docierających na Zewnętrzne Rubieże nigdy nie dociera do swego celu. Wtedy, rok temu, stanowiłem tam gdzie żyłem te ,5% - moje plany zakładały jednak zostanie ósemką. Wtedy trochę rozgłosu przydawało się w biznesie - pomagało także to, że większość gatunków nie jest w stanie odróżnić od siebie Snivvian. (Kiedyś myślałem, że to złe iż nawet mama nie umiała rozróżnić mnie i mojego brata, ale to było jeszcze zanim zaryzykowałem odlot poza planetę.)
Ostatnio jednakże podróżowałem przez kosmos w starym statku z parą Arkaniańskich Offshotów, w tym starym głupcem-wynalazcą, który zostawił jednak swe umiejętności gdzieś indziej. No i był jeszcze mój chwilowy ochroniarz, ludzkie dziecko wyrzucone ze szkoły Jedi i będący poszukiwanym za imponującą listę zarzutów. Jeśli chodzi o Zayne'a Carricka...
...więcej o nim później. Puentą jest, że musieliśmy podróżować z tak małym bagażem jak to możliwe, co też uczyniło mnie sprzedawcą. Co, powtórzę, nie było problemem, ponieważ Ralltiir stał się niespodziewanie pełen uchodźców uciekających z podbitych światów, sprzedających, co tylko mieli, by opłacić swą dalszą podróż. Było tam sporo lokalnych nie mających już kredytów...

* * *

...jak Ci goście. Nie powiem wam jak dowiedziałem się o Galerii Estetyki Przemysłowej Obohna - chronię źródło, wiecie - ale wyznam, że kustosze byli najdziwniejszą parą ludzi, jaką widziałem od śniadania. Dremullar Obohn di Garthos (długa nazwa, co?) był Muunem, i to bardziej Muunowatym niż większość. Ponad dwa razy większy ode mnie, ze swym nieistniejącym nosem zadartym w górę, przemieszczał się pomiędzy metalowymi statuami w galerii, jakby sam był jedną z nich.
Nie wiem, czy kiedykolwiek nawiązałbym z nim kontakt wzrokowy, gdyby nie ten drugi gościu, gruby Rodianin na wózku repulsorowym. Musiał być on starszy niż... cóż, nigdy nie było kogoś tak starego. Znacie te gadki o antycznych kulturach, kształtujących galaktyki itd? Ten Rodianin prawdopodobnie siedział już wtedy na swym wózku, oglądał różne rzeczy i mówił "Hej, chłopaki, świetna robota z tym gwiezdnym systemem, poważnie, świetna."
Tylko oni mogli go rozumieć, ponieważ nie sądzę, by był jeszcze ktokolwiek będący w stanie go zrozumieć. Wydaje z siebie jedynie cichutkie skrzeki, a i to tylko do wielkiego Muuna, który stale przy nim czuwa pochylając się nad nim jak nad ukochaną rośliną. Rodianin zamamrocze, jego łuszczące się zielone podgardle się zatrzęsie. I Mistrz Ohohn (tak chce, by go nazywano) wysłucha, uśmiechnie się, a jego twarz nabierze troszkę kolorów - z białej na niemal-białą. I ewentualnie jego wyniosłość zwróci się do mnie.
"Ojciec mówi, że jesteś tutaj, by sprzedać jakąś rzeźbę."
"Słucham?"
"Rzeźbę. Rodzaj mechanicznej sztuki, jak te, które widzisz wokół siebie."
'Tą część zrozumiałem" - powiedziałem rozglądając się wokół "Wspomniałeś swego ojca."
"To jest Ojciec" powiedział Muun wskazując na Rodianina, jakby to powinno być oczywiste.
"Twój ojciec?"
"Ojciec.
"Nieważne." Nie staram się dowiedzieć zbyt wiele o innych jako o osobach. W połowie przypadków zaczynasz ich lubić i trudniej Ci ich oszukać. W drugiej połowie jesteś zaś skonfundowany. To mi wyglądało na drugą połowę. "Właśnie przybyłem z Taris" powiedziałem, kontynuując wątek. "Mam pewien towar, który Cię zainteresuje."
"Mocno w to wątpię" powiedział niuchając Obohn, co jest jedynym możliwym określeniem tego, co zrobił nawet pomimo faktu, że w tej rozmowie byłem jedynym posiadaczem nosa. "Taris jest oblegany przez Mandalorian."
Dokładnie to powiedziałem, zaczynając swa grę "Jest wielu Tarisian zainteresowanych industrialnymi rzeźbami, tak jak Ty". Obohn zamyślił się nad tym na chwilę, koncepcja, że ktokolwiek mógłby być taki jak on była dla niego obca. "Wielu dobrych artystów zostało wysiedlonych. Słyszałeś o Adnahu Tiblarett?"
“Tiblarett?”
“Tiblarett.” - Widziałem kiedyś tą nazwę na drzwiach w górnym mieście.
"Nigdy o nim nie słyszałem" Ohohn zaklaskał i dwóch Wookieech cichutku pojawiło się z tyłu.
Nie wiem co bardziej mnie zaskoczyło, Wookiee robiący coś po cichu czy to, że byli oni ubrani w koszule, kamizelki i spodnie. Zdałem sobie sprawę, że trafiłem we właściwe miejsce - ktoś wystarczająco bogaty by sprawić, że Wookiee się ubrali zdecydowanie wart jest mego czasu. "Chwilka, mistrzu!" powiedziałem "Przepraszam, mój przeklęty Cadomaiśki akcent. Nie miałem na myśli Tiblarett. Chodziło mi o... uch..."
"Teronto?"
"Nie."
“T’gronish?”
"Nie..."
"Nie Tikartine?”
"A jest dobra?"
"On."
"A jest dobry?"
'Dobry?" Obohn ścisnął rękawy swej szaty. 'Można tak powiedzieć! Jeśli masz jakieś prace Ineasa Tikartine'a..."
"Jest jedna, więc" Rybka połknęła przynętę "Dostałem coś Tikartine'a wraz z ładunkiem". Obohn odwołał Wookieech i odwrócił się z powrotem do Ojca na kolejne ustalenia, tym razem trwające dłużej.
Dobra rzeczą w handlu dziełami sztuki jest to, że są to zazwyczaj transakcje z jedną osobą. Nie cała seria transakcji, która strasznie podnosi twoje koszty operacyjne. Zostaw takie świeżakom z gangów Swoopów, sprzedającym ryll po jednym pojemniczku. Nawet gdyby sami nie zużywali swego towaru, wciąż byliby w czarnej dziurze z powodu nieoszacowania swych kosztów pracy. (Powiem Ci, jakby Czarni Vulkarzy mieli dobrego księgowego, to mogli by nawet zacząć sprzedawać swe akcje na giełdzie na Coruscant.)
Ale, do rzeczy: Obohn i jego Ro-ojciec z całą pewnością byli zainteresowani. Myślałem wręcz, że Rodianin wstanie ze swojego krzesła, natomiast Obohn nie mógł się doczekać, by wykazać mi, jak bardzo wie więcej ode mnie na temat tego Injeasa jak-mu-tam. Co jak dla mnie było ok, mogłem bowiem załatać swe luki w wiedzy. Tak, biedny, samotny rzeźbiarz był w swej pracowni zajęty tworzeniem, gdy ci podli Mandalorianie, dla których pojęcie sztuki ogranicza się do naklejki na ich naramienniku, zakłócili jego pracę. Tylko niewielka ilość szczęściarzy opuściła Taris - wliczając mnie i mojego młodego współpracownika wraz z pewną ilością wybranych prac na sprzedaż, by zdobyć kredyty. Z pomocą Obohna, Tikartine i jego trzynaście dzieci mogą pewnego dnia uciec z Taris i osiedlić się w miejscu gdzie, mam nadzieje, będzie mógł kontynuować swą pracę zamieniania kawałków złomu, w których uchwyci klimat aktualnych czasów.
Narracja gotowa. Wprowadzenie produktu.

* * *

Od strony wejścia do galerii rozszedł się stłumiony łomot, zaraz też słyszalny był mniej stłumiony, zdecydowanie niezbyt-w-stylu-Jedi epitet. (Podejrzewam, że łatwiej byłoby zaprezentować produkt gdybym zostawił drzwi otwarte). Wookiee odsunęli się na boki by przepuścić "mojego młodego pomocnika" pchającego dwa wózki repulsorowe wypełnione dobrami, skupiska gadżetów i pojedynczych elementów poskładanych w całość, niektóre wysokie na kilka metrów.
Zayne wyłączył wózki i przeskoczył przez drzwi, bez tchu strząsając pot ze swych piaskowych włosów 'Nie powiedziałeś mi... o wzniesieniu."
Nie miałem zbyt wielu pomocników - w taki czy inny sposób, zawsze preferowałem pracowanie samemu. Ale bywają chwilę, gdy droid nie może zapewnić wsparcia, więc gdy Zayne w wyniku pewnych nieprzyjemnych wydarzeń znalazł się na ulicy, zobaczyłem szansę, by rozwinąć swój biznes. Dzieciak był oskarżony o coś, czego nie zrobił - i jako, że zostałem w to zamieszany, pomyślałem, że ciekawym byłoby zobaczyć jak rycerz (albo, prawie rycerz, jak Zayne) może zdobywać pieniądze na przekrętach. Tak już mam - wielu mi podobnych nienawidzi całej idei Rycerzy Jedi postrzegając ich, jako grającą nie fair policję. Ja widzę ciekawy dodatek do gry. Umiejętność wpływania na słabe umysły... to coś niedaleko od tego, czym się sam zajmuje.
Jak dotychczas, różnie bywa. Zayne nie był prymusem w swej klasie Jedi - właściwie, jeśli był ktokolwiek gorszy, to pewnie wysłali go po żarcie na wynos i nigdy nie wrócił. Jeśli o mnie chodzi, to jego główną umiejętnością jest pakowanie się w kłopoty. I wszystko zamienia się w pertraktacje.
Tak jak z tymi paletami. "Oczekiwałem Cię dziesięć minut temu" powiedziałem. To było wszystko o co go prosiłem. Mamy droida załadowczego, ale nie jest on zbyt pomocny. (Ale to inna historia.)
"Przepraszam" powiedział, wskazując na masę poskładanych w kupę bibelotów. 'Po drodze było wzniesienie. I mówiłeś, że mam czekać, aż Camper opuści warsztat."
Camper to ten wcześniej wspomniany szalony Arkaniański Offshot, jego statkiem i szalonym laboratorium naukowym jest The Last Resort. Mogę sobie wyobrazić, że chwilę zabrało zajęcie się nim - Camper czasami zawiesza się i kontempluje pojedynczy nit, tak intensywnie, że zapomina nawet o jedzeniu. Chciałem poczynić komentarz na ten temat, gdy zdałem sobie sprawę, że Obohn nie patrzy się na produkt ale raczej na, cóż, nas.
"To ty jesteś współpracownikiem, człowieku?" zapytał Zayne'a.
"Przyznaję się do winy."
"Wyglądasz jak... jak on miał na imię?" powiedział Obohn. "Chłopak oskarżony o zabicie Tarisiańskiej Czwórki. Zayne Carrick" Spojrzał następnie na mnie. "Miał on też wspólnika... Snivviana, jak Ty."
"Cóż, to niemożliwe" powiedziałem "ponieważ to ja jestem jego szefem" dodałem i sięgnąłem by pacnąć go ręka w ramię. (Jest zbyt wysoki.) "Młody Wervis pomaga mi od czasów, gdy go adoptowałem. Uratowałem go od życia niewolnika w fabryce, skalpującego szczury Bor." Uroń łzę, jedną (1). "Prawdę mówiąc, jestem dla niego niczym ojciec".
"Mniej znaczy więcej, Gryph" wymamrotał Zayne,
"Cicho, Wervis. Wiem, że to złe wspomnienia" Patos się sprzedaje. "Teraz, synu, mógłbyś przesunąć bibel... znaczy się, dzieła sztuki, ku światłu?"
Pod świetlikiem, w centrum galerii, "rzeźba Tikartina" wyglądały jakby były na swoim miejscu. Może ciut bardziej nasmarowana niż inne ekspozycje, no i w naszym było kilka więcej migających elementów. Z pewnością zauroczyły one jednak Obohna i Rodianina, którzy okrążali "dzieło sztuki" wpadając na siebie, gdy cofali się i przybliżali.
"Czym są tak w ogóle te rzeczy, które kazałeś mi dostarczyć?" wyszeptał Zayne, patrząc na jedną z większych gór metalu na palecie.
"To ma być frammistat. Albo whingdoodle. A możliwe, że whatsis" powiedziałem "To kawałki metalu - a gdy wyczerpią się kredyty, będą naszym następnym posiłkiem."
Zanim Zayne mógł spytać o coś jeszcze, Obohn odwrócił się do nas. "Nie" powiedział, "Nie jestem do tego przekonany". Będący obok niego Rodianin zaskrzeczał sceptycznie. (Tak myślę: Prawdopodobnie jakikolwiek przysłówek by się sprawdził). Obohn zadeklarował w imieniu ich obydwu, że chcą poczekać, aż z Telerathu przybędzie osoba mogąca poświadczyć autentyczność. To miało zająć kilka dni - dla nas zdecydowanie za długo.
Odwróciłem się nonszalancko. Wiecie, jak Verpinowie mają oczy po obu stronach głowy i nigdy nie jesteś w stanie stwierdzić gdzie dokładnie patrzą? Stałem się Verpinem. Jedno oko na wyjście, drugie na Zayne'a. "Dzieciaku" wyszeptałem "twoja kolej by zacząć działać."
Zayne wyprostował się i sięgnął ręką do wybrzuszenia w swej kurtce, w postawie defensywnej. "Nie myśl o Mieczu Świetlnym!"
"Na duchy Cadomai, nie" Zayne miał coś przeciwko ćwiartowaniu niewinnych ludzi. Poprosiłem Obohna o chwilę na rozmowę z dzieciakiem i wyszeptałem do niego na uboczu "Chcę byś użył swej magii i przekonał tych gości, że ten złom to sztuka!"
Zayne ponownie się wzdrygnął. "Nie wiem czy powinienem..."
"O co się martwisz?"
"O oszukiwanie ludzi."
"Cóż, ja też. Trzeba to odpowiednio zorganizować"
"Mam na myśli, że oszukiwanie stanowi dla mnie problem." wyjaśnił.
"A dla mnie problem stanowi to co mówisz" powiedziałem. Jedi go wystawili, jednakże zachowuje on ich zasady na temat robienia różnych rzeczy? Dziwaczne. "Słuchaj, pomocniku. Nie przeszkadza mi, jak siedzisz w rogu ładowni i zajmujesz się tymi swoimi całymi medytacjami. Ale gdy jest czas działania, zostawiasz je w ładowni. Łapiesz?"
Posłał mi spojrzenie. Nienawidzę spojrzeń.
"No daaaaaaaaalej" powiedziałem, żeglując pod wiatr "Ci goście to Ghule. Starają się zdobyć to, co zostało z Taris by postawić to w swym pokoju gościnnym. Zasługują na bycie oszukanymi."
Zrobiłem pauzę. "Tak myślę".
Westchnął. Też westchnąłem.
Z tym dzieciakiem to zawsze jest tak, jakby dwa przekręty robić jednocześnie. Musze wkręcić cel - jednakże cały czas muszę uważać, by zrobić to tak, by młody kręcący mieczem nie zaczął marudzić. Mówię wam, to ledwie jest warte zachodu.
Zayne wygładził kołnierzyk swej kurtki i wziął się do działania. "Przepraszam, Mistrzu Obohn" powiedział podchodząc do naszej kupy złomu i zwracając się do wyższego "Ale nie musicie wzywać specjalisty".
"Nie musimy wzywać specjalisty?" odpowiedział Obohn.
"To są autentyczne rzeźby Tikartine'a" powiedział Zayne.
"To są autentyczne rzeźby Tikartine'a?"
Ten ton głosu zawsze na mnie działa. Jestem odporny na te sztuczki, mimo to, prawie mu uwierzyłem.
Ale Obohn nie. "Dlaczego miałbym zawierzyć słowu chłopca, skalpującego szczury Bor?" Wypowiedział kilka imion, których nie rozpoznałem, jak zgaduję, należących do dobrze ubranych Wookieech.
Spojrzałem na Zayne'a, który tylko wzruszył ramionami. Wspominał wcześnie, że działa to tylko na słabe umysły - i jaki by Obohn nie był, znał się na swej robocie - sztuce. Ponownie spojrzałem ku wyjściu. Gdzie są Wookiee?
Wszystko zostało jednak przerwane, gdy Rodianin zaczął ciągnąć za szatę Obohna i cmokać pospiesznie. "O co chodzi, Ojcze?" zapytał Obohn wywołując kolejną porcję skrzeczenia.
Rozumiejąc co się dzieje, Zayne ukląkł bezpośrednio przed nadętym i pomarszczonym Rodianinem. "Nie potrzeba sprowadzać specjalisty, prawda?"
Rodianin trzęsąc się i drżąc wybulgotał kolejną niezrozumiałą odpowiedź.
Obohn pochylił się blisko. "Co, ojcze? Nie potrzebujemy specjalisty?"
"To są autentyczne rzeźby Tikartine'a" powtórzył Zayne.
“Gwawk gleep glorb snork snork!”
"To są autentyczne rzeźby Tikartine'a!" powiedział Obohn a jego twarz się rozjaśniła, gdy podszedł by uścisnąć gwałtownie mą dłoń. "Wątpiłem w Ciebie, ale, żaden szczegół nie umknie oku Ojca!" (A żaden posiłek nie ucieknie jego uściskowi, jak sadzę. Huttowie powinni być zaniepokojeni) "Są autentyczne. Nie potrzebujemy specjalisty, by to stwierdził!" Munn poklepał ramię zaskoczonego Zayne'a, wciąż klęczącego przed trajkoczącym Rodianinem. Zayne spojrzał na mnie, trochę oszołomiony. Jak może on wpłynąć na kogoś, kogo nawet nie jest w stanie zrozumieć?
Wzruszyłem ramionami. Cokolwiek się wydarzyło, przynajmniej mieliśmy dobrą zabawę.

* * *

Nie pozwoliłem Zayne'owi, by stał się zbyt zadowolony z siebie - mieliśmy zacząć mówić o pieniądzach, temacie mi najbliższym, a jednocześnie takim, gdzie przynoszący pecha Jedi niewiele może zdziałać. Zazwyczaj w takim momencie działałem na własną rękę. Jednakże miałem nieoczekiwane wydatki po ostatnim zadaniu, a także widziałem, że potrzebujemy nowego statku, by zastąpić the Last Resort - z tego powodu zacząłem nie tak, jak należy. Większość przekrętów zaczynam od żądania kwoty stanowiącą podwójność tego, co chcę, a także pozoruję istnienie innego kupca. Teraz jednak nie miałem na to czasu... duże nie-nie. Pośpiech zabija interesy.
Rozmawianie o pieniądzach z pewnością pobudza jakiekolwiek tam wrzody Obohn ma, widziałem jak jego twarz wykręca się i marszczy, tak, że mogłem uwierzyć nawet w jego pokrewieństwo z Rodianinem. Musiałem zejść z wysokiej ceny - ale gdy to zrobiłem, zorientowałem się, że to pobudziło ponownie jego wątpliwości. Nie podobało mi się, że Zayne zobaczy jak jego szef traci kontrolę nad takim przekrętem, ale miałem nadzieję, że będzie to miało edukacyjny charakter. Umniejszając swą cenę, osłabiasz samego siebie.
"Powiem wam, co myślę" zadeklarował Obohn zajmując pozycję pomiędzy paletami. "Myślę, że te rzeźby są prawdziwe... ale wy dwaj nie!".
"Słucham?"
"Nie pracujecie dla Tikarine'a. Nie sądzę nawet byście go w ogóle znali" powiedział, wyciągając z rękawa komunikator. "Wiecie, mój szwagier jest stróżem prawa na tej planecie. Chętnie zamieni z wami słówko."
Zayne zaczął cofać się w kierunku drzwi, ale go zatrzymałem. "Kontr-zagranie" wyszeptałem. To znak, że nasz cel starał się skłonić nas do porzucenia naszego towaru. Nie mógłbym żyć z takim czymś. "O, tak?" wypaliłem do Ohdona "Cóż, nie sądzę by twój brat naprawdę był stróżem prawa na tej planecie!". No i masz.
"Ojcze?" Obohn zapytał.
Stary Rodianin ponownie zaburczał, w jakiś sposób aktywując holoprojektor swego krzesła (gdzie można takie dostać?). Olśniewające przyjęcie weselne pojawiło się przed nami - uśmiechającą się panna młoda i jej uśmiechający się pan młody, oboje z rasy Muun, stojący przed uśmiechającymi się siłami policyjnymi Ralltiiri.
"Cudowna panna młoda" wykrztusiłem.
Komunikator Obohna był w pół drogi do jego ust gdy niespodziewanie pojawili się nieoczekiwani goście.
Należy wspomnieć, że jest to coś co często zdarza się Zayneowi. Ostatnie tygodnie były ciągiem niespodziewanych przybyć, dużych niespodzianek i niesamowitych zbiegów okoliczności. Wygląda na to, że to jeden z talentów Jedi - i jeśli to prawda, to jedynym, co mogę powiedzieć to to, że powinni go spakować i odesłać z powrotem tam skąd przyszedł, bez adresu zwrotnego. Jestem człowiekiem biznesu, lubię podążać w ciągu dnia według planu niczym okręt liniowy, ze spokojnym, uporządkowanym zajmowaniem się wszystkim. "Niespodziewanie pojawiający się niezaproszeni goście" dodają do tego statku Mynocki i awarię reaktora.
To przynajmniej oznaczało przybycie Campera, wyżej-wyżej wspomnianego bladego właściciela The Last Resort. Choć nie tak stary jak Rodianin ale jednak wystarczająco, mógłby stawać w szranki z Muunem w konkursie na bledszą cerę. Wykopałem Campera lata temu, gdy znajdował się w sekcji śmietniskowej dolnego miasta na Taris - nie był zbyt zainteresowany rozmową (chyba, że z sobą) ale jego gadżety czasami okazywały się przydatne. Podróżowanie z nim na pokładzie jego latającej śmieciarki przez ostatnie tygodnie sprawiło, że zrewidowałem swoją ocenę jego osoby. Miał dwa możliwe ustawienia: obijanie się albo bełkotanie..
"Gryzoniu!" Zgadnijcie, w którym trybie jest obecnie. "Taa, znalazłem cię" wykrzyczał Camper wbiegając do galerii. "Wysyłanie chłopca, by dla Ciebie kradł, to cały ty."
Zayne spojrzał na Campera zbliżającego się do palet. "Gryph, ty... powiedziałeś mi, że nie ma problemu byśmy zabrali te rzeczy z jego warsztatu" powiedział dzieciak zapominając o obecności Obohna.
Ja jednak nie zapomniałem. "Cicho" rzekłem, przyciągając go bliżej. "Skąd mogłem wiedzieć, że zauważy, że czegoś brakuje?" Powinniście zobaczyć warsztat - pokład ładunkowy - o którym mowa. Zderzyliśmy się raz z asteroidą. Po tym wyglądało tam lepiej niż wcześniej.
Będąc ze mną twarzą w twarz, Camper nie miał zamiaru odpuścić. "Jest złodziejem. Zawsze był złodziejem" I nie dbał o to kto się tym dowie... co było oczywiste, bo sam w to wierzył. "Zwrócisz to wszystko na miejsce, słyszysz?"
"Camper, jesteśmy tutaj w trakcie delikatnych negocjacji."
"Właśnie negocjujecie swą drogę powrotną na statek. Pracowałem przy nich..."
“A kiedy ostatnio coś co zbudowałeś, działało? I jak to jest, że tracisz kontakt z rzeczywistością jedynie w złych..."
"Dość!"

* * *

To ostatnie nie zostało wypowiedziane przeze mnie, Zayne'a ani Campera, ale przez Mistrza Obohna, który miał na myśli dokładnie to, co powiedział. Wezwał z powrotem swych eleganckich Wookiech. "Wyrzućcie ich z mojej galerii, wszystkich!" W tym momencie zdałem sobie sprawę, że cała sprawa zaczyna wymykać mi się z pod kontroli.
Zdałem sobie także sprawę, że jeśli ktokolwiek chciałby najechać Kashyyyk, właściwą strategią byłoby wmówienie wszystkim, że w tym sezonie najmodniejsze są spodnie. Jakkolwiek normalnie nigdy nie chciałbym znajdować się na tej samej planecie z parą wściekłych Wookieech, wściekli Wookiee w spodniach tracą część swej efektywności, jako maszyny do zabijania.
Tak czy owak, byłem w stanie zrobić unik - z ledwością - przed Wookieem, który za mną ruszył, co było niemożliwym, gdyby nie duża ilość fałd materiału w jego ubraniu. Kupa futra całkiem nieźle sobie radziła goniąc mnie, aż w końcu potknęła się o przysłowiowy rąbek. Instalacje w galerii stanowiły dobrą zasłonę, przynajmniej na początku - w końcu Wookiee zaczęli je wywracać.
Zayne także całkiem nieźle sobie radził. Wciąż jednak starał się nie wyjawiać, że jest Jedi - miecz pozostał schowany i choć niektóre statuy zdawały się ożywać, gdy goniący go Wookiee zbyt się do niego zbliżał, nie sądzę by ktoś się zorientował, co się dzieje.
Camper zasadniczo w ogóle się podczas tych akcji nie ruszał, skupiał się raczej na zajmowaniu jednym z przedmiotów na jednej z palet. Nie widziałem tego, ale Zayne opowiedział mi, jak w pewnym momencie jeden z Wookieech podszedł zbyt blisko Campera, ten aktywował jeden z gadżetów. Wynikiem tego był znokautowany chodniczek leżący na podłodze, ogłuszony przez coś z naszej fałszywej statuy
Chciałbym to zobaczyć - albo lepiej, zobaczyć, jak robi to także drugiemu Wookiemu - ale byłem akurat zajęty krzyczeniem. Mój Wookiee przestał grozić i bezwstydnie zaczął wspinać się na wysoką statuę, na której szczycie się znajdowałem. Wspinał się, każdorazowo, gdy Zayne znalazł się w pobliżu puszczając się, przez co cała konstrukcja zaczynała się kołysać
To nie było zbyt miłe i rzadko będę odwiedzać ten kawałek mojej pamięci.
Na szczęście, ponownie to usłyszeliśmy: "Dość!", ocaleni przez Muuna. Widząc, że część jego kolekcji jest zagrożona (a inna część, w kawałkach) Obohn odwołał swoich Wookieech. Niechętnie, Wookiee zostawili statuę i jeszcze bardziej niechętnie, upadłem niefajnie na ziemię.
Podczas gdy Zayne pomógł mi wstać z podłogi, Obohn oceniał zniszczenia. Rodianin, który wyszedł z tego bez szwanku, mocno płakał, co także przyciągnęło uwagę Muuna. To dało mi i Zayne'owi szansę by pchnąć Campera ku drzwiom - oraz czegoś co sprawiło, że chwila ta stała się dla mnie równie trudna jak dla kolekcjonerów.
Dopuściłem go do interesu.
Zrobiłem to z gracją, zrezygnowany. "Słuchaj, zdegenerowany dziwaku! Ci ludzie są licencjonowanymi agentami dużej międzygalaktycznej korporacji i z jakiegoś niezrozumiałego dla nas powodu są zainteresowani twoimi wynalazkami. Pozwól nam je im sprzedać, a wszyscy będą zadowoleni!"
Camper uniósł owłosioną brew. "Zapłacą mi."
"Zapłacą nam - część dla pośrednika. Ale tak."
Camper przygryzł język. "Nie są oni z Adascorp. Ponieważ nienawidzę Adascorp."
"Nie są."
"A Vanjervalis oszukali mnie parę lat temu."
"To też nie o nich chodzi. Jeszcze ktoś dla kogo nie chciałbyś pracować?"
Zamyślił się. "Pozwól, że się zastanowię. Jest kilku."
"Cóż, to też nie oni! A teraz zabierajmy się stąd by móc dokończyć transakcję!" Razem, Ja i Zayne siłą wypchnęliśmy go ku drzwiom. Patrzyłem jak powłócząc nogami idzie w dół ulicy, ku wyjściu z miasta i Last Resortowi.

* * *

Nie wiedziałem jak dużo Obohn i latający brzuchomówca słyszeli z naszej narady, ale moje serce zamarło, gdy zobaczyłem jak się do nas zbliżają, żywiołowo rozmawiając. "To nie może być nic dobrego" wyszeptał Zayne.
"Nie oszukacie mnie" powiedział Obohn, stukając na swym komunikatorze kościstymi palcami. "Wiem, kim naprawdę jesteście!"
Zayne instynktownie sięgnął do swej kurtki. Nieźle się namęczył przy pościgu i był teraz wzburzony. W takiej chwili zostać zidentyfikowanym jako poszukiwany Padawan...
"Wiem kim naprawdę jesteście... i wiem kim on naprawdę jest" powiedział uśmiechając się w sposób, w jaki Muun nie powinien się uśmiechać "Jesteście złodziejami... a ten mężczyzna to Ineas Tikartine!"
"Mógłbyś powtórzyć?"
Gdy ja i Zayne gapiliśmy się na siebie, Obohn przeszedł obok nas. "Ten mężczyzna, którego stąd wyprowadziliście - słyszałem część tego, co powiedział. To są jego prace - a wy je ukradliście!"
Ujrzałem to: Znów komunikator - i szwagier i goście weselni. Oto nadchodzi.
Ale Obohn po prostu schował komunikator i odszedł.
"A więc..."
"Nie zamierzasz wezwać władz?" zapytał Zayne ciut subtelniej niż ja planowałem.
"Oczywiście, że nie" powiedział Obohn łagodniejąc. Skinął na stojącego Wookieego, który udał się do przedsionka i powrócił z dużą skrzynią. Tylko zerkając, byłem w stanie stwierdzić co to jest i jak wiele tego jest. Lokalna twarda waluta. Ralltiiri Colonials, wymienialna na republikańskie kredyty właściwie wszędzie. I co najważniejsze - około dwukrotnie więcej niż pierwotnie żądałem.
Byłem już z wspomnianą walizką niemal za drzwiami, gdy Zayne, jak zwykle, spoglądając w twarz szczęściu dźgnął je w oko.
"Pozwólcie mi to zrozumieć" zwrócił się zdezorientowany Zayne do Obohna "Gdy sądziliście, że nie znamy tego artysty, chcieliście nas wydać na aresztowanie. Ale teraz, gdy sądzicie, że go porwaliśmy, chcecie zapłacić podwójnie."
"Tak" powiedział Obohn, głaszcząc "rzeźby" z nowo odkrytą fascynacją. "Ale nie chodzi tylko o to, że są skradzione. Są skradzione - a artysta wie, że ich brakuje." Rodianin zatrząsł się z podniecenia w oczywisty sposób popierając to, co mówił Obohn. "Teraz są one o wiele bardziej pożądane w naszych kręgach. O wiele bardzie. O wiele."
"Tak właśnie sądziłem" powiedział Zayne. Przed odejściem jeszcze jęknął.
Lepiej było nie pytać.

* * *

Podczas wędrówki w dół wzniesienia nie rozmawialiśmy wiele. Co kawałek zatrzymywałem się, by przeliczyć kasę - i przyznam się do tego, że także by tylko na nią popatrzeć - podczas gdy Zayne opierał się o drzewa i pogrążał w rozmyślaniach. Wiem, że dla Jedi prawo i porządek są istotne, ale po tym wszystkim, co mu się przydarzyło naprawdę oczekiwałoby się, że czasem przymknąłby oczy. Widzę ludzi, którzy są chciwi i bezwstydni - i widzę okazję. Co widzi Zayne? Jeszcze do tego nie doszedłem.
Z jakichś powodów znalazł on jakieś pocieszenie w tym, że część kredytów trafiła do Campera, jak obiecałem. Przyznam, że rozważałem złapanie go w jego stanie otępienia i wręczeniu mu worka pustych tubek po paście do zębów. Jestem pewien, że mógłbym o czymś takim pomyśleć. Ale to był zyskowny dzień i mogłem pozwolić sobie na bycie wspaniałomyślnym. (Muszę tylko znaleźć coś, by sprzedać to starcowi, by odzyskać całą kasę z powrotem).
Przypomina mi to o radzie jaką miałem dać. Gdy jesteś człowiekiem biznesu, jak ja i rozważasz wprowadzenie do organizacji Jedi, kompromisy jak ten powyżej staną się naturalną częścią tego. Płacenie ludziom. Wybieranie takich celów, które zasługują na bycie oszukanymi. Wygładzasz rogi raczej miast je przyciąć.. To wszystko jest częścią opieki i zapłaty pomocnika Jedi.
To może być ciężka sprawa - w moim przypadku tak było. Ale cały czas miałem przeczucie, że warto. I kto wie? Może uda mi się go przekonać do mojego punktu widzenia niektórych spraw - i załatwić kilka spraw, gdy się tym zajmujemy.
Zakręcony dzieciak z tego Zayne'a. Ale coś z niego jeszcze zrobię!

Autor: John Jackson Miller
Tłumaczenie: X-Yuri

 

Społeczność
  *Newsy
*Nadchodzące wydarzenia
*Ostatnie komentarze
O nas
About us
Über uns
*Członkowie
*Struktura
*M`Y w akcji
*Historia Organizacji *Regulamin
*Rekrutacja
*Logowanie
M`y na Facebooku
Copyright © 2009-2018




Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2019 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3. 11,669,865 unikalne wizyty